Jesteś tutaj: Home » Kultura » Felietony » felieton - moje "la dolce vita" - Anna Kaznodziej 

felieton - moje "la dolce vita" - Anna Kaznodziej












Dawno nie pisałam, bo się uczyłam. Spokojnie, żadna tam sesja, co to się nią studenty nieroby podniecają (strumień hejta kierujemy do komentarzy :*) tylko prawdziwe życie. Gdy zbliża się koniec roku, a i trzeci krzyżyk jakoś tak nieubłaganie zwiastuje swoje nadejście obniżoną sprężystością skóry w okolicach oczu, człowieka nachodzą refleksje.

Latem ważyłam jakieś pięć kilo mniej. W każdą środę dziabałam swojego beztłuszczowo pieczonego na specjalnie w tym celu kupionej patelni grillowej kurczaka. Poprawiałam to serem 0%, który z prawdziwym serem ma naprawdę niewiele wspólnego i dręczona bólem głowy oraz wkurzeniem wynikającym z niedożywienia zadręczałam się kolejnymi dawkami wyrzutów sumienia z powodu:

- wczorajszej kolacji składającej się z wina, czekoladek i pizzy,

- chwil słodkiego nicnierobienia (każdy piętnastominutowy przestój niewypełniony twórczym lub konstruktywnym działaniem to zbrodnia),

- celowego nie dzwonienia do potencjalnej pracodawczyni, której sam widok wzbudza we mnie mordercze instynkty,

- podejrzanej oponki formującej się w okolicach pępka,

- wielu innych „powinnam była” i „zapomniałam”.



Ćwiczyłam, ogarniałam mieszkanie, gotowałam pełnowartościowe obiady, wycierałam kurze, starałam się o pracę, dbałam o dietę, wygląd i samopoczucie wszystkich dookoła. I tylko w momentach, gdy patrzyłam w lustro widziałam coraz bardziej wyostrzoną i mizerną twarz, której nie pomagały ani maseczki, ani nowy peeling.

Wreszcie mnie olśniło: polska kobieta (nie tylko polska zresztą) żyje by się dołować. Bez przerwy przejmujemy się czy dobrze wyglądamy, czy realizujemy się zawodowo/artystycznie/rodzinnie – niepotrzebne skreślić. Sen z powiek spędzają nam momenty, gdy pozwalamy sobie na chwile wytchnienia, czytanie gazet, leżenie w wannie albo wolny spacer. Pędzimy jak owce, by w końcu zorientować się, że siłą zmuszającą nas do tego pędu były wyrzuty sumienia lub opinia ludzi, których nawet nie lubimy. Zdumiona swoim odkryciem postanowiłam skończyć ze środową dietą, o której myśl wpędzała mnie w depresje już we wtorek, a i tak zawsze wracam do tej samej wagi. Pozwalam sobie na długie kąpiele, podczas których rozwiązuję krzyżówki albo, o zgrozo książki czytam. Przestałam się spieszyć, biegać za autobusami i wypatrywać ich z niecierpliwością – i tak zawsze ludzie, z którymi się umawiam spóźniają się przynajmniej dziesięć minut. Kupiłam nowe sukienki – dopasowywanie się do garderoby to błąd, to ona ma się dopasować do nas. Na koniec najważniejsze: przestałam planować drobne rzeczy w najmniejszych szczegółach – i tak zwykle gdzieś po drodze zawodził czynnik ludzki, a ja traciłam nerwy – trzeba iść na żywioł. Nowe podejście trenuję mniej więcej od miesiąca i muszę przyznać, że pomijając oponkę i wspomniane pięć kilo moje życie nabrało kolorów. Nie muszę być idealna, żeby być szczęśliwa, a jeśli już do ideału dążyć to może warto się zastanowić, co nim naprawdę jest.


Anna Kaznodziej

---