Jesteś tutaj: Home » Kultura » Felietony » felieton - Ilona Wojewódka "I nie opuszczę Cię aż do śmierci… (zakładzie pracy mój)" 

felieton - Ilona Wojewódka "I nie opuszczę Cię aż do śmierci… (zakładzie pracy mój)"

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I nie opuszczę Cię aż do śmierci… (zakładzie pracy mój)

 

… no chyba, że wcześniej na bruk mnie wyleją (to w kontekście wieku - bo po co komu taka staroć), albo …a będzie to śmierć głodowa (a to w odpowiedzi na wizję pierwszej wypłaty zasłużonego świadczenia).  Taka konkluzja i wizja rozsuwa się w kontekście rozmów i rozważań nad ustaleniem wieku emerytalnego oraz kondycji finansowej funduszy emerytalnych. Wiek emerytalny kobiet – wariant proponowany na dzisiaj to 67 lat, niedawno było 65, jeszcze wcześniej 62 czy  60 – już się trochę gubię. Właściwie to nie do końca śledzę te rewelacje, myśląc w naiwności swojej, że do emerytury mam jeszcze trochę czasu i paradoksalnie z każdym kolejnym rokiem ta perspektywa się wydłuża, choć zgodnie z wszelkimi prawami natury, fizyki czy innej grawitacji powinna się skracać. Ale zapewne kiepska z matematyki jestem, choć tyle się mówi, że kiedyś szkoły dobrze kształciły. Cóż widać to mit i bajka…


A wracając do upragnionej emerytury: już widzę jak będąc 67 letnią osóbką, sprawnie realizuję swoje zawodowe zadania,  jestem nadal sprawna, rzutka, mobilna, kreatywna, mój umysł jest jasny a pamięć i koncentracja doskonała… jednym słowem obraz pracownika poszukiwanego i jedynego do przyjęcia.

No a na bruk, czy pod most? Z brukiem nie ma problemu, ale jeśli chodzi o jakiś solidny most, to z tym, w moim kochanym mieście zdaje się, że byłby niewielki kłopot, chociaż wiaduktów jest trochę ale czy to aby na pewno to samo…?

No ale weźmy ten wariant optymistyczny: doczekaliśmy, jest upragniony i zasłużony wypoczynek emerytalny. Przychodzi listonosz (żart – przelew na konto, nawet nie można w oknie listonosza wyczekiwać – i ta przyjemność zabrana), pierwsza wypłata rzetelnie  przez wiele, wiele, wiele lat wypracowywanej emerytury i co? I znowu wszystko rozbija się o filary czyli po raz kolejny wracamy do mostu. Filar drugi czy trzeci, fundusz otwarty czy zamknięty, kapitał początkowy a jaki efekt końcowy? Miały być wczasy pod palmami, zostały marzenia i rozgoryczenie, choć zapewne i tak każdy zdawał sobie wtedy sprawę, że zamiast palmy będzie wierzba z gruszkami.


Ale człowiek – emeryt szczęśliwy rozrywkę będzie miał zapewnioną, może nieco innego rodzaju, niż wcześniej obiecywano. Na pewno nie umrze z nudów. A jak się nieco gorzej poczuje to pobiegnie do lekarza (jeśli zdąży zanim limity się wyczerpią) i dostanie receptę a tutaj to już szał w trampkach: pieczątki, sprawdzanie, poprawianie, weryfikowanie a na koniec pytanie: refundacja  – kto, komu, dlaczego, po co i czy aby na pewno? A później to już tylko wykupienie lekarstwa – zapewne i tak pełnopłatnego, bo czterdzieści lat płacenia składek to za mało, żeby się należało!

A jak już lek wykupimy to po zmartwieniu, nie więcej kupować nie musimy, bo i za co? Ale przecież podobno nie samym chlebem żyje człowiek… Zatem kolejny problem nam odchodzi: żywność i tak modyfikowana genetycznie, chemią szpikowana, to niezdrowa więc po co się truć? Same zalety, może więc w zamian energia słoneczna, oby tylko lato tego roku dopisało to się człowiek napcha na zapas.

Ale naprawdę nie ma się czym martwić. Zima tego roku łagodna na ogrzewaniu się zaoszczędzi (w miarę ciepło jest), na prądzie się zaoszczędzi (telewizorni nie ma co włączać bo i tak niczego nowego nam nie powiedzą i nie pokażą, wzrok nie ten więc czytać ciężko to można troszkę po ciemku posiedzieć, czasy lepsze powspominać w romantycznym nastroju, przy świecy na przykład). Do wzmiankowanego wcześniej lekarza i tak nie ma szans wcześniej niż za kilka miesięcy się dostać, więc na leki się nie wyda – same plusy. To może jednak na jakieś wakacje na ogródku wystarczy, pod jakimś drzewkiem palmopodobnym.

No i czyż życie emeryta jawi nam się pięknie, można się cieszyć jego urokami, zawsze się jakieś znajdę, wystarczy tylko dobrze poszukać.


A tak na serio: zawsze nas straszyli i czarne wizje wszyscy dookoła rozsiewali a jakoś to było. Przecież kto jak kto, ale Polak  potrafi, a nasz wielki poeta z Czarnolasu powiedział nam ku pokrzepieniu: „nie porzucaj nadzieje, jakoć się kolwiek dzieje, bo nie już słońce ostatnie zachodzi a po złej chwili piękny dzień przychodzi”.

Ilona Wojewódka

---