Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak ” czy artyście wolno zakochać się w modelce” 

Justyna Karolak ” czy artyście wolno zakochać się w modelce”

Ziemia ma orbitę. Z orbity niektóre rzeczy widać wyraźnie, a niektóre są zamazane.
Aby dokładnie coś obejrzeć, trzeba nabrać odpowiedniego dystansu. Jeśli dystans jest przekroczony lub niedokroczony, wtedy gubi się perspektywę. I wtedy obraz się zamazuje.

 

.

.

Czy artyście wolno zakochać się w modelce?

.

Kiedyś, kiedyś, kiedyś trafiła kobieta do pracowni malarskiej jednego artysty.

.

Trafiła, ale nie w taki sposób, jakby spadła z księżyca.

.

A może spadła?

.

Może i tak. Tyle, że nie z księżyca. Spadła z okołoziemskiej orbity.

.

Można ubrać powyższą rzecz inaczej:

.

Kobieta wpadła do środka pracowni pewnego malarza-mężczyzny, lecz nie był to kosmiczny przypadek. Tę kobietę i tego mężczyznę powiązały raczej ziemskie okoliczności, aniżeli księżycowe sprawy.

.

Otóż zanim kobieta i mężczyzna znaleźli się w tym samym czasie i w tej samej pracowni, upłynęły całe lata na ich wzajemnym mijaniu.

.

Kobieta i mężczyzna mijali się przez lata.

.

I chociaż czas rzadko kiedy ma coś do powiedzenia na jakiś temat (jak to czas) – w tym przypadku akurat się wypowiedział, i to nader skutecznie.

.

„Mijacie się.” – powiedział czas.

.

Mowa o ziemskim czasie (nie księżycowym).

Mowa o mijaniu – ziemski fakt.

Ziemska okoliczność kobiety i mężczyzny: mijanie się w czasie.

.

Mijanie. Od początku, bez końca, po granicę absurdu – kobieta i mężczyzna mijali się
w kółko.

.

Mijali się, bo:

.

Najpierw kobieta była zaabsorbowana innym mężczyzną, to nie miała czasu dla przyjaciół.

.

Potem mężczyzna (malarz) nie miał czasu na nic, bo pracował. On tylko pracował – niczego innego nie czynił.

.

Potem kobieta złamała nogę i wyszło tak, że teraz dla odmiany ma kupę czasu, z jakim może zrobić, co zechce. Czyli – prawie wszystko. Prawie wszystko, co zechce.

.

Ze złamaną nogą mogła kobieta prawie wszystko. Dysponowała bowiem mnóstwem czasu – do figuratywnego rozmyślania oraz niechlujnego szastania (z wykluczeniem wszelkiego rozmysłu); szastania tu, tam, wszędzie.

.

Leżąc na wznak z nogą w gipsie wyciągniętą przed siebie i do góry, relaksowała się kobieta dowoli, pławiąc w kupie wolnego czasu, z jakim może zrobić bardzo, bardzo wiele.

.

Jedyne, czego nie może, to wybrać się na spacer.

.

Pójść sobie, wyjść, pobiec – by pooddychać świeżym powietrzem. Tego nie może, bo ma nogę w gipsie.

.

No, skoro uziemioną została kobieta – pomyślała, że nie widzi dla siebie lepszego ratunku, niż wydostać się z ziemi pomimo wszystko.

.

Zamknęła więc oczy i podfrunęła wysoko.

.

Zatrzymała się na okołoziemskiej orbicie.

.

Nie chciała wyfruwać wyżej; nie chciała na księżyc. Dlatego, że powrót z księżyca na ziemię mógłby być utrudniony (a może i awykonalny) w kobiety sytuacji. Dlatego, że noga w gipsie.

.

Mogłaby kobieta zapragnąć pozbyć się gipsu na trwałe. Przykry ciężar uwieszony
na eterycznym ciele (czym dokładnie jest gips na nodze) – to coś takiego, że aż się prosi,
żeby się z tego wyłupać na zewnątrz, i pokicać sobie po księżycu, gdzie jest lekko
i magicznie. Ale potem trzeba by do domu wrócić na ciepłą kolację. A jak się księżyc spodoba kobiecie, i zapomni ona drogi powrotnej do domu – co wówczas będzie?

.

Wzlatywanie wysoko na Ikarowych skrzydłach generuje wrażenie fizycznej lekkości. Dzieje się tak dlatego, że wzlatując w marzeniach, pozostawia się za sobą ciężary takie jak gips.
Bez gipsu można  miewać się wspaniale. Toteż istnieje ryzyko, że jeśli człowiek raz w życiu poleci na księżyc, to nie będzie chciał nigdy powrócić na ziemię. Bo niby po co? Aby dobrowolnie dać się spowrotem ucementować? Miałby zezwolić nałożyć na siebie spowrotem betonowy but? Teraz, kiedy zwiedził cały księżyc (włącznie z jego ciemną stroną) – miałby dać się unieruchomić?

.

Aby przetrwać chorobę-unieruchomienie, trzeba dla zabawy pożonglować sobie czasem. Można też pograć sobie z czasem – we wielką, wielobarwną, plażową, dmuchaną piłkę.
Oba sposoby są bardzo, bardzo dobre. Dla rozprężenia. Dla uwolnienia.

.

Wolność jest konieczna do rzeczywistego przetrwania. Amen.

.

Miło wzlecieć w marzeniach w miarę wysoko. To ożywcze. I odżywcze. Jakby spacer
i głębokie oddychanie na spacerze – z pominięciem spaceru. Rewelacja.

.

Jednak należy się samemu dobrze przypilnowywać:

Zbyt łapczywe, zbyt dogłębne zaciąganie się świeżym powietrzem zagraża uduszeniem.

.

Ubytek w samodyscyplinie, to jest trudne w wychowywaniu dziecko (potomek bezbrzeżnych możliwości wyobraźni jednostki).

.

Rozsądniej nie wypuszczać się na księżyc. Zwłaszcza, gdy w zamiarze ma się lot na skrzydłach pożyczonych od Ikara (to są naprawdę prowizorycznej jakości skrzydła).

.

Zdecydowała więc kobieta, że skoro dla prywatnej uciechy – chce jej się pożonglować czasem, to sobie wzleci owszem wysoko, a się zatrzyma na poziomie okołoziemskiej orbity.

Co zresztą lepszego miała do roboty kobieta, aby się odprężyć, kiedy z nogą w gipsie leżała na wznak??

.

Postanowiła. Z orbity popatrzy kobieta na ziemskie okoliczności z odpowiednim dystansem.

.

Wcześniej (zanim noga w gipsie) nie do pomyślenia było dla kobiety, aby nabrała dystansu – jakiegokolwiek.

.

Przedtem (W Epoce Przedgipsowej; w okresie od narodzin po tu-i-teraz) – dystans: to było coś jedno pojedyncze jedyne, czego kobieta nie umiała sobie w ogóle wyobrazić. Tymczasem wyobraźnię miała stosunkowo opasłą.

.

Oto podjęła się kobieta rzuconej przez los rękawicy (gipsu) i wzbiła się na Ikarowych skrzydłach, żeby nabrać dystansu (wyjść ze skorupy; z gipsu).

.

Zawiesiwszy siebie miękko na orbicie, zerknęła zmrużonymi oczyma na życie na ziemi.

.

Skupiła wzrok na owym malarzu-mężczyźnie, z którym przez dotychczasowe życie głupio się mijała.

.

Kobieta i mężczyzna się mijają: bo oboje nie mają dla siebie czasu.

.

Dlaczego tak się im toczy? To jest głupie. – zauważa kobieta.

.

Patrzy z wysoka (z góry, z lotu ptaka) na mężczyznę i na siebie samą, to widzi, że głupi są oboje.

.

Kobieta oto mądrzeje: dopomógł jej gips i dystans.

.

Lecz widzi, że malarz-mężczyzna – głupi jest coraz bardziej, i dopomóc jemu trzeba.

.

Głupi jest ten mężczyzna, bo zamknął się w pracowni tak hermetycznie, jakoby w konserwie stłoczona, sprasowana sardynka. Maluje i maluje, katuje i dłubie – lecz jego malarstwo
nie rozkwita, a tylko w orce tyranej przez mięśnie się zakleszcza i tonie. Aż strach,
że malarstwo, dar, wola – umiera, w proch się obraca; obrócić się może. A pracownia jest zamknięta i nie ma w niej nikogo, kto podziwiałby pracę mięśni i pracę. I cierpi mężczyzna, który stał się więźniem samego siebie: nie więźniem czasu (nie braku czasu).

.

Znajdzie się czas – to nie na czasie zasadza się problem mijania z życiem. Nie w tym tkwi usterka, kolec, kłujący kamyk w bucie.

.

Wystarczy dostrzec źródło problemu – tylko z orbity jest to możliwe.

.

Uświadomiwszy sobie, roześmiała się kobieta i wylądowała na ziemi odświeżona, wzbogacona i bezpieczna.

.

Następnie klasnęła w rączki i za telefon chwyciła.

.

- Miło cię słyszeć, ale ja na nic czasu nie mam. – odpowiedział jej mężczyzna.

.

On odpowiedział. Ale to ona – właściwszą odpowiedź w zanadrzu miała. Wytłumaczyła:

.

To ja mam czas dla ciebie, a mam go tyle, że starczy za nas dwoje. To ja ci doniosę twój utracony czas, a dotacham go do twojej pracowni. Ty mi otworzysz swoją pracownię,
a ja ciebie otworzę i wskrzeszę. Przyniosę ci twój czas – rozpuszczony przez twoje palce,
co narzędzia malarskie bez wytchnienia zawsze trzymały. A ja ten czas odzyskałam,
a teraz tobie oddam i podaruję –  bo to twój czas jest przecież. A gdy będę zwracała
tobie twój czas, to przyjdę do ciebie z czasem w pudełku i przewiążę je kolorową kokardą.

.

Po stronie kobiety już cisza i spokój i luźna przestrzeń – po tamtym mężczyźnie,
którym zaabsorbowana była wcześniej (w Epoce Przedgipsowej).

.

Teraz już może kobieta mieć czas dowolny i się dowoli zaprzyjaźniać i przyjaźnić.

.

Na początek wybrała tego mężczyznę na przyjaciela, ponieważ z góry zauważyła, że on cierpi pode spodem swojej hardej miny – cierpi, nie mając rozumnego i rozumiejącego przyjaciela.

.

Natychmiast po zdjęciu gipsu – zapukała do pracowni tego mężczyzny, by zostać jego przyjacielem, jak i modelką.

.

Malowanie z żywego obiektu miało przewietrzyć skostniałą głowę, by stała się miękką
i mądrą w przyszłości. Malowanie z żywego obiektu, oddychanie aurą jednej pracowni,
miało również być dobrem dla świata. Owo dobro miało być przekazem aury-tu-i-teraz, zawartym w umalowanych płótnach, które przedstawiały.

.

I udawało się przez znaczny czas dotykać tych celów: mężczyzna tworzył, i  była twórcza praca, nie orka, nie samo rzemiosło. To był magiczny czas w  życiu mężczyzny, bo mądrzał
z dnia na dzień, i rósł w siłę i był uwielbiany i podziwiany. Świat chłonął mężczyznę
w zachwycie nad jego talentem, i otwierały się różne drzwi. I szedł mężczyzna we świat, równoważył światu zachwyty i pootwierane drzwi – równoważył za pomocą własnej podwójnej, potrójnej… tym razem: dobrej pracy. Jego dobroć i mądrość podobały się kobiecie. I była z mężczyzny bardzo dumna.

.

Modelka – jak to modelka. Zastygała w bezruchu na długie, twarde godziny zegarowe; milcząca, poważna, w określonej pozie.

.

Tak mężczyzna i kobieta przestali stopniowo być głupcami, co mijają się beznadziejnie.

.

Zaprzyjaźnili się naturalnie i łagodnie – i tak powstała jakaś sztuka, malunek, rysunek,
a także wspólna praca i horyzont wspólny.

.

Wszystko szło dobrze – do czasu. Ach, jednak czas jest doprawdy dość cwany.

.

Najpierw mężczyzna się zastanawiał i nie wiedział, czy wolno mu zakochać się w modelce.

.

To było w czasie, kiedy dopiero zaczynał się w nim odblokowywać jasny i twórczy potencjał. To był moment przełomowy – jak gdyby krasnoludek podtuptał na paluszkach i podpalił lont pewnej bombie.

.

To był pewien moment: mężczyzna już nie orał, ale jeszcze nie siał – wtedy mógł być przyjacielem i niczego więcej nie było mu wówczas wolno. Lecz kiedy wywołała się w nim lawina tworzenia (lawiny są niezwykle podatne na bodźce; czasem wystarczy nieznaczny szept – i już jest lawina) – okazało się, że wolno mu zakochać się w modelce. Dlatego,
że już jest artystą. A artyście – wolno wszystko.

.

Tak oto: zakochał się mężczyzna (artysta) w swojej modelce i pokochał kobietę całym sercem.

.

I wtedy również się okazało, że jest coś jeszcze godne dotknięcia, co istnieje pomiędzy
tym dwojgiem.

.

Kobieta to przeoczyła. Chyba dlatego, że wcale nie była mądra, a nadal po prostu głupia. Może by nie przeoczyła, gdyby się odważyła na księżyc polecieć – a nie tylko na orbitę się rzucić leniwie jak turysta na hamak. Gdyby – toby. No trudno. Popełniła kobieta niedopatrzenie: niestety w dalszym ciągu chodziło o mijanie.

.

Oto kiedy mężczyzna przestał parać się rzemiosłem, a zaczął kreować sztukę – okazało się,
że właśnie wtedy nie ma w nim i wokół niego żadnej funkcji do urealnienia przez kobietę.
Już nie ma sposobu dłużej mężczyzny sobą dopełniać. Brakuje pola, na którym miałaby wyznaczyć mężczyźnie dalsze jego kierunki, wskazać jemu sensowne następne obszary
do zdobycia.

 

Musiała odejść. Nie było innej rady. W tej pracowni i w tym czasie i w życiu – nie miała już niczego więcej do zrobienia. Straciła dawny blask i zgasła.

.

Odeszła w przełomie: wybrała najgorszy moment. Musiała jakiś wybrać, przyszedł taki czas. Ten czas był jej niezaprzeczalną, bezsporną winą i wstydem za siebie i płaczem.

 

 

Odeszła w momencie, w którym  mężczyzna ją kochał. Bo było mu wolno. Był przecież artystą. Mógł czynić, co zechciał.

.

Czegoś zapragnął, coś pozyskał, w czymś zakotwiczył, coś planował kobiecie dać – a wtedy kobieta mu uciekła.

.

Uporawszy się z poczuciem winy z zadania krzywdy, przypomniała sobie kobieta o dobru, które do życia wcześniej powoływała.

.

I zapatrzyła się na obrazy, na malunki, które coś do powiedzenia światu miały.

 

To było najtrudniejsze do pojęcia dla głupiego umysłu kobiety. Głupiego, bo bez wzlatywania – niczego dobrze zrozumieć nie umie… a nawet, kiedy już wzleci, to zawsze potem się bierze

i wynika, że to jednak było za nisko (cały kobiecy lot)… no trudno.

.

To było najtrudniejsze dla kobiety: przebaczyć sobie, że niemądrze się zachowała i postąpiła – a później zrozumieć, że jednak dobro z tego powstało.

.

A jednak powstało pewne małe dobro: coś tam ocalało dla świata.

.

Tych parę obrazów, po których widać, że sercem malowane.

.

Sercem: to dobrze (tutaj o serce chodziło).

.

Nie wszystko na świecie winno być bardzo dosłowne

.

i doskonale wykonane,

.

i od A do Z – powiedziane.

.

Takie zajęcia – to dla głowy, nie dla serca.

.

A serce jest błędami – a błędy, to są ludzkie sprawy godne przeżycia i wypowiedzenia.

.

Justyna Karolak.

---