Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak – “Dziewczyna z kamieniem” – część 10 

Justyna Karolak – “Dziewczyna z kamieniem” – część 10

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

…. Błażej przedyktował głosowi swój numer komórkowy.

-          Z góry dziękuję. - powiedział na koniec z zadowoleniem – Proszę wyczarować mi różę, to ja wyczaruję dla pani nieprzyzwoicie wysoką prowizję.

 

 

Rozdział X.

     W środę oziębiło się wyraźnie i rozpadało. Ciśnienie poszło w dół, a niebo wyglądało niczym nabrzmiały siniak. Pomimo tego Pola czuła się rześko i miała dobry nastrój. Wydało jej się, że ciężka klamra, która skuła jej mózg w chwili pierwszej rozmowy z policjantem, rozluźniła się wreszcie. Stało się tak za sprawą spotkania z panią Witenka. Dzięki niej Pola wyrwała się wewnętrznej presji rozwiązywania dylematów z przeszłości i uczuła głęboką ulgę. „Jeśli matka zmarłego dziecka ma siłę nie szukać winnych, przyjaciółka tym bardziej nie powinna tego robić.” - pomyślała spokojnie tego ranka. I postanowiła wziąć sobie wolne – od mroków duszy, od rysowania, od myślenia na wszelkie poważne tematy. Obłożyła się więc dobrym jedzeniem i książkami i polegiwała w łóżku w sypialni przez cały dzień. Pozytywne nastawienie nieco się z niej ulotniło przed wieczorem, kiedy uzmysłowiła sobie, że wernisaż odbędzie się już po jutrze, tymczasem Igor wciąż nie oddzwaniał. Fakt, że ją ignorował, sprawił, że poczuła mały niesmak. Żeby go stłumić i nie psuć sobie resztki cudownie rozleniwionego dnia, postanowiła zadzwonić do Agaty.

- Tu dom Majszczaków. Mówi Jagoda. - Pola usłyszała w słuchawce dziecięcy głosik.

- Dzień dobry, Jagódko, czy mogę rozmawiać z mamą? - zapytała.

- Tu nie ma pani mamy... - stwierdziła zaskoczona dziewczynka.

Pola na chwilę zagryzła usta, żeby nie speszyć dziecka śmiechem, którym miała ochotę wybuchnąć.

- Chodziło mi o twoją mamę. - wyjaśniła – Podasz mi ją do telefonu?

- Moja mama jest w łazience.

- Powtórzysz jej, że dzwoniła Pola?

- Powtórzę. - Jagoda zgodziła się pogodnie.

- Nie zapomnisz? - dopytywała Pola.

- Jestem już duża. - w cienkim głosiku słychać było zabawne oburzenie.

„Dziecko to jedyna doskonałość tego świata.” - pomyślała Pola, rozłączając się.

Po kwadransie oddzwoniła Agata. Jej głos brzmiał smutno, chociaż przyjaźnie.

- Naprawdę nie uda ci się przyjechać? - Pola była zawiedziona.

- Naprawdę. Powinnam zadzwonić już wczoraj, żeby ci powiedzieć, ale... - Agata urwała na moment – Byłam zmęczona. Bardzo boli mnie głowa. Chyba bierze mnie grypa. - skłamała.

- Przykro mi. - szczerze przyznała Pola – Mam tylko nadzieję, że nie unikasz mnie z jakichś dawnych powodów.

- Ta drzazga między nami została usunięta w ostatnią sobotę. - odrzekła Agata i mimo markotności, dodała zaczepnie – Pozdrowię od ciebie Olafa. Jutro we dwoje wybieramy się na cmentarz. Może się przyłączysz?

Pola uśmiechnęła się gorzko.

- Och, to byłby dla niego nadmiar szczęścia. - odrzekła cynicznie – Oczywiście pozdrów go ode mnie, chociaż zdaje mi się, że ta drzazga nie tylko dźga nas oboje, ale jeszcze w ostatnią niedzielę zaczęła ropieć.

Teraz to Agata się roześmiała.

- Nie martw się, przyłożymy Rivanol i będzie dobrze. - odpowiedziała bardziej melodyjnie.

- Czy to znaczy, że pozostaniemy w kontakcie? - upewniła się Pola.

- To zależy od ciebie.

- Czyli pozostaniemy. - powiedziała Pola.

- Zatem, do miłego.

- Gdybyś przez przypadek zmieniła zdanie, prześlę ci sms'em dane nawigacyjne do tego adresu na Pradze. - dodała Pola na koniec – Do miłego. - pożegnała się.

 

     Tuż po rozmowie z Polą, Agata odebrała telefon od Olafa. Zadzwonił, żeby sprawdzić, czy przeszedł jej moralny kac, i czy wszystko w porządku.

- Jest cholernie daleko od „w porządku”, ale kiedyś będzie dobrze. - powiedziała mu.

- Musi. - odparł krótko.

- Jeszcze raz dziękuję, że mogłam się przed tobą wygadać. Bardzo mi pomogłeś.

- Przecież to ja, Werter. - stwierdził autoironicznie – Wszystkie miłosne dramaty tego świata przeznaczone są dla moich uszu.

     Po zwięzłej rozmowie powrócił do oceniania klasówek. Przysiadł nad nimi zaraz po powrocie z pracy, a potem ślęczał do późna. Uparł się, że załatwi to w środę. Czwartek chciał mieć wolny od myśli związanych ze szkołą. „Jest tylko jeden dzień w roku, w którym rozpamiętywanie przeszłości jest w pełni uzasadnione – Święto Zmarłych.” - pomyślał przed pierwszą w nocy, kiedy oczy zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa. Przetarł je pięściami, po czym policzył pozostałe kartki. „No, dalej, zostały już tylko cztery.” - dodał sobie w myślach animuszu. „Jutro jest tylko cmentarz i wspominanie.” - pomyślał i z wysiłkiem sięgnął po następną klasówkę.

 

     Środowe popołudnie Błażej spędził na szperaniu w szafie. Był to ostatni dzień, w którym miał czas, aby przygotować sobie garnitur i wszystkie dodatki na piątek. W Święto Zmarłych sklepy były pozamykane, a na dodatek planował odwiedzić z Kasią trzy groby na trzech różnych cmentarzach.

     Krawat kupił więc w drodze powrotnej z komisariatu, a teraz tkwił przed dużym lustrem w przedpokoju, przymierzając na zmianę dwie marynarki: grafitową i stalowoniebieską. „Nie jestem wszak babą, a jednak czuję, że nie mam co na siebie włożyć.” - pomyślał z sarkazmem, gdy akurat zgrzytnął klucz w zamku i do przedpokoju weszła Katarzyna.

- Grafitowa będzie lepsza. Niebieska zgasiłaby efekt turkusu. - orzekła bezdyskusyjnie – Spójrz, co udało mi się dostać. - dodała śpiewnie i położyła na półce obok lustra krawat kupiony wcześniej przez Błażeja, który wzięła ze sobą na wzór, a na nim  turkusowe spinki do mankietów.

- Idealnie w tym samym kolorze. - ucieszył się Błażej, spoglądając na świeżo kupione spinki – Jesteś nieoceniona. - dorzucił i cmoknął ją w polik.

- I jeszcze to. - odrzekła i z dumą dołożyła na półkę małą turkusową chusteczkę.

- Po co mi ona? - spytał całkowity modowy ignorant.

- Żebyś wyglądał, kochanie, niesłychanie wytwornie. - wytłumaczyła – Wkłada się ją o, tu, żeby odrobinę wystawała. - to powiedziawszy, pogłaskała brzeg płaskiej kieszeni, znajdującej się po lewej stronie klapy marynarki, którą miał na sobie.

Błażej zrobił kwaśną minę.

- Zobacz. - powiedziała Kasia przekonywująco, złożyła chustkę w trójkąt równoramienny i umieściła ją we wskazanej wcześniej kieszeni spiczastym wierzchołkiem do góry.

Błażej uśmiechnął się; rzeczywiście wyglądało to wytwornie, nie idiotycznie – jak się spodziewał.

- A widzisz. - podsumowała Kasia, utkwiwszy zadowolony wzrok w odbiciu męża w lustrze.

 

     2.listopada 2007 roku temperatura zdecydowanie się obniżyła. W całym kraju oscylowała wokół trzech kresek ponad Celcjuszowym zerem, a w rejonie Suwałk zatrzymała się na jednej. Niemal w każdym zakątku Polski padał deszcz. W Łodzi i Zgierzu były to proste, ciężkie, niezbyt rzęsiste krople. W Warszawie – rozpędzane podmuchami wiatru – ukośne, mżące, zimne igiełki. Niezależnie od regionu był to moment na wydobycie z szaf wełnianych czapek, miękkich długich szali i przytulnych rękawiczek.

     W bibliotece Pola zjawiła się o osiemnastej, ubrana w płaskie, czarne botki za kostkę, gołębioszare rajstopy, wąską atłasową suknię za kolano w kolorze zieleni Veronese'a;  w dyskretnie ażurowym swetrze przewiązanym w  talii; z  czarnym marszczonym, koronkowym wykończeniem mankietów. Dekolt sukni – w mały serek – wystawał ponad górą swetra. Uszy Pola przystroiła drobnymi szmaragdowymi wkrętami. Powieki musnęła rozbielonym grafitowym cieniem, który podkreślił jej chmurną zieleń tęczówek. Usta pociągnęła półpłynną, prawie bezbarwną szminką, która po paru chwilach pozostawiła ustom motylo-pudrową poświatę barwy świeżej brzoskwini. Na policzki nie nałożyła różu; jej dziecięco drobna twarz w kształcie ostro zakończonego serca miała mocno wystające, okrągłe kości jarzmowe, które rzadko kiedy wymagały makijażowego określenia. I same w sobie stanowiły wizualną przeciwwagę dla wąskich konturów całej sylwetki.

     Dziesięć po dziewiętnastej dyrektor powitał gości, dodając kilka pochlebnych uwag na temat obrazów, a Polę zaczęła ćmić głowa. Na krótko zabrała głos, by podziękować wszystkim za przybycie, szukając w tłumie choć jednej pary bliskich, rozumiejących ją oczu. Na próżno: wszyscy zlali się w jednolitą masę, która poruszała się i reagowała niczym jeden biologiczny organizm pozbawiony, obojętnie jakich, znamion indywidualności. I chociaż Pola była zadowolona z tego wernisażu, ponieważ wszystko przebiegało zgodnie z planem, to jednak w ułamku sekundy, kiedy przemawiała, ujrzała się zupełnie samą – w centrum wielu osób.

     Gdy skończyła mówić, migrenę wzmogły oklaski, mignęły lampy błyskowe i tłum wchłonął ją w siebie, pomiędzy kieliszki z szampanem i truskawki. I zaczął się bankiet.

     Podała komuś kieliszek szampana. Ktoś inny podszedł z osobistym toastem i poprosił, aby z nim wypiła. Ktoś zaproponował wywiad, a ona nie odmówiła, żeby wszystko, o co dotychczas walczyła, nie okazało się bez sensu.

     A o co walczyła? Nagle – zapomniała. Jakby czas stanął w miejscu. A nie stanął. Nie mógł, skoro ona z chwili na chwilę była coraz starsza.

     Zakręciło jej się w głowie i oparła się dłonią o mały pasek ściany pomiędzy płótnami. Na moment przymknęła powieki i właśnie wtedy usłyszała czyjś znajomy, męski głos, wypowiadający dwa proste słowa:

- Dobry wieczór.

Otworzyła oczy i zlepek istot podobnych do papug zniknął za jej plecami i po bokach, gdzieś na marginesach jaźni. Gwar i jasne światło rozproszyły się, kiedy go zobaczyła. Był otoczony chłodnym, nieludzkim blaskiem, który zakłuł ją boleśnie w źrenice tak, że musiała kilkakrotnie zamrugać, aby przywołać swoje zmysły do porządku i spojrzeć na niego zwyczajnie: jak kobieta, nie jak artysta-malarz. Ból i zawrót głowy – ustały. Wrażenie chłodnego blasku – prysło. Zdjęła rękę ze ściany, wyprostowała się i postawiła krok wprzód. Pierwsze, drastyczne emocje, towarzyszące rozpoczęciu wernisażu, zgasły i Pola, przytomnym już wzrokiem, ogarnęła cztery punkty, które moment wcześniej wzięła za jedną – olbrzymią i przytłaczającą świetlną plamę. W rzeczywistości były to trzy przyziemnie matowe elementy męskiego ubioru – krawat, spinki mankietów, chustka w butonierce – i jeden kwiat, trzymany w mocnej dłoni przed sobą.

- Dobry wieczór. - odpowiedziała – Kogo jak kogo, ale pana się dzisiaj nie spodziewałam.

Błażej uśmiechnął się porozumiewawczo.

- Cóż, życie jest pełne niespodzianek. A skoro już tutaj jestem, to mogę zająć pani chwilę? - zapytał miękko.

- Mówi pan tak, jakby znalazł się tu przez przypadek. - odrzekła – A przecież nie przyjechał pan, żeby oglądać moje obrazy, tylko do mnie.

- Skąd ta pewność siebie? - spytał – Zrobiłem już rundkę wokół pani eksponatów. Są pełne lęku i niedomówień. Jak autorka.

- Do czego pan zmierza? - zapytała, krzyżując przed sobą i splatając zgięte w łokciach ramiona.

- Oj, proszę się nie dąsać. - odparł, wziął ją pod łokieć i przespacerowali się delikatnym łukiem w stronę stołu – To przecież pani wieczór.

Zmarszczyła brwi.

- Więc jest pan tu przez kompletny przypadek, czy też może któryś z obrazów zainteresował pana bardziej od pozostałych? - spytała zaczepnie, kiedy stanęli przy stole.

Roześmiał się.

- Proszę ze mnie nie szydzić, bo żadnego nie kupię. - odgryzł się żartobliwie.

- Więc?

- Ależ wie pani tak samo dobrze jak ja, że nie ma w życiu przypadków. - stwierdził.

Pola struchlała. Dopiero co ułożyła sobie ten bajzel w głowie, a tu masz: wybuchła następna bomba. Przez umysł przetoczyły jej się słowa Agaty z ostatniej niedzieli: „Tamara zginęła przez głupi przypadek.”, i natychmiast po nich – kolejne, nie wiedziała, czyje: „Daj spokój. Nie ma przypadków. Wszystko zostało wymyślone i zapisane daleko przed naszymi narodzinami. My już jesteśmy w środku domina. Urodziliśmy się martwi.”.

- O co panu chodzi? - spytała z tajoną złością.

- Dobrze już. Nie znam się na malarstwie. - przyznał poważnie – Przyjechałem wyłącznie do pani.

- To po co ta mowa-trawa?

- Sam nie wiem. Poniosła mnie magia chwili. - odparł z wyczuwalną w głosie autoironią.

Pola spróbowała się uśmiechnąć. Ale kąciki jej ust nie chciały się podnieść. Ich właścicielkę zżerał niepokój i one o tym wiedziały.

- Ciekawy kolor. - powiedziała, zerkając przymrużonymi oczyma na różę.

Błażej machnął ręką, w której trzymał różę, jakby właśnie sobie o niej przypomniał.

- À propos. - powiedział i poczęstował się truskawką – Lubi pani filmy Davida Lyncha? - zapytał ni stąd, ni zowąd, zjadając owoc.

- Niektóre. - odparła sucho.

- Ma pani jakieś zwyczajne marzenia? - znów zapytał.

Nie odpowiedziała. Patrzyła na niego oszołomiona, wielkimi kocimi oczami.

- Ja – mam. - kontynuował – Otóż zawsze marzyłem móc wypowiedzieć te słowa, jak ten detektyw z „Tween Peaks: ogniu krocz ze mną”. Widziała pani ten film?

Pola wzruszyła ramionami. Ta rozmowa coraz mniej przestawała jej się podobać, a jednak nie potrafiła jej zakończyć. Coś w środku (cudzy głos czasem zasadza się we wnętrzu głowy i czai w milczeniu) kazało jej stać i słuchać, słuchać i wyczekiwać finału.

- Zawsze chciałem mieć okazję, by móc to powiedzieć: „To jedna ze spraw spod znaku błękitnej róży.”. - Błażej wygłosił cytat, po czym dodał, trochę ciszej – Chociaż moja róża jest turkusowa, jak pani zauważyła, więc to nie do końca to samo. Ale nie mogłem się oprzeć, żeby tego nie powiedzieć.

- Ciągle nie widzę związku pana paplaniny z moją osobą. - zdenerwowała się Pola – Akurat tak się składa, że znam dobrze ten film. Laurę Palmer zamordował ojciec, czy też Bob, jego alter-ego albo uczłowieczony wyrzut chorego sumienia, trudno orzec. Tak czy siak, Tamara nie była Laurą, tak jak ja nie jestem Bobem. I tak jak pana róża nie jest błękitna.

- Nie widzi pani związku? Ta róża jest dla pani, proszę. - powiedział i wręczył jej kwiat – I oczywiście NIE PRZEZ PRZYPADEK jest turkusowa.

Wzięła różę do ręki i poczuła się zagubiona.

- Pamięta pani, jak spytałem panią o srebrny pierścień z turkusowym kamieniem? - zapytał, a nie dostrzegłszy żadnego grymasu w obliczu Poli, ciągnął – Przyznała pani, że widziała ten pierścień u Tamary, ale nie w noc jej śmierci. Widziałem w pani oczach prawdę. Było w nich zawarte wspomnienie tego pierścionka. Takich szczegółów nie można zagrać. Znam się na tym. Wiem, że nie da się wyreżyserować ruchu źrenic, w jakich odbija się konkretna historia.

Pola poczuła, że jej nogi są z waty.

- Pan myśli, że jestem morderczynią? I szuka pan zagubionego pierścienia, jak agent Cooper w tamtym filmie? - Pola nie mogła tego pojąć. Pragnęła sprzeciwić się słowom policjanta całą sobą, każdym włóknem mięśniowym i każdym najeżonym włosem – Chce mnie pan aresztować, bo nie pamiętam, jak i kiedy widziałam ten pierścionek?

- Proszę się uspokoić. Nie chcę pani aresztować. - rzekł bardziej serio i jednocześnie łagodnie – Gdyby wokół śmierci Tamary Witenki wdrożono dochodzenie, pewnie nie stałbym tutaj przed panią i nie mówił tych wszystkich pseudoliterackich rzeczy. Gdyby toczyło się oficjalne śledztwo, nie mówilibyśmy o tej sprawie jak o morderstwie.

- Bo nie było żadnego morderstwa. - odrzekła.

- Proponuję pani spojrzeć na definicję słowa „morderstwo” nieco szerzej. - odparł tajemniczo – Ale nie w tej chwili. Teraz chcę pani powiedzieć jedno: nie mogła pani widzieć tego pierścionka nigdy wcześniej, niż wtedy, 14.września 1999 roku, właśnie kiedy szłyście w górę Długiej do domów. I powiem więcej: być może dlatego zachowałem się jak agent Cooper. Bo ten pierścień to klucz do tajemnicy śmierci Tamary.

Pola poczuła, jak uginają się pod nią kolana.

- O czym pan mówi, na litość boską? - spytała miaucząco.

- To już jest pytanie do pani. - odrzekł spokojnie – Ma pani wystarczająco dużo danych w sobie, aby znaleźć na nie odpowiedź. Polecam też odkurzyć stare znajomości.

- A jeśli ja nie chcę? Jeśli ja już naprawdę nie chcę z nikim rozmawiać na ten temat? - zapytała, zmęczona i wytrącona z równowagi.

- Proszę bardzo. Tylko wówczas już nigdy się pani nie dowie. - odparł.

- Pan wie, jak było? - zapytała przygnębiona – I nie powie mi tego?

- Nie powiem. - spuentował – Ale wie pani, gdzie mnie szukać, gdyby chciała podzielić się ze mną jakimiś spostrzeżeniami?

Pola kiwnęła głową. Była rozbita, rozczarowana i smutna. Dopiero teraz zaczynała rozumieć charakter tego gliny. I dopiero teraz była gotowa do dialogu z nim. Zapragnęła z nim rozmawiać przez wiele długich, kolejnych godzin.

- Proszę powąchać różę. - powiedział na koniec z uśmiechem – Zaręczam, że jest żywa.

- Zadzwoni pan do mnie, jeśli będę do czegoś potrzebna? - spytała niezręcznie, podczas gdy Błażej powoli cofał się w stronę drzwi – Jeśli miałabym uzupełnić jakąś z wcześniejszych wypowiedzi?

Uśmiechnął się szerzej i pomachał do niej na pożegnanie.

- Dziękuję, już mam komplet. - odrzekł – W przeciwieństwie do pani. - dorzucił, odwrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i wyszedł z sali.

„To jednak wrażliwa dziewczynka, która ciągle boi się dorosnąć.” - pomyślał, schodząc do szatni. Było mu żal, iż Pola tak drastycznie lękała się prawdy. Dlatego poczuł, że  dobrze uczynił nie odkrywając przed nią wszystkich kart. „Przez osiem lat zapierała się przed prawdą rękami i nogami. - pomyślał, zakładając kurtkę – Jeśli teraz sama się na nią nie otworzy, moja rola tym bardziej się skończyła.”. Zadzwonił po taksówkę i wyszedł na zewnątrz.

     Wzmógł się deszcz, więc Błażej założył kaptur i skulił głowę pomiędzy ramionami, patrząc w chodnik. Kiedy wsiadał do taryfy, minął go żółty Volswagen Polo.

- Dworzec Centralny. - powiedział.

Taksówkarz ruszył, a żółty samochodzik zaparkował przed bibliotecznym gmachem.

     Pola dołożyła różę do stosu kwiatów, które dostała wcześniej. Wyszła z sali wystawowej, zahaczyła o szatnię, zabierając z niej paczkę papierosów z zapalniczką i zeszła schodami w kierunku głównych drzwi. Skołowana, stanęła na ostatnim stopniu, tyłem do wejścia, i przypaliła papierosa. Zaciągnęła się mocno i pochyliła, opierając prawy bok czoła o dłoń, którą trzymała na poręczy. Nie poruszyła się o milimetr, kiedy drzwi się otworzyły i minął ją zakapturzony, spóźniony gość. Wydmuchiwany raz po raz szeroką smugą dym leciał przez chwilę w dół, po czym – tuż przed powierzchnią schodów – zwalniał i wracał do góry w postaci pierzastej resztki. „Weź się w garść. - rzekła do siebie w myślach – Dzisiaj jest wernisaż, nie stypa.”. Dokończyła papierosa i zagasiła go w talerzu metalowej popielniczki na wysokiej nóżce z pręta, stojącej przy drzwiach. Kiedy spowrotem mijała szatnię, wysoki gość stał tyłem do niej, kończąc zdejmować kurtkę, nadal jeszcze w puchatej czapce i szalu.

     Pola wmieszała się między ludzi, starając nie myśleć nad tym, co powiedział jej Konieczny. Próbowała skupić się na przyjęciu, którego znaczenie z chwili na chwilę dla niej malało. W którymś momencie, stojąc w głębi sali, odwróciła się i poszła kilka kroków w kierunku stołu, chcąc zjeść truskawkę, i wtedy zobaczyła Olafa. Dostrzegł ją bezbłędnie i od razu do niej podszedł. Był ubrany w śnieżnobiały garnitur o klasycznej dwurzędowej marynarce, który sprawił, że pośród połyskującego barwami czerni i szarości tłumu, wyglądał jakby płynął przez powietrze tuż ponad podłogą. Pola zaniemówiła z zachwytu i zdziwienia, gdy stanął przed nią, niepewna, co od niego usłyszy, ani co sama powie.

- Proszę, to dla ciebie. - przywitał się i wręczył jej mały bukiet z ośmiu krótkich białych różyczek.

„Ach, ta symbolika koloru i liczb.” - pomyślała, przyjmując kwiaty, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu.

- Przebrałem się za pokojową chorągiew. - powiedział półżartem, chociaż bez uśmiechu – Wnoszę o rozejm.

Po tych słowach Pola odzyskała spokój chwili.

- Jeśli chodzi o moje zdanie, to nie toczy się żadna bitwa. - powiedziała.

- To Agata namówiła mnie do tego przyjazdu. - wytłumaczył – Jeśli chodzi o mnie, ciągle nie mogę wybaczyć ci tych ośmiu lat nieobecności. Ale nie chcę się z tobą więcej kłócić. Agata powiedziała mi, że obwiniasz się za śmierć Tamary. Zgodziłem się przyjechać tutaj w zastępstwie Agaty, ale całkiem od siebie chcę ci powiedzieć, że uważam to za bzdurę, to obwinianie.

- Przepraszam, że nie zaprosiłam cię osobiście. - rzekła Pola – Chciałam, ale się nie dało.

- Nieważne. - odparł i wzruszył ramionami – Powinniśmy zostawić już za sobą to, co było. Kurtyna dawno opadła. Główni aktorzy zdjęli maski i rozjechali się do domów. I tak na to popatrzmy. - podsumował.

- Nie mogę. - odpowiedziała, spoglądając w stronę turkusowej róży, położonej na szczycie górki kwiatów w rogu sali.

- Posłuchaj, Pola, ja nie wiem wszystkiego na temat twojego życia, ale ty też nie wiesz dokładnie, co dzieje się u mnie czy u Agaty. - powiedział bardziej zwyczajnie, po koleżeńsku – Agata się rozwodzi. Uparła się, żeby ci nie mówić, bo nie chciała cię tym obarczać. Nie da się zresztą nadgonić ośmiu lat rozmów w kilka dni.

Pola była zdumiona; wyobrażała sobie, że dawna przyjaciółka jest szczęśliwa.

- Rozwodzi się? - spytała matowym głosem.

Olaf potaknął ruchem głowy.

- To dlatego nie mogła dzisiaj przyjechać. Nie była w nastroju. - wyjaśnił – Ale chciała, żeby ktoś dodał ci otuchy. Cała Agata: ktoś zawsze jest ważniejszy od niej samej. Empatia nie wyparowała z niej przez te lata i uznałem, że powinnaś o tym wiedzieć.

- Dziękuję, że mi powiedziałeś. - rzekła poruszona.

- Nie musisz. - odparł – Ale w ramach wdzięczności możesz coś dla mnie zrobić. - dodał.

- Mianowicie?

- Nie dzwoń do Agaty w najbliższych dniach. - poprosił – Wolałbym, żeby usłyszała ode mnie, że wiesz już o rozwodzie.

Pola zgodziła się bez słowa. Chwilę stali naprzeciw siebie, nie mówiąc niczego. Był to jeden z niewyczerpanej puli paradoksów życia: mieć tyle do powiedzenia, a nie potrafić i nie móc uchylić ust.

- Mogę popstrykać zdjęcia twoim obrazom? - zapytał Olaf, przecinając w końcu zbitą gęstość milczenia.

- Fotografujesz je na wszystkich wystawach. - stwierdziła – Moje pozwolenie nie jest ci potrzebne.

- Widziałaś kronikę. – zrozumiał.

- I byłam zachwycona. - przyznała.

- Dlaczego? - zapytał i spojrzał jej w oczy spod przymkniętych powiek – Co cię tak ujęło?

- Dwie rzeczy. - powiedziała, odbijając jak lustro jego rodzaj spojrzenia – Wasza pamięć i jakość twoich zdjęć.

Powieki Olafa rozwarły się, a kąciki ust drgnęły, jakby zamierzał się uśmiechnąć. Ale się nie uśmiechnął.

- Jednak wernisaż to coś innego niż powszedni dzień wystawy. - powiedział i rozejrzał się wokół, prześlizgując wzrokiem po ścianach – Zostawiłem aparat w szatni. Chciałem usłyszeć twoją zgodę.

- Ależ zgadzam się przecież. - rzekła spontanicznie – Chciałabym prosić cię nawet o wywołanie dodatkowych odbitek. Oczywiście za wszystko zapłacę.

- Czyli podobają ci się moje zdjęcia? - tym razem pytanie Olafa zabrzmiało, jak gdyby dotyczyło czegoś innego.

- Zawsze mi się podobały. - odrzekła Pola, jakby miała na myśli coś więcej, niż jego zdjęcia.

- Podobają mi się twoje obrazy. - powiedział Olaf.

Słowa aprobaty z trudem przeszły mu przez gardło. Były wyrazem długo i mozolnie konstruowanej myśli, która nagle doczekawszy się wypowiedzenia, zabrzmiała nieporadnie jak pierwsza próba szczeknięcia małego pieska.

- Cieszę się. - odrzekła równie niezręcznie i, żeby to zatuszować, dorzuciła szybko – Chodź, przejdźmy się wokół sali i obejrzyjmy je razem. Potem pójdziesz po aparat.

W odpowiedzi podał jej zgięte ramię. Zaplotła palce na jego białym rękawie i zaczęli iść.

- Większą część już znasz. - rzekła melodyjnym tonem przewodnika wycieczki – Ale jest też dziewięć nowych prac. Zaczynają się tam. - to powiedziawszy, poprzez uniesienie brody wskazała na przeciwległą względem ich ścianę.

- Temat się nie zmienił. - zauważył Olaf, kiedy zatrzymali się przed pierwszym z nowych płócien – Zawsze pokazujesz postać przygnębioną ciężarem świata. Ale atmosfera jest trochę inna. Surowsza, bardziej drapieżna i niedopowiedziana.

- Odważniejsze kontrasty i intensywniej zróżnicowana faktura. - wytłumaczyła Pola.

Olaf pokręcił głową.

- To nie odwaga. - ocenił – To brawura.

Kolejne siedem obrazów minęli w milczeniu, chociaż Olaf taksował analitycznym wzrokiem każdy z nich. Odezwał się dopiero przy ostatnim – tym, który pochłonął Poli najwięcej nerwów i czasu; tym samym, z którym walczyła niedawno, a który ożył swoim prywatnym życiem, wymykając się spod kontroli i nie pozwalając się dokończyć. Wstydziła się za niego więcej niż za inne – kiedykolwiek wcześniej. Zdecydowała się włączyć go do wystawy wbrew samej sobie i w ostatniej chwili.

- To twój najlepszy obraz. - nieoczekiwanie powiedział Olaf.

- Jak to? - zapytała, obrzucając płótno wzrokiem pełnym sprzeciwu – Jak możesz powiedzieć coś takiego?

- Niebo... - odparł i urwał na chwilę – Jest powalające. Ogromne i autentyczne. Nigdy tak nie malowałaś. Brak mi słów... - znów urwał i przełknął ślinę – Idę po aparat.

Czekała na niego jak zahipnotyzowana. Istotnie, obraz z racji realistycznie potraktowanego nieba odbiegał od pozostałych, lecz Pola nie była z tego rada. Ilekroć nań spoglądała, zdawało jej się, że ktoś inny jest autorem. „Niby aura podobna, ale to niebo... - zastanowiła się – Może byłoby zachwycające, gdyby wyszło spod pędzla Turnera albo Friedricha. Ale w moim dorobku przedstawia się nienaturalnie, jak karykatura.”.

     Olaf wykonał wiele zdjęć, a potem Pola odprowadziła go do szatni. Nim spakował aparat, wyciągnął z torby grubą, szarą, złożoną w pół kopertę A4 i podał ją Poli.

- To dla ciebie. - powiedział.

- Co to? - zdziwiła się.

- Powinienem dać ci to dawno temu. Ale po śmierci Tamary oddalałaś się ode mnie coraz bardziej i bardziej. - tłumaczył zgaszonym głosem – Byłem sparaliżowany smutkiem i wściekły na cały świat. Pomyślałem, że skoro nie chcesz o niej pamiętać, to nie zasłużyłaś na ten prezent.

- To nie tak, że nie chciałam pamiętać. - wtrąciła Pola – Po prostu nie miałam odwagi i dlatego...

- Przestań. - przerwał jej – Posłuchaj. - poprosił i utkwił wzrok w kopercie – W środku jest zeszyt z wierszami, które Tamara napisała dla ciebie. Obiecałem sobie, że nigdy ich nie dostaniesz, skoro nie chcesz o niej pamiętać. Ale kiedy Agata powtórzyła mi co nieco na temat tego, że zadręczasz się irracjonalną odpowiedzialnością za ten wypadek, wyszperałem ten zeszyt i przeczytałem od nowa. I zrozumiałem, jak bardzo Tamara cię kochała i podziwiała. Można by powiedzieć, że miała wręcz kompleks na twoim punkcie.

- Kompleks? - Pola nie mogła w to uwierzyć.

- Byłyście jak siostry, tylko ona czuła się od ciebie gorsza. - wyjaśnił – Widać to w tych wierszach. - tu Olaf uniósł wzrok i spojrzał Poli w oczy – Nie tylko ty popełniłaś błąd. Ja też jestem ci winien przeprosiny. - powiedział nagle.

Pola poczuła, że zbiera jej się na płacz.

- Za co? - spytała złamanym głosem.

- Zawartość tego zeszytu nie należy do mnie, tylko do ciebie. Nie miałem prawa pozbawiać cię tych wierszy. - wyznał, po czym dorzucił z rozbrajającą szczerością – Ale nawet dzisiaj czekałem z tym do ostatniej chwili, jakbym oceniał dalej, czy na nie zasłużyłaś. Jadąc tutaj, pomyślałem sobie, że jeśli zobaczę, że jesteś kimś innym, że woda sodowa uderzyła ci do głowy, to nie dam ci ich po prostu, tylko zatrzymam na zawsze jak najgorszy egoista.

Pola zacisnęła dłonie na kopercie, aż zbielały jej kostki. Zdusiła w sobie pragnienie płaczu i odezwała się szeptem:

- Przepraszam, że woda sodowa uderzyła mi do głowy.

- Przepraszam, że jestem Werterem. - odpowiedział Olaf.

I wtedy Pola objęła go za szyję i przytuliła. Czubek jej głowy kończył się na wysokości połowy mostka Olafa. Przylgnąwszy do niego bokiem twarzy, słyszała bicie serca. Przez sekundę stał nieruchomo, wciąż nieco zawzięty i odległy, aż wreszcie objął ją obiema rękami, kładąc jedną na jej policzku, jak gdyby była małą dziewczynką, i zakołysał nią lekko. I nastąpiło pojednanie – niezbyt wylewne, ale za to wymowne i niekłamane.

     Trwali w przyjacielskim uścisku przez parę czy paręnaście sekund, stojąc z zamkniętymi oczyma przed szatniowym pulpitem, vis à vis schodów do frontowych drzwi biblioteki. I właśnie wtedy zobaczył ich ktoś, kto – pomimo niskiej temperatury na dworze – przyszedł na wernisaż w całkiem rozpiętym płaszczu z cienkiej madery. Miał ze sobą olbrzymią wiązankę krwistoczerwonych róż. Ujrzawszy Polę w objęciu kogoś innego, zamarł w połowie schodów niczym zatrzymany na stop-klatce. Po chwili wykonał dynamiczny piruet na piętach i, nim ktokolwiek go zauważył, już go nie było.

     Otworzył czarny parasol i poszedł sobie, wyrzucając kwiaty do pierwszego napotkanego kubła na śmiecie.

- Nigdy nie byliśmy parą na wyłączność. - warknął Igor pod nosem, po czym wszedł do pobliskiej knajpy, żeby chlapnąć szklaneczkę whisky.

W sumie chlapnął ich kilka, aż wieczór zmienił się w środek nocy. W międzyczasie jakaś wiosenna blondynka, siedząca samotnie przy barze, zerknęła na niego udając, że poprawia coś przy sukience, i odsłoniła całkiem apetyczne udo, obleczone w srebrzystoczarną pończoszkę. Igor po raz pierwszy w życiu spojrzał na kobietę z obojętnością, nie potrafiąc skorzystać z jej niewerbalnego zaproszenia.

 

- W środku zeszytu są też zdjęcia, twoje i Tamary. - powiedział Olaf na pożegnanie – To mój osobisty załącznik dla ciebie.

- Chcesz, żebym je zachowała? - upewniła się Pola.

- Są jak ilustracje do wierszy. Powinny zostać przy tobie. - odparł z akcentem na „powinny”.

 

Justyna Karolak 

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

 

 

---