Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak – Dziewczyna z kamieniem – część 11 

Justyna Karolak – Dziewczyna z kamieniem – część 11


 

 

- W środku zeszytu są też zdjęcia, twoje i Tamary. - powiedział Olaf na pożegnanie – To mój osobisty załącznik dla ciebie.

- Chcesz, żebym je zachowała? - upewniła się Pola.

- Są jak ilustracje do wierszy. Powinny zostać przy tobie. - odparł z akcentem na „powinny”.

 

 

Rozdział XI.

     O ile osoba Olafa przeważyła wrażenia z wernisażu w dobrą stronę, o tyle nazajutrz w duszy Poli pierwsze skrzypce zagrał Błażej. Wszystkie dziury w pamięci, jakie udało jej się przykryć kojącymi łatami bieżących momentów, gliniarz obnażył znienacka – nieomylnie, a jednocześnie nie dając niczego, czym mogłaby te dziury znowu wypełnić. W sobotnie, zimne i ulewne, listopadowe popołudnie weszła więc z ciężkim sercem i fikołkiem z czerwonego martini i grapefruitowej oranżady. Zasiadłszy na szezlongu w salonie, z kopertą, którą otrzymała wczoraj, przyjrzała się turkusowej róży, ustawionej na toaletce z lustrem stylizowanej na lata 20., w sąsiedztwie pozostałych kwiatów, ale w wyraźnie wyodrębnionym, solowym wazonie. Chciała już odbić myślą w kierunku tej koperty, ale wyrzucenie Błażeja z głowy przychodziło jej z trudem. Mimowolnie doszła do wniosku, że Błażej to bardzo inteligentny człowiek. Ochłonąwszy odrobinę z emocji dnia poprzedniego, zrozumiała, że wszystkie słowa, które jej powiedział, a które w pierwszym odruchu wzięła za przerysowane do granic pastiszu, zostały znakomicie obmyślone i dobrane. Zrozumiała, że musiał użyć metaforycznych sformułowań – podobnie jak turkusowych garderobianych elementów i róży. Bo jak inaczej miałby zwrócić jej uwagę? Jak inaczej miałby jej pokazać, że wpadł na coś ważnego? Czy bez porywania się na tę optyczną symbolikę i bez nawiązywania do filmu Davida Lyncha wzbudziłby w Poli tę ponurą ciekawość dawnej melodii, którą odczuwała teraz?

- Wie, jak przykuć mój wzrok. Wie, jakie filmy lubię. Wie wszystko. - powiedziała głośno i przechyliła szklankę.

Napiła się, z całej siły zaciskając powieki. „A teraz topię tego gliniarza w moim różowym mikro-morzu alkoholu. Widzę, jak idzie na dno i odrywam się od niego.” - pomyślała, otworzyła oczy i zajrzała do szklanki, jakby naprawdę miała w niej kogoś zobaczyć. I wreszcie otworzyła kopertę.

      Z koperty wysypały się fotografie. Pola obejrzała je powoli. Spontaniczne, nagłe kadry były idealnie wymierzone i obejmowały portretowe zbliżenia dwóch przyjaciółek z pominięciem otaczającego kontekstu. Po latach Pola patrzyła na nie jak na pocztówki z wakacji, których nigdy nie było. „Byłyście jak siostry, tylko ona czuła się od ciebie gorsza.” - widok fotek wywołał w Poli echo słów Olafa z wczoraj. „Jakim cudem?” - zamyśliła się boleśnie. Odłożyła zdjęcia na bok i podpaliła papierosa. Wspomnienia ze szkoły średniej trafiły ją z impetem. Powróciły do niej jak bumerang – z identycznym rozmachem, z jakim ona przez te lata usiłowała je wyrzucić. Nie dlatego, iż by postać przyjaciółki miała jej nic nie obchodzić.

- Dlatego, że każda myśl o tobie była nie do zniesienia. Zupełnie jakby ktoś zaciskał mi ręce na szyi i zaczynał dusić. - rzekła Pola w stronę zdjęć – Dusiłam się każdą myślą, że już nie wrócisz, a wszyscy wokół do znudzenia powtarzali mi, że trzeba żyć.

Aż Pola im uwierzyła – i żyła, z dnia na dzień przestając myśleć o tym, co złe. Aż zamknęła się w niewidzialnej skorupie wypełnionej sztucznymi kolorami oraz zapachem terpentyny i oleju lnianego (człowiek nieraz kuli się jak ślimak w skorupie pod masą świata i zapomina, że nad nim rozciąga się niebo – jedno i to samo dla wszystkich). I żyła w tej skorupie, udając, że jest panią samej siebie, aż 24.października 2007 roku, kiedy zadzwonił ten gliniarz. I wówczas skorupa się potłukła – ale skulona sylwetka pozostała.

      Jakim cudem Tamara miała czuć się gorszą? Widząc ją w myślach, promienną i ożywioną wskutek obejrzanych właśnie zdjęć, Pola przypomniała sobie, że to ona Tamarę podziwiała – nie odwrotnie. „To ty byłaś lepsza ode mnie.” - odezwała się niesłyszalnym głosem do swoich myśli. I przypomniała sobie dokładnie, jaka Tamara była śliczna, mądra i dobra: poważna ponad wiek, choć dziecinna w rysach buzia; wspomnienie dziesiątek przeczytanych ponadprogramowo lektur, szafirowe spojrzenie, które widziało więcej; i zawsze otwarte dłonie, skierowane wnętrzem do siebie. To Tamara, nawet w najsroższe mrozy, wyciągała Polę na wertepy pod wiaduktem, albo zmarznięte błota przy kolejowym nasypie, żeby dokarmiać zbłąkane wróble czy kaczki. To Tamara była całorocznym wolontariuszem w, zapyziałym i śmierdzącym z braku dotacji, zgierskim przytulisku dla psów. Systematycznie oddawała do skupu makulatury zużyte brudnopisy. Wypożyczała z miejskich bibliotek więcej książek, niż nawet ona zdołałaby przeczytać, tylko po to, żeby klajstrować, scalać i okładać co parszywsze, bardziej zniszczone egzemplarze. Na ulicy, przy której stał szpital, był –  ciągnący się przez kilka metrów –  uskok między jezdnią a krawężnikiem, którego władze miejskie nie kwapiły się wyreperować. Którejś nocy Pola z Tamarą poszły tam i  zalały dziurę pomiędzy asfaltem a wykończeniem chodnika, używając cementu, który zakupiły wcześniej same w sklepie z artykułami budowlanymi. To także była inicjatywa Tamary. Na pytanie o największe życiowe marzenia Pola odpowiadała wymiernie: „Zostać malarką.”. Tamara natomiast życzyła sobie, żeby doba była dłuższa. „Gdyby dzień trwał na przykład 50 godzin, mogłabym zrobić masę pożytecznych rzeczy, nie czekając do jutra. Bo jutra może nie być.” - mawiała Tamara. „Jakim sposobem miałaby czuć się gorszą?” - Pola po raz kolejny zadała sobie to, bezsensowne jak sądziła, pytanie. Otworzyła zeszyt podpisany „Dla Poli”, nie przypuszczając, że uzasadnienie tego pytania odnajdzie już w pierwszym przeczytanym tekście. Prawdopodobnie z braku lepszego pomysłu, wiersz został nazwany datą, w której zapewne powstał, zamiast tradycyjnym tytułem:

 

3 luty 1998r.

 

Moja przyjaciółka

wie lepiej, co się święci:

w głowie,

w domu,

w szkole,

w życiu,

w środku serca.

 

Tylko nie wie wcale,

co roi mi się w myślach,

kiedy na nią patrzę,

aż się cała wstydzę.

 

Moja przyjaciółka

jest prawie doskonała:

towarzyszy w smutku

i zaraża życiem.

 

Tylko jeszcze nie wie,

że wewnątrz jestem aż struchlała,

tak chcąc Jej dorównać

małym serca biciem.

 

Życie Jej sprzyja,

mnie z rąk ucieka.

Ją – kocha życie.

Ja – kocham życie i Ją.

 

Zbyt mocno boli mnie Jej doskonałość:

pęd i ambicja,

by coś sobą wnieść.

Choć też bym pragnęła,

wnoszę za mało.

Nigdy Nią nie będę,

nie mam więcej łez.

 

Przeczytawszy to, Pola poczuła się zdruzgotana. Sama nie wiedziała, czym bardziej: utratą ukochanej przyjaciółki, czy własną nieświadomością wzajemnej relacji. „Czego się spodziewałaś, głupia? - Pola usłyszała czyjś głos w środku swojej pamięci – Człowiek sam dla siebie jest studnią bez dna, cóż dopiero ktoś drugi.”. Odłożyła na chwilę zeszyt, by przynieść z barku więcej martini. Napełniła całą szklankę i wróciła do czytania. Wers po wersie narastał w niej dźgający wyraz zrozumienia, który uśmierzała kolejnymi łykami trunku. Do pierwszej w nocy przeprawiła się niemal do końca tomiku. Poległa przy przedostatnim utworze, kiedy pojęła, że jest tak pijana, że nie zdoła wykonać już najmniejszego ruchu, nie wspominając o przesuwaniu wzrokiem po literkach i łączeniu ich w umyśle w sensowny ciąg słów. Zeszyt z poezją opadł z niej na podłogę jak jesienny liść z drzewa. Niewrażliwa na żaden zewnętrzny bodziec, skuliła się i spała tak do późnego rana – w dziennych ciuchach, na wierzchu szezlonga i w pozycji kalekiego embrionu.

     Pierwszym, co zrobiła następnego dnia rano, był wyjazd do Rygi – nie tej na Łotwie. Wymiotowała jeszcze parokrotnie tego samego dnia i przez dwa kolejne – niemal od świtu do zmierzchu. Była osłabiona na wzór wątłej roślinki i słaniała się na nogach. Nie mogła jeść, ale wmuszała w siebie dużo płynów, dzięki czemu uniknęła odwodnienia. We wtorek po południu przemknęło jej przez głowę, żeby popchnąć klin klinem, albo wręcz upić się na śmierć, poczuła bowiem, że już dłużej nie zniesie torsji. Na szczęście myśl nie doczekała się wcielenia w czyn, bo wieczorem – wymioty ustały i samopoczucie Poli zaczęło się poprawiać. W środę rano obudził ją głód, jakby żołądek przyrósł jej do kręgosłupa. Wzięła to za dobrą monetę – ewidentny symptom zdrowienia – i zjadła pierwszy od paru dni posiłek: ryżową kaszkę dla niemowląt oraz dwa sucharki. Profilaktycznie pozostała na cały dzień w łóżku, ale odzyskała już władzę nad swoim ciałem. Gdy wieczorem położyła się w wannie z letnią wodą i dużą ilością piany, odżyło nie tylko ciało, ale i umysł. Ubrana w świeżą pidżamę i opatulona pluszowym kocem usiadła w fotelu w salonie i włączyła telewizor, by zająć głowę jakimiś zwykłymi informacjami ze świata zewnętrznego. Przed dwudziestą zadzwonił telefon komórkowy i Pola odebrała go spokojnie, jakby niedawne anomalie układu pokarmowego były tylko powidokiem złego snu.

- Słyszałam, że wernisaż był bardzo udany. - powiedziała Agata na powitanie.

- Owszem. Obrazy się podobały. Wystrój też. - odrzekła Pola.

Głos miała lekko ochrypły, lecz poza tym nie pobrzmiewały w nim jakiekolwiek ślady zatrucia.

- Ja nie o tym. - sprostowała Agata – Mówię o tobie i Olafie.

- Ach... - żachnęła się Pola, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

- Najpierw chciałam mu natrzeć uszu, że samowolnie powiedział ci o moim rozwodzie. - Agata bezbłędnie odczytała zawahanie Poli – Ale co by mi to dało? - dorzuciła retorycznie.

Pola westchnęła cicho.

- Myślę, że dobrze, że mi powiedział.- stwierdziła – Nie odzyskam straconego czasu, ale mogę mieć wpływ na teraźniejszość.

- Wiem. I dlatego nie mam mu za złe.

- Jak się teraz czujesz? - spytała Pola – W kwestii rozwodu?

- Nie zostałam lekarzem, żeby zostać żoną. Dzisiaj myślę, że powinnam odstawić Jagodę do żłobka, kiedy tylko przestałam karmić i wrócić na studia. - odpowiedziała Agata głosem pełnym rozczarowania.

- Nie bądź dla siebie zbyt surowa. Czy człowiek w ogóle mógłby się zakochać, gdyby wiedział, że czeka go porażka? - spytała Pola i, nie czekając na odpowiedź, dodała asekurancko – Wiem, że słowa otuchy w moim wydaniu wypadają kiepsko, ale intencje mam jak najlepsze.

Agata uśmiechnęła się do słuchawki.

- Nie bądź dla siebie zbyt surowa. - podchwyciła – Wczoraj podpisałam papiery rozwodowe. Bez żadnego darcia kotów. Chcemy zachować uładzoną relację ze względu na Jagodę. Szymon jest świetnym tatą i chcę, żeby jak najczęściej przyjeżdżał do córki. Nie będzie to łatwe, bo przeprowadził się do Wrocławia, ale się postara. - wyjaśniła rzeczowo, trochę mniej przygnębiona.

Dopiero po tych słowach dotarło do Poli sedno problemu: gdy ludzie mają dziecko, nie mogą rozstać się do końca i prawdopodobnie na tym polegały, tak szeroko spotykane, emocjonalne komplikacje przeprowadzania spraw rozwodowych. „Igor może się do mnie już nigdy nie odezwać. A jeśli zechcę, mogę zatrzasnąć mu drzwi przed nosem. - zastanowiła się Pola – Tymczasem Agata musi otwierać swoje drzwi za każdym razem, kiedy pojawi się Szymon. Bo za tymi drzwiami czeka także dziecko.”.

- Jesteś mądrą kobietą. - orzekła z nagłym drżeniem w głosie.

Zapadło milczenie. Obie potrzebowały chwili, aby wyzuć się z zawiesistości trudnego tematu.

- Właściwie, to dzwonię z innego powodu. - Agata odezwała się pierwsza – Chcę zaprosić cię do siebie na Gwiazdkę.

- Na Gwiazdkę? - zdziwiła się Pola.

- Wiem, że to jeszcze kawałek czasu, ale nie chcę z tym czekać, żeby nie usłyszeć, że masz juz inne plany. - powiedziała Agata jednym ciągiem.

Jej głos odzyskał charakterystycznie łagodną, powściągliwą dźwięczność.

- Nie wiem, co odpowiedzieć. - przyznała Pola – Zaskoczyłaś mnie.

- Powiedz, że się zgadzasz. - poprosiła Agata – W Wigilię przyjedzie Szymon. Zjemy razem uroczystą kolację, damy Jagodzie prezenty, żeby miała wrażenie całej rodziny i Szymon zabierze ją do siebie. Będzie u niego aż do Sylwestra, przywiezie mi ją spowrotem w Nowy Rok. - nakreśliła – W Pierwszy Dzień Świąt po południu przyjdzie Olaf. Pomyślałam, że skoro wasza zadra weszła w fazę gojenia, mogłabyś do nas dołączyć. - skwitowała dosyć pogodnie.

- Dołączyć? - Pola była przejęta – Tak po prostu?

- Tak po prostu. - potaknęła Agata – To nieprawda, że nie ma powrotów. Są tylko niezamierzone zakręty po drodze. - dodała życzliwie.

„I nie dokończone pejzaże i portrety.” - pomyślała Pola.

- A co na to Olaf? - spytała.

- Możesz go sama zapytać. - odparła Agata – Albo zdać się na żywioł i pozostawić to do wyjaśnienia 25.grudnia.

Znów zapadło chwilowe milczenie.

- No już, zgódź się! - Agata przecięła pustkę w rozmowie wesołym zawołaniem – Wiem, że człowiek nie zawsze ma ochotę świętować z rodziną. Przyjedź więc do mnie, na stare, zgierskie śmieci. Gwarantuję dobre jedzenie, ty nie musisz nic robić, wystarczy, że będziesz. Siądziemy  przy kominku z pysznym winkiem i pogadamy we troje. Wrócisz do Warszawy w drugie święto, albo w Nowy Rok, jak będziesz chciała.

Na dźwięk słowa „winko” - Pola automatycznie zakryła dłonią usta. Widocznie nie całkiem jeszcze wyzdrowiała.

- Dobrze. - powiedziała w końcu – Schlebiłaś mi tym zaproszeniem. Przyjadę do ciebie na święta.

- Tylko, jeśli sama też tego chcesz. - zaznaczyła Agata.

- Przyjadę.

Kiedy w telefonie zapadła cisza, Pola spojrzała na kwiaty, stojące na toaletce. Przez kłopoty z żołądkiem nie zmieniła im wody i oto zauważyła, że wszystkie zwiędły. Rozwinęła kokon z koca, w jakim siedziała, i podeszła do kwiatów, żeby je wyrzucić. Kiedy opróżniała wazony, suche pomarszczone płatki turkusowej róży oderwały się jeden po drugim od główki i rozsypały po podłodze.

- A wyglądała na najsilniejszą z nich wszystkich. - Pola powiedziała do siebie.

Podniosła jeden płatek i spojrzała na niego pod światło. „Wygląda jak martwy motyl. - pomyślała – Ładny, ale martwy.”. Trzymając płatek przed sobą, nieco ponad linią wzroku, dumała jeszcze przez moment, a potem umieściła kwiaty w koszu ze śmieciami. Wyczyściła wazony z resztek wody i pozbierała pozostałe płatki, nie myśląc już o niczym złożonym, niczego nie wspominając i nie wartościując.

 

     Kolejne tygodnie mijały tak szybko, iż Poli zdawało się, że nie robi nic innego, jak tylko tasuje i zrywa poszczególne kartki kalendarza. Spodziewała się, że czas od Święta Zmarłych do Bożego Narodzenia będzie martwym dla wystawy, tymczasem po pierwszej połowie listopada telefon rozdzwonił się jak głupi i Pola kursowała niemal nieustannie między biblioteką a domem, dokonując – wciąż nowych – handlowych formalności. Do końca listopada w gazetach codziennych, głównie w wydaniach weekendowych, ukazało się kilka sprawozdań – najpierw z wernisażu, a potem z wystawy, a na początku grudnia – duża recenzja w ogólnopolskim miesięczniku o sztuce. Krytyk, który ją napisał, w sumie okazał się piewcą talentu Poli, chociaż z szeregu jej obrazów wychwycił ten ostatni, nie do końca wypracowany – ten sam, który spodobał się Olafowi – i umieścił w artykule negatywną opinię na jego temat: „(...) nie sposób nie zawiesić oka na najświeższym dziele Poli Renik, bynajmniej z powodu daty jego powstania. Świadomy widz zauważy od razu, jak dalece malarka odbiegła na nim od głównego tematu, stanowiącego o spójności nie tylko tej wystawy, lecz przede wszystkim ogólnej stylistyki obranej drogi twórczej. Laików pragnę poinformować, iż wartości obrazu nie ratuje fotorealistyczne ujęcie nieba, z doskonałym wyważeniem błękitnych laserunków z impastowymi kolorowymi pociągnięciami. Obraz pozostaje nieudany, ponieważ nastąpił zgrzyt w treści: absolutne wymieszanie ważności planów, spowodowane brakiem akcentów. To każe sądzić, iż obraz został umieszczony na wystawie przez zupełną pomyłkę.”. „Wiedziałam.” - pomyślała Pola i jeszcze tego samego dnia przywiozła obraz do domu. „Oczywiście, 'zgrzyt w treści'.” - zrozumiała, przypatrując się płótnu, od nowa ustawionemu na sztaludze, na której narodził się nieco ponad miesiąc temu.

     Błażej był konsekwentny i od wernisażu ani razu nie dał o sobie znać. Któregoś dnia Pola złapała się na myśleniu o nim jak o fikcyjnej postaci literackiej. Wpływ Błażeja na jej percepcję wydarzeń z 14.września 1999 roku okazał się tak słaby, jak kruchy i krótki był żywot turkusowej róży.

     W drugim tygodniu grudnia temperatura utrzymywała się trochę powyżej zera i spadł pierwszy tegoroczny śnieg, niestety pomieszany z deszczem. Zeszyt z wierszami Tamary wylądował na dnie jednej z szaf, gdyż po nieżycie żołądka kojarzył się Poli z takim niesmakiem, iż nie była w stanie przeczytać go do końca.

     W drugim tygodniu grudnia Agata kupiła olbrzymią, żywą choinkę i pozwoliła ubrać ją Jagodzie, która nie mogła doczekać się świąt. Zdarzało się, że Agata popłakiwała nocami, bardziej jednak dlatego, że jej plan na życie rozpełzł między palcami, niż że została zdradzona. Poza tym była zadowolona, że nie musiała się lękać o świąteczny pobyt Jagody we Wrocławiu, ponieważ Szymon zapewnił ją, że nie zamierza poznawać córeczki ze swoją nową kobietą. „Zuzanna ewakuuje się z mieszkania w przeddzień Wigilii. - powiedział Agacie pewnego dnia przez telefon – Bądź spokojna. Nie planuję zakładać nowej rodziny, a tym bardziej mieszać bieżącego życia z tym, które miałem.”. Posłuchała go i była spokojna, że w kontekście Jagody zawsze będą umieli dojść do konsensusu.

     Olaf cieszył się z nabytku w postaci Volkswagena i nadrabiał nim czas stracony we wszystkich autobusach i tramwajach, którymi przemieszczał się do tej pory. Pomagał rodzicom w świątecznych przygotowaniach, jeżdżąc w tę i spowrotem po mieście z listą zakupów i sprawunków, które dotychczas zdawały się nieosiągalne. W Mikołajki przywiózł Jagodzie grę komputerową z Koziołkiem Matołkiem, która spełniła jednocześnie funkcję prezentu Gwiazdkowego. Olaf nie lubił czynić z Bożego Narodzenia pompatycznej defilady upominków i wolał załatwiać te sprawy wcześniej, niby od niechcenia. Tego samego dnia dowiedział się również, że w Pierwszy Dzień Świąt znowu spotka Polę. Nie był tym urzeczony.

- Nie krzyw się. Zachowałeś się wspaniale na tym wernisażu. Nie psuj tego teraz. - powiedziała mu Agata.

- Czemu tak ci zależy na Poli? - zapytał.

- Szymona nie zatrzymywałam siłą. Ale z przyjaźnią trzeba inaczej. - odparła – Trzeba o nią zabiegać za wszelką cenę.

- Dlaczego? - zapytał naiwnie.

- Bo to najważniejsza rzecz pod słońcem. - odpowiedziała niemal automatycznie, po czym dodała z pokorą – Chociaż czasem sama zapominam, że tak właśnie jest. Chodzi o to, że każdego dnia uczę się pamiętać. Nie wolno zapominać o przyjaźni.

- Nie wolno zapominać. - powiedział Olaf.

Z tym mógł się zgodzić: pamięć była jego jedyna stałą.

- Uparciuch z ciebie. - zauważyła Agata – Wiesz, czego najbardziej chciałabym dla Jagódki? - zagadnęła podchwytliwie.

Pokręcił głową.

- Żeby umiała wybaczać. - powiedziała poważnie – Wybaczanie jest trudne, ale życie po nim staje się łatwiejsze.

Olaf zmrużył oczy.

- Wybaczyłaś Szymonowi? - zapytał celnie.

Agata pogroziła mu palcem wskazującym.

- Nie łap mnie za słówka. - zaznaczyła – Mówiłam o przyjaźni, nie o związkach.

Olaf podniósł ręce do góry.

- Nie strzelaj! - zakrzyknął z żartem – Będę łagodny w czasie świąt jak Wielkanocny baranek.

Agata spojrzała na niego spode łba.

- A bądź sobie, jaki chcesz. Byle byś nie był śnięty jak karp w galarecie. - zbilansowała.

 

     11.grudnia Agata, Olaf i Pola odwiedzili Tamarę, był to bowiem dzień jej urodzin. Nie spotkali się jednak nad grobem. Mimo, że każde z nich mogło się spodziewać natknięcia na któreś z pozostałych, to minęli się na jednych ścieżkach cmentarza – złączeni niczym więcej, jak tylko datą. Minęli się – jak co roku. Agata opowiedziała Tamarze o swoim przegranym małżeństwie. Olaf zamyślił się nad prywatną samotnością. Pola zapaliła zwyczajowy znicz i poza cieniem niepokoju co do przeszłości, czającym się z tyłu głowy, poczuła, że obojętnieje na wiele spraw.

     W ostatnim tygodniu przedświątecznym Pola uległa zakupowej gorączce. Wyczerpana długością godzin, spędzonych na buszowaniu między szpalerami marketów i drogerii, a później – w kolejkach do kas, nawet nie pomyślała o sobie, o tym, żeby zwolnić i przybrać jakiś kształt dla przyszłego działania: w życiu i w pracy. Refleksyjność auto-pro-świąteczna nie stała się jej udziałem. Wystawa sprzedała się w trzech czwartych i był to jedyny wymierny wydźwięk, jaki sprowokowała. Chojność kupców i życzliwość krytyki nie ukierunkowała jej jednak w żaden sposób, toteż do świąt nie wykonała ani jednego nowego szkicu i naprawdę nie wiedziała, co dalej. Na chwilę się przestraszyła, że wiosnę powita z niczym, że okaże się wierutną omyłką krytyków – jedną spośród niepoliczalnej gromady pseudo artystek, które gasną szybciej, niż rozbłyskują nowe. Przestraszyła się siebie – tej, która nie chce przeminąć bez śladu – i na ułamek chwili poczuła, że gaśnie – zanim zdążyła faktycznie rozbłysnąć. Poczuła, że najlepsze obrazy ma w sobie – jeszcze nie namalowane – i zlękła się, że nie potrafi ich zobaczyć. Wiedziała, że są, ale ich nie widziała.

     Chwilową bojaźń przegnała proza życia. Najpierw, ekspresowa myśl, czy nie zadzwonić do Igora – i równie ekspresowa odpowiedź: nie. Później: zwięzły telefon do Agaty, potwierdzający przybycie. Na koniec: dzień Wigilii – od rana do wieczora u taty w Zgierzu. Przywiozła mu elegancki koniak, pudełko cygar i gruby, kremowy sweter w czerwony wzór norweski, a także masę świątecznych potraw, zamówionych poprzedniego dnia w ulubionej restauracji w stolicy. Ubrali razem małą choinkę, przełamali się opłatkiem i zjedli zupę grzybową i pierogi z kapustą i grzybami. Przytulili się serdecznie, choć bez wielu słów, i Pola wróciła do domu.

     Boże Narodzenie obudziło ją widokiem bieli, przesmykującej pomiędzy żaluzjami. Zaraz po otwarciu oczu na bosaka podbiegła do okna i podciągnęła wszystkie aluminiowe listewki, aby ocenić sytuację. Termometr wskazywał minus jeden. Na sąsiednich blokach, balkonach, chodnikach w dole i parkingu – leżała puszysta, nie topniejąca kołderka ze śniegu.

- Miło. - Pola skomentowała głośno – Naprawdę miło.

Po lekkim śniadaniu przystąpiła do pakowania. Z podręcznym bagażem poszło łatwo, ale odkryła trudność z załadowaniem do auta jednego z prezentów. Ogromny, płaski, delikatny prostokąt, który oblekła dwa dni temu w ozdobną, grafitową bibułę, nie mógłby zmieścić się w Peugeot'cie, a w najlepszym razie, gdyby jakimś cudem wepchnęła go do środka, zasłoniłby całą tylną szybę. Zdziwiła się, że nie przewidziała tego wcześniej, a teraz było już za późno, żeby dokupić coś w zastępstwie niefortunnego podarunku. „Muszę go ze sobą zabrać. - determinowała się w myślach – To najlepszy prezent dla Olafa, na jaki mnie stać.”. W końcu wynalazła rozwiązanie problemu, chociaż jego realizacja zabrała jej dodatkowe godziny i siły. Mianowicie zamontowała na dachu samochodu bagażnik, który pomyślnie udało jej się wyszperać w komórce. Przymocowała doń prezent zabezpieczony grubą powłoką brystolu i folii, używając linki do holowania. Dopiero kiedy zasiadła za kółkiem w pełni gotowa do drogi, zorientowała się, że płatki śniegu padają coraz większe. W radiu przestrzeżono przed zbliżającą się burzą śnieżną i zapowiedziano znaczny spadek temperatury. „Czuć w powietrzu nadciągający mróz.” - pomyślała Pola, przypominając sobie lekkie uszczypnięcia chłodu na policzkach, kiedy instalowała bagażnik.

     Droga do Zgierza przebiegła jej poprawnie, chociaż w zwiększonym czasie – z racji, rzeczywiście pogarszającej się z minuty na minutę, kiepskiej widoczności oraz śliskiej nawierzchni. Na podjeździe domu przy Letniej zaparkowała po siedemnastej, to jest w ponad godzinę później, niż przewidywała. Wysiadając z wozu, poczuła ekspansywne uderzenia wiatru i wyraźnie ujemną temperaturę. Chcąc zdjąć bagaż z dachu, musiała uwolnić dłonie z rękawic, nie udałoby jej się bowiem otworzyć zaczepu linki przez izolację w postaci grubego polaru. Śnieg sypał jej prosto w oczy, a palce kostniały z chwili na chwilę, co dodatkowo komplikowało czynność.

- Pomogę ci! - zawołał znajomy głos z tyłu.

Obejrzała się za siebie i zobaczyła, truchtającego w jej stronę, Olafa.

- Powinnam to zrobić sama, ale zimno mi w ręce i faktycznie nie daję rady. - przyznała zakłopotana, kiedy stanął przy niej.

- Nic dziwnego. - orzekł, dwoma ruchami rozsupłując bagaż – Już jest minus dziesięć, a będzie jeszcze zimniej. I strasznie wieje. W prognozie mówili, że wieczorna zamieć jest nieunikniona.

- W Warszawie też. - przytaknęła Pola zdawkowo.

- Od wschodu przez cały środek kraju ma przejść hiper-śnieżna nawałnica. - uściślił Olaf, wrzucając linkę na tylne siedzenie Peugeota, jednocześnie przytrzymując jedną ręką to, co znajdowało się na dachu.

- Zaczekaj! Ja sama. - zakrzyknęła.

Nie chciała psuć niespodzianki, tymczasem zawoalowaną rzecz należało zdjąć i przetransportować do domu ze szczególnym wyczuciem. Olaf odepchnął ją lekko wolną ręką i począł zdejmować z dachu owo tajemnicze coś.

- Nie jestem idiotą. Wiem, że to obraz. - wyjaśnił jej – Nie zamierzam się biernie przyglądać, jak zmieniasz się w latawiec, barując z tą płachtą. - dorzucił.

- Ale skąd? Skąd wiesz? - zdumiała się Pola.

Ostrożnie ściągnął z dachu zafoliowany blejtram, trzymając go za krawędzie, żeby nie wybrzuszyć palcami naciągniętego płótna. Ustawił prostokąt pionowo przed sobą i pochylił się lekko do przodu, amortyzując go przed wzmagającymi się razami wiatru.

- A co innego w takim rozmiarze tachałabyś tutaj? - zapytał, spoglądając jej w oczy – To oczywiste, że przywiozłaś Agacie obraz pod choinkę.

„I tu się mylisz.” - pomyślała Pola z radością, że Olaf jednak będzie miał niespodziankę.

- Zamknij auto i schowajmy się w końcu. - powiedział, ruszając przed siebie, żeby czym prędzej umieścić obraz w suchym, ciepłym miejscu.

Pola wyjęła z kufra małą torbę podróżną i pobiegła za nim.

- Nareszcie. - ucieszyła się Agata, kiedy weszli do środka.

- Bałaś się, że zmienimy się w bałwany? - spytał Olaf, opierając obraz o ścianę obok szafki z butami.

Agata żartobliwie pacnęła go kuchenną rękawicą w ucho.

- Milcz, bałwanie. - powiedziała z szerokim uśmiechem, po czym zwróciła się do Poli – O ciebie się bałam, że nie dojedziesz przez tę zawieruchę.

- Śnieży jak cholera, ale to jeszcze nie zawierucha. - odrzekła Pola, zdejmując mokre futrzane botki – Ślicznie wyglądasz. - dodała, lustrując suknię Agaty w kolorze starego czerwonego wina, o prostej dopasowanej linii, która podkreślała okrągły, ale idealnie wyważony, kształt klepsydry.

- Mam nadzieję, że nie mówisz o tym. - odparła Agata z humorem, machając kuchenną rękawicą – Właśnie wyciągnęłam z piecyka ostatnią blachę. - wytłumaczyła.

- Upiekłaś ciasto? - spytała Pola, czując, jak ślina napływa jej do ust.

- Tym razem muffinki z migdałami. Ciasta zrobiłam wczoraj. - odrzekła – Zabierz Polę do salonu. - poprosiła Olafa – Kończę z kuchnią i zaraz do was dołączę.

- Nie przeszkadzajcie sobie. Najpierw muszę do łazienki. Znam drogę. - powiedziała Pola i pozostawiła ich samych.

- Jestem bezrobotny. - oświadczył Olaf i rozłożył na bok ramiona.

- To chodź ze mną do kuchni. Weźmiesz korkociąg i kieliszki na wino.

Znalazłszy się przed łazienkowym lustrem, Pola przekonała się, że ma zdrętwiałe, czerwone policzki i nos. Gdy weszła do salonu, zobaczyła wielką choinkę, przystrojoną w wielobarwne, obłe bombki i papierowe łańcuchy, oraz apetycznie wyglądający, świąteczny stół. Zajęła wygodne miejsce przy kominku i poprosiła o kawę, ciesząc oczy lustracją smakołyków, a ciało – ciepłem żywego ognia. Kiedy odtajała z wcześniejszego chłodu, jej nos odzyskał węch i wówczas poczuła wiązankę licznych zapachów, które w jej umyśle złączyły się w jeden: zapach świąt. Jeśli by ktoś zapytał ją w tamtej chwili, czym pachnie Boże Narodzenie, odparłaby bez zastanowienia: pastą do podłogi, szarlotką z cynamonem, świeżym świerkiem, szyszkami i wilgotnymi palikami leśnego drewna, płonącymi w kominku.

     Zjedli rybę po grecku, drożdżowe pierożki z pieczarkami i po kawałku jabłecznika z aromatyczną maślaną kruszonką. Pola, która mimo filigranowej sylwetki była fanką dobrej kuchni, nie mogła odmówić sobie również plastra rolady makowej w grubej polewie z gorzkiej czekolady oraz, jeszcze ciepłej, muffinki.

- Jesteś moją boginią. - zwróciła się do Agaty z zachwytem, głaszcząc się po brzuchu – Dobrze zrobiłam, że nie włożyłam obcisłej sukienki. - dodała, dyskretnie odpiąwszy guzik spodni.

- Gdybym nie kochał swojej matki, poprosiłbym, żebyś mnie adoptowała. Mimo, że jesteśmy rówieśnikami. - tymi słowy Olaf przypieczętował ogólny hołd dla kulinarnych zdolności gospodyni.

Agata zarumieniła się lekko i wstała, żeby zmienić górne oświetlenie na bardziej kameralne i klimatyczne. Kiedy zapalała pomarańczowe i niebieskie, łezkowe żaróweczki na choince, pozostałym wydało się, że jednak jest wyraźnie zadowolona, nie zakłopotana.

- Myślę, że już czas na toast. - stwierdziła, wracając do stołu i spojrzała wymownie na przygotowaną butelkę wytrawnego, czerwonego chilijskiego wina – To dobrze zadziała na wypchane brzuszki. - dodała prozaicznie.

Korkociąg był już wbity, a korek delikatnie poluzowany i Olaf wyciągnął rękę, chcąc zwieńczyć czynność rozlaniem zawartości do kielichów.

- Jeszcze nie! - zawołała Pola i powstrzymała go nieokreślonym ruchem ręki – Najpierw prezenty.

To powiedziawszy, wybiegła do przedpokoju, gdzie pozostawiła torbę i, ciągle zakryty, obraz. Przyciągnęła obie te rzeczy do salonu i, siadając na wcześniejszym miejscu, otworzyła suwak torby i wyjęła zeń kulę wielkości małego, szkolnego globusa, zawiniętą w zielony, marszczony, szorstki papier przewiązany u góry jak cukierek kokardką z cytrynowożółtej nitki.

- To dla pani domu. - rzekła, wręczając kulkę Agacie.

Jak się okazało – była to dosłowna kulka, nieco spłaszczona u podstawy. Szklana doskonała bryła ukazywała wewnątrz rzetelną przestrzenną kopię stołecznej Syrenki. Przy poruszeniu w środku przesypywały się, chyba żelowe, bąbelki oraz gwiazdki płatków śniegu – jedne i drugie w kolorze szmaragdu.

- Dzięki tobie wróciłam do Zgierza. - powiedziała Pola do, oglądającej przedmiot w milczeniu, Agaty – Chciałam tym powiedzieć, że fragment Warszawy, w którym egzystuję, należy do ciebie. W równym stopniu, jak twój Zgierz do mnie.

Agata była wzruszona. Odczytała metaforę dawnej przyjaciółki całkowicie – tę wyrażoną upominkiem, i tę wyrażoną mową. Rzuciła Olafowi spojrzenie, które z powodzeniem zastąpiło komentarz: „A widzisz? Właśnie dlatego tak mi zależy.”. Olaf zrozumiał, ale zachował bierność. Niedawna wesołość uszła z niego, jakby była jedynie słabą próbą oszukania samego siebie, iż potrafi przejść nad starymi żalami do porządku dziennego.

- Zobaczyłam to i pomyślałam o tobie. - rzekła Agata, wręczając Poli nietypowy flakon perfum.

Buteleczka była wykonana z grubego, mlecznie zabarwionego, żłobionego szkła, formą nawiązującego do greckiej kolumny i figury kobiety jednocześnie. Zakrętka została precyzyjnie wystylizowana na głowicę starożytnej kolumny, na której dało się zauważyć mikroskopijne kreski, imitujące kamienne spękania. Koreczek miał barwę spatynowanego złota, a perfumy – zgaszonej pomarańczy.

- Nie pakowałam ich specjalnie. - wyjaśniła, oglądającej przedmiot w milczeniu, Poli – Pomyślałam, że są tak nieprzeciętne, że aż szkoda je zasłaniać.

- Coś pięknego. - rzekła wzruszona Pola, zdjęła koreczek i rozpyliła perfumy na nadgarstek.

Poczuła kojącą woń wanilii i czegoś miękkiego i ekstrawaganckiego zarazem, czego nie umiała określić.

- Coś pięknego. - powtórzyła z nosem przyklejonym do przegubu ręki.

Zerknęła na mrugające, wydłużone cienie, rzucane przez ruchliwe języki ognia, a potem na twarze towarzyszy wieczoru. Wspólne, prawdziwie spokojne, spotkanie po latach rozpoczęło się sympatycznie, chociaż postacie, oświetlone teraz tylko kontrastowym blaskiem choinkowych lampek, zarysowały jej się w oczach zaledwie konturami osób, które znała kiedyś. Może jeszcze nie umiała znaleźć wspólnego z nimi języka, mimo iż w środku gotowała się w niej chęć obdarowania ich absolutnie otwartymi gestami i słowami? „A może to Bożonarodzeniowa aura zmienia nas w nagłą iluzję spowolnionego teatru?” - zastanowiła się, sięgając po zamaskowany obraz.

- To jest dla ciebie, Olaf. - powiedziała.

Źrenice rozszerzyły mu się tak, że wypełniły całe tęczówki. Pola nie wiedziała: z zaskoczenia, czy z podekscytowania. Poza tym tkwił nieruchomo jak figura w muzeum woskowym i nie zdradzał żadnych emocji.

- Jeśli będziesz tak dobra i podasz mi nożyczki, zdejmę warstwę folii i wierzchniego kartonu. - powiedziała w stronę Agaty, niepewna, co wydarzy się potem – Dalej poradzisz sobie sam. - rzekła Olafowi.

Agata przyniosła nożyczki, podczas  gdy Olaf wstał i nieoczekiwanie powędrował schodami na górę. Pola nie odgadła, co to znaczy. Nacięła folię i zrobiła swoje. Olaf po chwili wrócił, a obraz stał oparty  o jego krzesło. Nadal był opakowany, ale już tylko w elegancką, cienką bibułę: żadnych wstążek czy innych niemęskich ozdobników; wystarczyło podejść i rozerwać. Z jakichś przyczyn ewidentnie się wahał, ale w końcu podszedł i chwycił brzeg bibuły.

- Kurtyna w górę. - powiedział, dodając sobie odwagi.

Nieświadomie nawiązał do ostatniej refleksji Poli, a bibuła niemal sama rozpłynęła mu się w palcach.

- Nie wiem, co powiedzieć. - rzekł, zapatrzony w malunek; ten sam, który zachwycił go na wernisażu.

- Najlepiej prawdę. - odparła Pola, która naraz zatęskniła za smakiem wina.

- Nie wiem, co powiedzieć. - powtórzył – Przecież wiesz, co o nim myślę.

W powietrzu pojawiła się nagła zawiesistość. Neutralna dotychczas Agata zaproponowała Olafowi, żeby otworzył wino, chcąc go wyrwać z, nieoczekiwanie nostalgicznego, zawieszenia. Podszedł do Poli, wyjął z tylnej kieszeni spodni podłużną kopertę i podał ją jej.

- To dla ciebie. - powiedział bez żadnego wyrazu i zaraz dorzucił w kierunku obu dziewczyn – Zaczekajcie na mnie albo odkorkujcie same. Chcę pójść trochę poodśnieżać. Jeśli wierzyć synoptykom, bez tego nie wyjedzie stąd jutro żaden wóz.

To powiedziawszy, odwrócił się i wyszedł. Pola westchnęła ciężko i zajrzała do koperty. Były w niej zdjęcia, oczywiście – zdjęcia obrazów z ostatniej wystawy. W półmroku nie obejrzała ich dokładnie, ale dostrzegła, że są świetne.

- Ostatni kretyn nie odśnieżałby tuż przed samą zamiecią. - stwierdziła Agata – Nie wiem, co mu odbiło.

„Ciężkostrawność sprzed ośmiu lat.” - pomyślała Pola.

- Obie przecież wiemy, że nie poszedł po łopatę. - powiedziała na głos i podniosła się z krzesła – To moja wina.

- Nie opowiadaj głupot. Chociaż zarwałam medycynę, znam się dobrze na niektórych chorobach. Zwłaszcza na tej, której objawy widziałyśmy przed chwilą. Nazywa się „werteryzm”. - Agata wysiliła się na dowcip – To nie ma z tobą nic wspólnego. - dodała, próbując nadać swemu tonowi jak najwięcej stanowczości i optymizmu.

Pola uśmiechnęła się cierpko.

- A jednak rokowania zależą ode mnie. - powiedziała – Pójdę po niego.

Ubrana w czapkę, puchową kurtkę i miśkowate kozaki, opatulając szyję szalem, wyjrzała przez umalowane mrozem, wychodzące na podjazd okienko, ale nie dostrzegła Olafa. Chociaż było ciemno, zarys ludzkiej, wysokiej, męskiej postaci z pewnością odciąłby się od bieli śniegu. „Gdzie on, do licha, polazł?” - zaniepokoiła się i wyszła na zewnątrz.

      Tąpnął ją konkretny ziąb, a – fruwające we wszystkich kierunkach – grube płaty śniegu oblepiły jej twarz, wwiewane niewidzialną siłą pod zadaszenie ganku. Ucieszyła się, że Olaf też stał w głębi – bezpiecznie schowany.

- Debilizmem byłoby odgarniać teraz śnieg. - przyznał się cicho, kiedy podeszła do niego.

- Więc chodźmy do środka. - odrzekła z prośbą w głosie.

- Czemu to zrobiłaś? - spytał z wyrzutem, odwracając się do niej przez ramię.

Zobaczyła w jego oczach zawód, ale niczego nie zrozumiała. Patrzyła oszołomiona jakimś starym, niewyartykułowanym echem, które zaszemrało jej w głowie, niczego nie rozszyfrowawszy.

- Czemu dałaś mi ten obraz? - sprecyzował pytanie, zbliżając twarz do jej twarzy, jakby chciał poddać Polę badaniu na wykrywaczu kłamstw.

- Bo namalowałam go dla ciebie. - odrzekła zwyczajnie.

Prychnął, pokręcił głową i spojrzał spowrotem w nicość.

- Nie wierzysz mi, ale to prawda. - powiedziała, patrząc na jego surowy profil – Krytyka powiesiła na nim psy. Ja sama jestem nim zdegustowana. Jesteś jedyną osobą na świecie, na której wywarł pozytywne wrażenie. Czyli musiałam namalować go dla ciebie. - wytłumaczyła przyjaźnie.

- Sram na krytyków. To znakomity obraz. - odparł, jakby zniecierpliwiony.

- To ciesz się. W czym problem? - zapytała, nadal nic nie rozumiejąc.

- W tym właśnie! - zawołał nagle i spojrzał na nią nowym, rozognionym wzrokiem – W tobie i we mnie. Należymy do dwóch różnych światów. Przypominasz mi Tamarę, której już nie ma. Przypominasz mi Polę, która mnie zbagatelizowała i odmówiła mi koleżeńskiego wsparcia. - pękł w końcu – Ale nie jesteś ani nią, ani sobą. Malujesz te swoje, uwięzione w swoich wnętrzach, postacie, aż coś w nich krzyczy, że chciałyby się wreszcie wyprostować, stanąć na równe nogi i pójść sobie, gdzie pieprz rośnie. A jedyny obraz, na którym niebo wyrwało ci się spod pędzla, spod tego odwiecznie stłoczonego dramatu, dajesz mnie. I pal sześć krytyków, ale sama nie wiesz, że zrobiłaś nareszcie coś dobrego. - zamilkł na moment i otarł śnieg z twarzy – Patrzę na ciebie, patrzę na ten obraz i nie mogę znieść, że to wszystko, co nas łączy. Nie mogę się z tym pogodzić, że Tamara nie żyje. Gdyby żyła, jestem pewny, jej też spodobałby się ten obraz. Dałabyś go jej, ja byłbym z nią do śmierci, tej normalnej, co przychodzi w starości, a my dwoje, ty i ja, wciąż należelibyśmy do jednego świata, złączeni za jej pośrednictwem.

- O czym ty mówisz? O czym? - wtrąciła Pola, kiedy dudnienie echa z tyłu głowy się wzmogło.

- 14.września 1999 roku powiedziałem Tamarze, że ją kocham. Była zaskoczona. Sądziłem, że o tym wiedziała, ale spojrzała na mnie z takim smutkiem, że... - urwał na chwilę.

- Że co? - spytała Pola, przybliżając się do niego.

- Powiedziała, że to nieprawda, że ją kocham. Powiedziała, że myślę, że ją kocham, bo jest tylko twoim cieniem.

- Co ty mówisz? - przerwała mu, czując, że jeży się na niej każdy włos.

- Powiedziała, że ty, Pola, i ja, powinniśmy być razem. Tylko, że ja tego nie pojmuję, bo ona jest „łagodniejszą wersją ciebie”. Tamara powiedziała, że jestem z nią, bo jest twoim echem, a ja nie mam świadomej odwagi sięgnąć po ogień i dlatego zadowalam się jego cieniem, echem, pogłosem.

- Echem? - spytała zszokowana, aż ścierpła na niej skóra – Pogłosem? - spytała, prawie niesłyszalnie.

- Tamtego wieczoru, wtedy w kuchni, dałem jej pierścionek z urodzinowym kamieniem. I oświadczyłem się jej. A ona na to: „Wszystko się wyjaśni, zobaczysz.”. Schowała pierścionek do kieszeni spodni i uparła się, że chce iść z tobą do domu...

- Srebrny pierścień z turkusem. - Pola przerwała mu znowu, szeroko otwierając oczy.

„Pamiętam.” - uświadomiła sobie z nagłym łupnięciem w skroniach.

- Pola, wiem, że powinienem podziękować ci za ten obraz. Ale czasem nie mogę być dla ciebie miły i zaczynam się ciskać. Za każdym razem, kiedy próbuję być dla ciebie miły, to jest tak, jak bym ją zdradzał. - otworzył się ostatecznie, stając vis à vis Poli, tyłem do podwórza i podjazdu – Może gdybyś osiem lat temu mnie nie unikała, wyjaśnilibyśmy te rzeczy od razu. I nie byłoby mojej depresji i twojego zagubienia. A tak... - skwitował Olaf.

- Pierścień z turkusem. - powtórzyła jak zahipnotyzowana i zaczerpnęła duży haust powietrza, jakby zamierzała uratować się przed uduszeniem.

Zachłysnęła się mrozem i zaczęła mocno kasłać, aż zgięła się w pół. Olaf podtrzymał ją za ramię i klepnął w plecy.

- To moja wina. - powiedział – Przepraszam, chodźmy do domu.

Po chwili kaszel ustał i Pola odzyskała równowagę.

- Co ci jest? - zapytał Olaf – Masz diabła w oczach. - orzekł ze spontanicznym przestrachem.

Melancholia wyparowała z niego, a w jej miejsce wbił się lęk.

- Pamiętam. - Pola odparła zwyczajnie, nie reagując na to, o co zapytał – Muszę natychmiast do Warszawy.

To rzekłszy zerwała się z miejsca i w paru susach znalazła przy swoim aucie. Kiedy Olaf do niej podbiegł, zdążyła już otworzyć drzwiczki.

- Oszalałaś?! - wrzasnął na nią i odciągnął za kołnierz do tyłu.

- Ja muszę natychmiast do siebie! - odkrzyknęła i poczęła wpychać się do wozu.

- W życiu! - znowu wrzasnął, pociągnął ją za kołnierz, a potem odepchnął za ramiona.

Śnieg sypał jak solą w oczy. Olaf, nie kontrolując swojej siły, pchnął tak mocno, że wylądowała na pupie, na zbitym, lodowatym śniegu.

- Chcesz się rozwalić na drodze? - zapytał spokojniej, podając jej ręce i podnosząc z ziemi.

Sądził, że się opanowała, podczas gdy ona – zorientowawszy się, że nie wygra z nim w tradycyjny sposób – pozwoliła się podnieść tylko po to, żeby z całej siły uderzyć go pięścią w twarz. Pokonany przez zaskoczenie, odruchowo chwycił się za usta, za brodę, gdzieś, gdzie dostał, a Pola wskoczyła do auta i przekręciła kluczyk w stacyjce.

 Justyna Karolak

Ciąg dalszy nastąpi...

 

 

---