Jesteś tutaj: Home » Kultura » Felietony » Felieton - Marty Zielińskiej "R u p i e c i e " 

Felieton - Marty Zielińskiej "R u p i e c i e "

 


 

 

 

 

 

 

 


 Szuflada mojej komody pełna jest rupieci z przeszłości, leżą całkiem nie chronologicznie i w zgodzie ze sobą:

- Za duży pierścionek z szafirem, od lat kompletnie niemodny, po mojej Mamie. Pamiętam uścisk jego  chłodu z 24 karatowego złota, gdy mama trzymając moją dłoń w swojej, prowadziła mnie do kina na pierwszy w życiu film dla dzieci. Filmu, a nawet choćby tytułu już nie pamiętam, lecz przechowuję nadal w pamięci ruchliwe promienie szafirowego oczka,wraz ze zmieniającym się obrazem, tego oczka lśniącego magicznie w poświacie ekranu. Tylko magia tego spektaklu świetlnego z pierścionkiem w głównej roli
zapadła mi w pamięć.
-Mam do dziś stare, nieco sczerniałe srebrne spinki do mankietów mojego ojca, które mama mu zakładała, z czułością przytulając policzek do jego piersi w śnieżnobiałej koszuli.

- Zrolowany starannie leży szeleszcząc jedwabiem długi szalik  w niemodne od dawna geometryczne wzorki, który łaskotał mnie zawsze w twarz, gdy mama wystrojona szła ze mną i bratem do ciastkarni przez rynek.

- Mam nadal / choć co roku obiecuję ją wyrzucić, gdyż sie połamała/ drewnianą szkatułkę z góralem i szarotką wyrzeźbioną na wieczku. Kupiła ją babciabędąc ze mną pewnej mroźnej zimy w Zakopanem. Pamiętam, jak wdychałam świeży zapach sosnowego drewna i lakieru, gdy babcia poszła spać. Po przyjeździe do domu babcia trzymała tam przez lata wszystkie nici i guziki. Do dziś słyszę jej niby- narzekanie: znowu -łobuziaki jedne- poodrywane guziki, podarte spodnie, ile przez was roboty. I widzę ten cudny uśmiech z jakim pokornie i z cierpliwością godną mnicha, cerowała, przyszywała, naprawiała.

- W atłasowym czerwonym pudełku wraz z kosmykiem mojego warkocza leży pognieciona maska z balu karnawałowego mojej mamy.Mama zrobiła ją sama z tekturki pudełka po czekoladkach "Wawel", kawałka czarnego aksamitu i cekinów. Patrzyłam jak zaczarowana na mamę przemieniającą się na moich oczach w trochę obcą panią, taką piękną i pachnącą jak księżniczka z bajki.

W rogu szuflady, między listami a szkatułką z góralem leży rolka czarno białego filmu. Trzydzieści parę klatek, które zrobił tata tuż po moim narodzeniu. Leżę w negatywie jak murzyńskie dziecko, goła i zabawnie wykrzywiona na futrzanej pelisie mojej mamy. Rodzice wiele lat później opowiadali, że tak przestraszyłam się ceremonii i obrzędów towarzyszących  fotografii, że długo i żałośnie płakałam. Odbitki z tego filmu wywoływałam z ojcem będąc pewnie jakąś dziewięcioletnią dziewczynką. W ciemni zrobionej naprędce na wannie w naszej małej łazience pachniało wywoływaczem i magią. Pamiętam tatę, opowiadającego ze śmiechem, że jest czarnoksięznikiem i będzie teraz stwarzał na białych kartonikach ludzi. Z mieszaniną podziwu i niedowierzania patrzyłam jak wyłaniają się z nicości: moja mama w futrze i z dziecinnym wózkiem, babcia z naręczem piwonii z naszego ogrodu, brat w śmiesznie zrolowanych rajtuzach i wreszcie ja, ta mała dziewczynka patrząca ciekawie w obiektyw . Wraz z kolejnymi odbitkami rosła moja pewność, ze tata nie jest jakimś zwykłym czarodziejem, lecz potężnym czarnoksiężnikiem, obdarzonym ogromną mocą.

 
- Trzymam, z uporem i całkiem głupio, złożony w czworo certyfikat rodowodowy mojego psa - towarzysza z dzieciństwa. Mój pies, a właściwie urocza suczka, nie była wystawiana na żadnej wystawie psów i nie zdobyła złotego medalu, ale i bez tego świadectwa,że jest dobrym psem, jej psie serce nakazywało jej nieodmiennie i wytrwale witać się ze mną szaleństwem ogona za każdym razem, jakbym wróciła z końca świata z jakiejś dalekiej podróży.

 
-Mam moje /wyrwane z dowodu/ pierwsze "dorosłe" zdjęcie, świeżo po maturze. Pamiętam jak fotograf na tle aksamitu, ustawiał mnie na taborecie długo i starannie, a potem ze skupieniem delikatnie unosił mi podbródek, mrużył oczy i znowu kilkakrotnie poprawiał. Wszystko po to, by z kliszy z paru ujęć wyczarować ślad mojej dumy, że jestem dorosła. Pamiętam, ze z niedowierzającym rozczarowaniem  patrzyłam, ze mimo tych wszystkich zabiegów z retuszem włącznie wcale nie wyglądam starzej , tak jak to sobie wyobrażałam.

- Mam nieruszaną od lat paczkę miłosnych listów przewiązanych czerwoną wstążeczką od ukochanego / a późniejszego męża/. Listy gromadzą kurz, ale zawierają zaczarowane słowa pisane od serca. Atrament wyblakł, brzegi kopert poszarpał czas, a ja wciąż pamiętam migotliwy trzepot serca, z jakim otwierałam kolejne koperty prawie co dzień z uśmiechem wręczane przez listonosza, który puszczał do mnie filuternie oko. 

-Jest kartka na cukier w połowie zużyta z lat stanu wojennego. Od lat nie słodzę herbaty, lecz pamiętam tę rozkoszną słodycz ostatniej z przydziału  łyżeczki cukru o magicznej nazwie Cukier Kryształ, ironicznie śmiesznej na tle tych lat szarych.

-Mam kilka piórek mojej papużki, po której w jej mogile pod czereśnią nawet kostek ślad nie został pewnie, a ten dotyk aksamitny pod palcami nadal trwa i przypomina jej niecodzienną ptasią przyjaźń ze mną i lekki podmuch powietrza, kiedy przelatywała mi tuż nad głową, skrzecząc z uciechy.

- W książce z dedykacją uschła jedna ocalała frezja z mojego bukietu ślubnego. Pamiętam jak pachniała w ten chłodny kwietniowy dzień. Nasza miłość wygasła już dawno, ale drgnień mego serca podskakującego jak szalony źrebak nie zapomnę nigdy.

- W komodzie leży wyprana i wyprasowana starannie pościel turkusowa w białe pierzaste obłoczki, która była świadkiem mojej najpiękniejszej nocy z mężczyzną. To do niej w chwilach smutku przytulam ucho nasłuchując minionych szeptów i słów, odnajdując niezmiennie ich minioną aksamitną miękkość i powab.



- mam jeszcze na strychu magnetofon szpulowy o mało romantycznej nazwie ZK 140T, na którym nagrywałam nasze wygłupy z bratem, jego grę na skrzypcach, a po wielu latach też pierwszy śmiech i pierwszy płacz mojej córki. Skrzypce się dawno rozeschły, córka ma własne dziecko, lecz gdy patrzę na szare plastikowe pudełko z szpulą brązowej taśmy, słyszę i ten płacz, i ten śmiech, i tę melodię....

- Jest też łuska karpia, którą moja mama w ostatnią Wigilię jej życia dała mi -jak każdego roku do portmonetki -ze słowami: " By przez cały rok mnożyły się pieniądze". Łuska blask straciła i wygląda jak zwykły śmieć, lecz ja wciąż pamiętam cieżką łzę , która tocząc się po policzku zawisła na ustach Mamy w niemym przeczuciu bliskiej śmieci.

Co jakiś czas rozsądna przyjaciółka, z głową pełną psychologicznych recept, radzi mi wytrwale: wyrzuć to wszystko, zajmuje miejsce. Stara ta pościel- oddaj to biednym. Resztę wywal na śmietnik. Kurzu tyle... Jestes niemądra, popatrz na to- obrastasz rzeczami, nie patrzy się w przeszłość, bo to hamuje nasz rozwój i ciagłe wzrastanie. Jej chłodny jak stal rozsądek skazuje moje rupiecie na śmierć bezlitosną. Słucham i kiwam głową nawet, przebiegle i z uśmiechem przyznając jej rację, ale wiem swoje: serca się nie wyrzuca, gdy ono wciąż bije.
Z moim sercem pełnym rupieci wspomnień biegnę na spotkanie nowego dnia z niecierpliwą nadzieją, że może zgromadzę nowe drobiazgi, które schowam z czułością w szufladzie. Aż nabiorą uroczystej powagi i ciepła rupieci obok.Zarażą się ich zakurzonym pieknem.

Czuję z nieubłaganą pewnością,że wszystkie te rupiecie, ta zbyteczna kolekcja,  rozbłysną na nowo, drugim lśniącym zyciem, gdy przybiję na nieznany brzeg tej pozornie bezludnej wyspy.


1 listopada 2011

Marta Zielińska-Jędo

 

---