Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak 2007 – DZIEWCZYNA Z KAMIENIEM – część 1 

Justyna Karolak 2007 – DZIEWCZYNA Z KAMIENIEM – część 1

 

 

Odcinek nr 1
 
Przedsłowie


W eleganckiej restauracji siedzi młoda kobieta o popielatych włosach ostrzyżonych na jeżyka. Ma na sobie białą suknię bez pleców i płaskie sandałki, wiązane na srebrnych rzemykach w kostce. Nie ma żadnej biżuterii, nie ma makijażu. Wygląda tak krucho i subtelnie, iż na pierwszy rzut oka nie sposób dać jej więcej niż siedemnaście lat. Jest  interesująca, że nie można od niej wzroku oderwać. Coś zmusza, żeby zatoczyć łuk wokół niej, obrzucić rzetelnym wzrokiem jej twarz – zajrzeć w oczy. Uczyniwszy to, nie pozostaje wątpliwość: to jednak dorosła kobieta.
Do lokalu wchodzi wysoki mężczyzna ubrany w klasyczne szare spodnie od garnituru i błękitną koszulę. Ale marynarkę trzyma w ręku. Jest mu zbyt gorąco, żeby mógł ją założyć – nawet, jeżeli miałaby pozostać rozpięta.
Mężczyzna rozgląda się po wszystkich stolikach, prześlizguje oczyma po kobiecie w białej sukni i szuka dalej. Dopiero kiedy kobieta podnosi dłoń i macha do niego dyskretnie, mruży oczy i zbliża się do niej. Zanim się przysiada, głaszcze kciukiem bliznę nad jej lewym łukiem brwiowym.
- Co to? – pyta.
Kobieta wzrusza ramionami.
- Nie poznałem cię. Wyglądasz jak wróbelek. – mówi mężczyzna.
- To komplement? – pyta kobieta, rzucając   spojrzenie spod rzęs.
- To fakt. – mówi on – Fakt, który działa zdecydowanie na twoją korzyść. – uściśla – Martwi mnie tylko ta blizna. – dodaje.
- To nic takiego. – mówi ona – Poza tym na pewno jest w twoim życiu ktoś, o kogo możesz się dowoli martwić. – dodaje przypuszczająco.
- Gdyby tak było, spotkałbym się z tobą? – pyta on; pytanie brzmi retorycznie.
Kobieta uśmiecha się z zadowoleniem.
- Chciałam cię zobaczyć, żeby wyjaśnić ci to i owo. Nie lubię trzymać na koncie niedopowiedzianych historii. Chcę, żebyś się dowiedział, dlaczego nam nie wyszło. – mówi ona.
- Najpierw zamówmy drinki. – sugeruje on – Pozwól, że ci postawię: czerwone martini, prawda? – pyta i trafia w dziesiątkę.
Kelnerka przynosi drinki: czerwone martini dla niej, wytrawne ze skórką cytryny dla niego. Kobieta i mężczyzna wznoszą niemy toast, trykając się krawędziami szklaneczek, i upijają po łyku.
- Dlaczego nam nie wyszło? – pyta on.
- Bo udawałam, że chcę się bawić, a chcę mieć męża, dom i dzieci. – mówi ona.
Mężczyzna lekko zachłystuje się drinkiem. Ociera usta papierową serwetką.
- Ty? Dzieci? – pyta on; pytanie brzmi jak echo.
- Ja. – odpowiada ona – A co w tym dziwnego? – pyta zaczepnie.
- Myślałem, że mamy podobne priorytety. – mówi on.
- Właśnie dlatego nam nie wyszło. – mówi ona.
- Życie gna naprzód. Moje priorytety też przeszły metamorfozę. – mówi on – Poza tym, co słychać? – pyta.
- Maluję jak opętana, ale nic nie sprzedaję. – mówi ona; znów wzrusza ramionami.
- Dlaczego? – pyta on.
- Maluję zupełnie inaczej.  Weszłam w realizm. Pokazuję kobiety w portretowych ujęciach. Są wyprostowane i świadome siebie, a w dłoniach mają zawsze jakiś przedmiot, który łączy je ze współczesnością. Krytyka tego nie kupiła. Zarzucają mi zacofanie, przesycenie nadmiarem literackości, a nawet komiksowość.  Nowy styl ujął tylko moich przyjaciół. – mówi ona – Mam przy sobie swoje nowe portfolio. Chcesz zobaczyć? – dodaje i pyta.
Mężczyzna potakuje głową. Kobieta wyjmuje z torby gruby, zbindowany zbitek kredowych kartek formatu A4. Mężczyzna ogląda je po kolei.
- Pominąwszy same obrazy, zdjęcia są również rewelacyjne. Znalazłaś w końcu genialnego fotografika. – mówi on – Mówię ci to jako dziennikarz. – dodaje, żeby podkreślić obiektywizm swojego zachwytu nad obrazami i zdjęciami.
- To nie zawodowy fotografik. To mój były-aktualny serdeczny przyjaciel. – mówi ona z dumą.
Mężczyzna oddaje jej portfolio.
- Wiesz, co chciałbym teraz zrobić? – pyta on, pochylając się do przodu i spoglądając jej w oczy – Zabrać cię do domu, zanurzyć się z tobą w chłodnej wannie pełnej piany, wypić po lampce szampana i zagryźć truskawką. – dodaje, nie czekając na odpowiedź.
Kobieta śmieje się. Po chwili przecząco kręci głową.
- Dom. Mąż. Dzieci. – mówi ona, skrótowo nawiązując do wcześniejszego fragmentu rozmowy.
Mężczyzna bierze ją za rękę i całuje w wewnętrzną stronę nadgarstka.
- Więc zróbmy to. – mówi on – Do twarzy ci w bieli. – dodaje.
Kobieta uśmiecha się i znowu kręci głową.
- Do ołtarza chcę pójść w turkusowej sukience. – mówi ona.
- Jeszcze dziś zadzwoń do swojego przyjaciela od portfolio. – mówi on – Chcę mieć ładną pamiątkę ze ślubu.






Rozdział I
Martini nie było czerwone, tylko fioletowe. Im mocniej Pola mrużyła oczy, im bardziej się koncentrowała – tym więcej fioletowość drinka wydawała jej się ewidentna. Może pracowała zbyt długo poprzedniego wieczora, a może to pochmurność październikowego poranka płatała jej optycznego figla. Grunt, że kolory brudziły  się i z chwili na chwilę potęgowało się w niej pragnienie kapitulacji. Po raz en’ty odłożyła pędzel na krawędź palety, cofnęła się o kilka kroków i z dystansu poczęła obserwować obie szklanki: tę realną, ustawioną na grubej draperii w kolorze przydymionego karminu, którą umieściła na prostej komodzie w kolorze gorzkiej czekolady, stojącej w rogu pracowni; i tę własną, widniejącą na płótnie, którą usiłowała namalować. Próba okazywała się jednak coraz bardziej nieudolna i zirytowana Pola zaczęła wyrzucać sobie w myślach, po co właściwie wzięła się za tę naiwną, à la akademicką, martwą naturę. Czemu uparła się, żeby malować od rana w tak niekorzystnym, jesiennym świetle – wręcz jego braku – coś, co od początku było pozbawione sensu? Dlaczego zaaranżowała tak beznadziejną martwą: czerwień w czerwieni, przez szkło, czerwień w brązie? Na dodatek czerwień martini na obrazie – a teraz i w rzeczywistości, gdy na nią patrzyła – stawała się coraz mocniej fioletowa, nie czerwona. „Wygląda jak denaturat.” – pomyślała zdegustowana. Wróciła do sztalugi i podniosła paletę. Znów do porcji karminu dodała kroplę niebieskiej ultramaryny i wymieszała, próbując trafić w barwę, odpowiadającą cieniowi martini na łuku denka szklanki. Na palecie kolor wydawał się zgodny z efektem, jaki chciała uzyskać na obrazie. Położyła go zdecydowanym ruchem w dole namalowanej szklanki za pomocą małego płaskiego szczeciniaka. I znów zobaczyła fioletowawy brud, który nie miał prawa się pojawić.
- Szlag by to. – zaklęła Pola i z niesmakiem rzuciła paletę na podłogę.
Poczuła się jak pierwszoroczniak, a przecież całe studia miała już za sobą. Ba – trzeci rok mieszkała w Warszawie we własnościowym M-3, które kupiła w nowym bloku na Ochocie za pierwsze poważne pieniądze, zarobione na autorskich obrazach. Tak, na obrazach. Jeszcze ze trzy lata temu – gdyby ją ktoś zapytał – sama Pola wątpiłaby, że talent plastyczny stanie się jej pewnym i niepodważalnym źródłem utrzymania. A jednak pierwsza w życiu samodzielna wystawa trzydziestu obrazów dyplomowych, przedstawiających mroczny, dekadencki cykl skulonej postaci w pustym wnętrzu, zdobyła olbrzymie, choć nieoczekiwane, uznanie w artystycznym światku. Lęk o przyszłość i ból przeszłości – prysły jak bańka mydlana, bo posypały się konkretne zamówienia za konkretne pieniądze, jej nazwisko błysnęło tu i ówdzie i pojawiła się możliwość wyrwania z tej zapyziałej dziury pod Łodzią i przeniesienia do Warszawy. Jako studentka gardziła „warszawką” i wszystkim, co się z nią wiązało: błyskiem fleszy, lakierowanymi butami i krótkimi, śliskimi uściskami dłoni. Ale kiedy dobrze sprzedała parę obrazów, percepcja zaczęła jej się momentalnie zmieniać i cicha wewnętrzna arogancja wobec świata, który znała wyłącznie z wyobraźni, ustąpiła miejsca chęci empirycznego sprawdzenia, co jest czym. Kiedy więc pojawiły się pieniądze, a w ślad za nimi – szerokie perspektywy, pojawiła się również dziecięco szczera myśl: czemu nie? I istotnie Pola przekonała się, że, będąc w Warszawie, rzeczywiście jest bliżej ludzi, od których może coś uzyskać. I to nie byle co – żaden blichtr w postaci plastikowo-wazelinowego uśmiechu, tylko szacunek. To prawda, że w Warszawie telefon Poli dzwonił częściej, lecz była jednocześnie w o tyle komfortowej sytuacji, że ludzie autentycznie poznali się na jej talencie. To prawda, że zupełnie świadomie popłynęła z pozytywnym prądem tego, co podsunął los i nawet zabrylowała wraz z „warszawką” na kilku płytkich, acz kolorowych, bankietach, ale miała dużo szczęścia, bo zetknęła się z ludźmi, którzy zaczynali się z nią liczyć. Oprócz talentu miała szczęście, bo choć jej obrazy broniły się same – ludzie to zauważyli i docenili. Dzięki temu mogła kontynuować myśli, które były dla niej cenne przez okres studiów. Będąc w Warszawie, udało jej się zostać twórczynią niezależną, ponieważ ciągle malowała to, co chciała – nie musiała posuwać się do żadnych typowych sztuczek i sztampowych rozwiązań. Malowała, jak chciała, wkładając w to nieskończenie wiele ambitnego wysiłku, a ludzie ją kupowali. Nie musiała pójść na żaden kompromis: pozostała wierna sobie, wybierając w malarstwie własną, syntetyczną drogę docierania do istoty rzeczywistości. Nigdy nie dała się skłonić do zejścia z tonu. Nie namalowała żadnej płycizny. Nie wystawiła żadnego kiczu. Co prawda ojciec żartował z niej, że odkąd przeprowadziła się do Warszawy, przestała uważać, iż tylko artysta biedny i głodny może być wiarygodny, ale Pola nie obrażała się o te docinki. Zdawała sobie sprawę, że z pewnej odległości mogło się wydawać, jakby błysk fleszy pomyliła z blaskiem słońca. Jednak wystarczyło obejrzeć jej prace, aby stwierdzić, iż były dobre, bo autentyczne.
Tym bardziej więc nie udana, prostacka, a na dodatek jarmarczna w estetycznym wyrazie, martwa natura podjęta w ten chmurny wtorkowy ranek, rozstroiła ją nerwowo. Energicznie złapała szmatkę i wycierając płótno, nie mogła przestać pytać siebie w myślach, dlaczego? Co ją podkusiło, żeby brać się za coś, czemu brakowało życia, myśli przewodniej, jakiegokolwiek przesłania? Poli trudno przychodziło godzenie się z porażką, szczególnie, jeśli nie wiedziała, gdzie leży jej przyczyna. Gdyby leżała w braku technicznych umiejętności, mogłaby realnie się zastanowić, w którym miejscu tkwi błąd i jak go poprawić. Ale w tej durnej, niby szkolnej, martwej, jak zdało się Poli, chodziło niestety o coś innego. Zaważyły nieracjonalne chimery pogody, wiszące w powietrzu, nagła chandra, nie wiadomo skąd, niezapowiedziane znużenie oka i poczucie pustki. Pomimo tego, Pola nie miała świadomości, gdzie leży obiektywna przyczyna porażki, chociaż przeczuwała, że może ona oznaczać początek większego kryzysu twórczego.
Kiedy skończyła wycierać płótno, poczuła się prawdziwie zmęczona. Przetarła wierzchem nadgarstka oczy i zapaliła papierosa. Spojrzała na zegarek. Smętny poranek niepostrzeżenie zmienił się w południe, dochodziła dwunasta, a światła za oknem w ogóle nie przybyło.
- Trochę za wcześnie na martini. – powiedziała do siebie z niechęcią.
Z drugiej jednak strony – może chociaż w ten sposób element składowy martwej natury znajdzie praktyczne zastosowanie: lądując w żołądku malarki. „W sumie, dlaczego nie?” – pomyślała. Przecież tego dnia na pewno niczego już nie namaluje. Kryzys twórczy – jak każdy kryzys – należało w spokoju przeczekać. Poza tym jeden słodki drink w południe jeszcze nigdy nikogo nie zabił.
- Chyba. – dodała na głos, jakby zachęcając siebie samą.
Sięgnęła po szklankę.
- Mniam. – powiedziała z zadowoleniem.
Mimo, że najczęściej uwielbiała swoją pracę, uwielbiała też chwile fajrantu. Zwłaszcza te z czerwonym martini i papierosem. „Lubię ten stan.” – pomyślała i obliznęła lepki smak z ust.
Dzień upłynął jej na niczym, jeśli nie liczyć sprzątania po malowaniu. Po południu zakręciła się po kuchni, parę razy – właściwie bez celu – zadyndała się między pracownią a łazienką, aż wreszcie umyła włosy, wzięła jakąś książkę i we flauszowym szlafroku usiadła w wielkim wiklinowym fotelu w salonie. Przez chwilę nie mogła się zdecydować, czy bardziej chce czytać, czy spać i wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyła je z markotnym wyrazem twarzy i na widok Igora wcale go nie zmieniła.
- Kiedy nauczysz się dzwonić i umawiać jak normalny człowiek?- przywitała go oschle.
- Kiedy moje spontaniczne metody przestaną się sprawdzać. – odpowiedział tonem pewniaka i nie czekając na zaproszenie, po prostu wszedł do środka.
Igor był typem, który niezależnie od własnego i cudzego samopoczucia pozostawał szelmowsko uśmiechnięty. Niezależnie również od chłodu pogody, zawsze chodził w rozpiętym płaszczu i nigdy nie było mu zimno. Nawet podczas mrozu chadzał rozpięty, bez czapki i bez rękawic, a jego uszy i nos nigdy nie zmieniały koloru. Pola ani razu nie widziała, by choćby zaróżowiły się lekko pod wpływem ujemnej temperatury. Zawsze sprawiał wrażenie ogólnie rozchełstanego i roztrzepanego. I nawet kiedy rozmawiał z Polą na jakiś poważny temat, jego wyraz twarzy pozostawał nieopacznie ironiczny i zadowolony.
- Nie jestem dzisiaj w nastroju, idź sobie. – powiedziała Pola.
Igor nie zareagował. Zdjął płaszcz i rzucił na krzesło w ten nonszalancki sposób, który Polę zawsze wprawiał w zażenowanie, a tego dnia – szczególnie.
- Nie poszło mi z obrazem. Chcę być sama. – zakomunikowała mu najwyraźniej, jak potrafiła.
Ale Igor zawsze unosił się ponad ludzi i ich reakcje, a zwłaszcza ponad kobiety. Ten wieczór i osoba Poli nie stanowiły odmiany. Jej potrzeby, z którymi ją zastawał wpadając niespodziewanie, nie były dla niego tak istotne jak te, o których posiadaniu w danym momencie nie wiedziała, a które w niej były. Albo on sprawiał, iż się w niej pojawiały – Pola nie umiała jak dotąd rozwiązać tej drobnej zagadki. I nie umiała długo gniewać się na Igora. Również tego wieczoru błyskawicznie wycofała się z nadąsania, kiedy ten duży, silny facet daleko po trzydziestce, a o uroku studenta filozofii, bez żadnych wyjaśnień i pytań wziął ją na ręce, zaniósł do sypialni, położył na łóżku, rozsupłał węzeł szlafroka i rozebrał ją zwyczajnie, jakby była to najskrzętniej zaplanowana, a zarazem najbardziej naturalna rzecz na świecie. Tego wieczoru kochał ją tak, jak zwykł to robić dotychczas: w sposób nagły i nie wyreżyserowany, a zarazem oczywisty i konkretny, jakby nie było na świecie niczego ważniejszego od seksu, a jednocześnie jakby inicjowany przez niego seks nigdy nie był dość ważny, aby dodać do niego coś więcej. Ponad impulsywność Igor nie dawał jej niczego więcej. I nie pozostawiał po niej nazajutrz żadnego śladu, jakiego w okamgnieniu nie zatarłoby byle słowo lub byle jaki poranny, wątły gest rozebrany z wszelakich dźwięków. Czasem tym śladem był lekki szum w głowie Poli, czasem niedojedzone truskawki i nieco porozlewany szampan, a czasem – jak właśnie tego, kolejnego po wspólnej nocy, ranka – błękitny szlafrok, porzucony bezpańsko na środku podłogi sypialnego pokoju. Obudziwszy się rano i spojrzawszy na swój szlafrok, Pola pomyślała – była to jej pierwsza myśl po obudzeniu -, że wygląda on jak mała, smutna, pognieciona chmurka. Ta absurdalna, prawie dadaistyczna, myśl rozbawiła ją do tego stopnia, iż lekko parsknęła pod nosem i pocałowała Igorowe, śpiące jeszcze ramię, które wprawdzie otaczało ją szczelnie, lecz jednak nie dawało poczucia przynależności. I tyle Igor: przyjemność ciała, dyktowana zawsze urokliwą kapryśnością Piotrusia Pana, lecz nie na tyle ważną, by rozpamiętywać ją rano. Tyle znaczył Igor: przyjemność, po której pozostawał nikły szum w głowie albo niedopity szampan, albo szlafrok na środku pokoju. A jednak Pola nie potrafiła, czy nie chciała, zrezygnować z tej przyjemności.
Jeszcze zmrużyła na chwilę oczy, gdy rozbudził ją dzwonek telefonu stacjonarnego. Chciała go zlekceważyć; w końcu to tylko telefon domowy, w którym nie zainstalowała nawet sekretarki, wiedząc, że ze wszystkimi pilnymi sprawami – głównie dotyczącymi obrazów – ludzie zwykli dzwonić na komórkę. Jednak telefon nie przestawał dzwonić, budząc wreszcie Igora i to właśnie on wstał pierwszy i poszedł do salonu, żeby go odebrać, podczas gdy Pola udawała, że cały czas śpi.
- Obudź się, Pola. – powiedział Igor, delikatnie łaskocząc ją w ramię – Dzwoni jakiś policjant, ze Zwierza czy skądś, pyta o ciebie.
- Chyba ze Zgierza? – poprawiła go.
- Mniejsza z tym. – żachnął się Igor – On jest na linii, pyta o ciebie, mówi, że to ważne.
- Jak już odebrałeś, to spław go. – powiedziała – To pewnie i tak jakaś pomyłka. Czego może chcieć ode mnie policja?
- Ja nie wiem, Pola, ale on wymienił cię z imienia i nazwiska i bardzo chce z tobą rozmawiać. Przedstawił się, że jest z wydziału zabójstw. – odparł – Idź, spław go sama, jak chcesz, ja się nie mieszam. Poza tym jest już dziewiąta i muszę się ewakuować do pracy. Było miło, narazie.
To powiedziawszy,  pocałował ją w czoło i nim pobieżnie zawiązała na sobie szlafrok, idąc na boso do salonu, żeby odebrać ten telefon, już go nie było.
- Halo? – powiedziała mętnie do słuchawki.
- Czy pani Pola Renik? – upewnił się dojrzały, męski, obcy głos.
- Tak, ale to chyba jakaś pomyłka. – odparła.
- Dzień dobry, nazywam się Błażej Konieczny, dzwonię z wydziału zabójstw Komendy Miejskiej Policji z pani rodzinnego miasteczka…
Głos starał się brzmieć uprzejmie, ale hasło „wydział zabójstw” dla większości uszu, w tym dla Poli, samo w sobie pobrzmiewało raczej złowieszczo niż sympatycznie.
- Ale o co chodzi? Czy coś się stało? Czy na pewno mnie pan z kimś nie myli? – zdezorientowana, przerwała głosowi, który starał się być miły.
- Proszę się nie denerwować, nic się nie stało, ja dzwonię w innej sprawie…
- Ale pan powiedział, że jest z wydziału zabójstw? – Pola złościła się coraz mocniej i wskutek tego nie mogła przestawić się na odbiór, wciąż przerywając swemu rozmówcy.
- Proszę pozwolić mi wyjaśnić. – poprosił głos – Ja wiem, że pani nie spodziewała się takiego telefonu, ale ja również jeszcze parę dni temu nie miałem pojęcia, że będę z panią rozmawiał. Dzwonię, żeby umówić się z panią tu, w komisariacie w Zgierzu. Chcę panią prosić o udzielenie mi zeznań w pewnej, zagadkowej dla mnie, sprawie i wiem, iż może to być dla pani niezmiernie trudne, ale jest pani najważniejszą, a być może jedyną osobą, mogącą pomóc mi w rozwiązaniu tej sprawy…
- Ja nic z tego nie rozumiem. – Pola znów przerwała – Proszę chwilkę zaczekać, zimno mi w nogi.
Teraz to policjant poczuł się zdezorientowany; usłyszał puknięcie odkładanej na jakiś blat słuchawki i cichy tupot. Chwilę wisiał na telefonie, osłupiale wsłuchując się w nic nie mówiące mu dźwięki i zastanawiając się, czy podoła przesłuchiwaniu Poli na żywo. Jeśli przez telefon była chaotyczna, cóż dopiero w rzeczywistości? Poza tym rozmowa, która trwała od dłuższej chwili, nic jeszcze nie wniosła.
- Nie mam dywanów w domu, a stałam na boso, rozumie pan, musiałam pobiec po jakieś skarpetki czy coś. – usłyszał kobiecy głos równie nagle, jak chwilę wcześniej przestał go słyszeć – Proszę mi powiedzieć wreszcie dokładnie, o co panu chodzi, bo zaczynam się niecierpliwić i bać jednocześnie, sama nie wiem, co gorsze.
- Pani Polo, czy mówi pani coś nazwisko Rafał Piekowski?
- Nie, nic.
- Proszę pani, przykro mi, że zapewne wywołam teraz przykre wspomnienia, ale to jest nazwisko człowieka, który dostał wyrok za nieumyślne spowodowanie śmierci Tamary Witenki… – urwał nagle, usłyszawszy dziwne łupnięcie – Halo? Czy pani tam jest?
- Jestem. – odrzekła słabo – Po prostu usiadłam… Ale ja nadal nie rozumiem. Proszę pana, przecież ta sprawa jest dawno zamknięta. A pan mówi, że jest z wydziału zabójstw. – Pola miała w głowie kręcącą się karuzelę – Czy ja naprawdę muszę z panem gadać? Czy to nie jakiś głupi żart?
- Proszę się nie rozłączać! – zawołał policjant, nie pewien, co Pola zamierza zrobić – Oczywiście nie musi pani ze mną rozmawiać, ale mnie bardzo na tym zależy. Bo widzi pani, sprawa śmierci Tamary wydawała się zupełnie oczywista i prosta i to głównie dzięki pani zeznaniom. Zapoznałem się bardzo dokładnie z tą sprawą. Tylko, że parę dni temu Rafał Piekowski popełnił samobójstwo i ja właśnie dlatego do pani dzwonię.
- Zabił się? – Pola z minuty na minutę była w coraz większym zdumieniu – Ale co to, u diabła, ma ze mną wspólnego?
- Pani Polo, on zostawił po sobie list, w pewnym sensie podważający pani zeznania, które osiem lat temu wpłynęły decydująco na wydanie mu wyroku. To samobójstwo nie dotyczy mojego wydziału. Będę z panią szczery: moi zwierzchnicy nie zgodzili się otworzyć na nowo dochodzenia w sprawie śmierci pani przyjaciółki.
- I bardzo dobrze! – zawołała Pola, zupełnie już skołowana – To znaczy, że naprawdę nie muszę z panem rozmawiać.
- Ale ja panią proszę. – policjant rzeczywiście próbował być miły i prawdopodobnie tylko dlatego Pola ciągle jeszcze nie odłożyła słuchawki – Proszę panią o złożenie zeznania w moim prywatnym śledztwie. Nie musi pani decydować w tej chwili, przedyktuję pani numer komórkowy.
- Ale po co pan próbuje rozgrzebywać coś, co dawno się zagoiło? No, zasklepiło przynajmniej z wierzchu.
- O to samo pytali mnie zwierzchnicy. Mówili, że ta sprawa dawno temu została zakończona. I że to wszystko nijak się ma do naszego wydziału. Ale ja tak nie uważam. – przyznał – Powinna pani przeczytać ten list, przyjechać do mnie do komisariatu i porozmawiać.
Usłyszał ciche westchnienie w słuchawce.
- Pan poda mi tę komórkę – odrzekła Pola – Muszę się zastanowić.
- 697 382 653. Proszę to dobrze przemyśleć. Ja wiem, że pani przyjaciółka nie żyje. Ten człowiek, winny jej śmierci, też. Ale tu ciągle chodzi o ludzkie życie, dlatego…
- Zapisałam numer. – przerwała mu całkiem zdecydowanie – Do widzenia panu. – dorzuciła i w końcu odłożyła słuchawkę.

Justyna Karolak

cdn.......


---