Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak – Dziewczyna z kamieniem – część 12 

Justyna Karolak – Dziewczyna z kamieniem – część 12


 

 

Sądził, że się opanowała, podczas gdy ona – zorientowawszy się, że nie wygra z nim w tradycyjny sposób – pozwoliła się podnieść tylko po to, żeby z całej siły uderzyć go pięścią w twarz. Pokonany przez zaskoczenie, odruchowo chwycił się za usta, za brodę, gdzieś, gdzie dostał, a Pola wskoczyła do auta i przekręciła kluczyk w stacyjce...

 

Rozdział XII.

     Wyprowadzając samochód na wstecznym, lekko uchyliła szybę i zawołała do Olafa z odległości kilku metrów:

- Przepraszam za tę piąchę! Ale musiałam, inaczej byś mi nie pozwolił!

- Pola, nie! Wracaj! - odkrzyknął zdesperowany.

Ale Pola była już na szosie przed domem. Mając pewność, że wystarczająco zwiększyła dystans, by Olaf nie zdążył jej dogonić i wywlec ze środka, mocniej opuściła szybę i wychyliła głowę przez okno.

- Przeproś Agatę! - wrzasnęła, aby przebić się przez odgłos silnika i jęk wiatru – Wrócę do was jeszcze dzisiaj!

Zamknęła okno i ruszyła przed siebie. Olaf rzucił się biegiem w stronę garażu. Naraz, ni stąd, ni zowąd, wyrosła przed nim Agata. Wybiegła z domu zwabiona ostatnimi okrzykami i warkotem samochodu, w zarzuconym płaszczu i szalu wokół głowy. Zmarznięty i oślepiony śniegiem Olaf – niemal na nią wpadł.

- Trzeba ją zatrzymać! - zawołał i wyminął Agatę, kładąc rękę na klamrze garażowych wrót.

Położyła mu dłoń na ramieniu i mocno szarpnęła.

- Co niby chcesz zrobić w taką pogodę? - zapytała wściekła – Co tu się dzieje, do diaska?

- Pola pojechała do Warszawy. Pojadę za nią i odetnę jej drogę. - odparł, spowrotem manewrując przy wejściu do garażu.

- Ocalisz jej życie, jeśli sam zginiesz?! - krzyknęła mu prosto do ucha, aż zapiszczał w nim bębenek – Oboje jesteście jak dzieci! Nikt więcej stąd nie wyjedzie! Marsz do domu! - dorzuciła kategorycznie.

- Masz lepszy pomysł, żeby jakoś zadziałać? - odburknął.

- Będziemy non stop dzwonić do niej na komórkę. - podsunęła – Aż przemówimy jej do rozsądku i zawróci.

- Bierz się za telefon. Numer Poli jest w szybkim wybieraniu. - zakomenderowała, rzucając mu swoją komórkę, kiedy znaleźli się w salonie – Idę po apteczkę. - dodała, kierując się w stronę łazienki.

- Po apteczkę? - zdziwił się.

Zatrzymała się i spojrzała na niego surowo.

- Masz rozciętą wargę, jełopie. - wycedziła przez zęby – Później mi to wyjaśnisz. Teraz nie paplaj, tylko dzwoń.

Zadzwonił, ale uruchomiła się poczta głosowa. Syknął lekko, kiedy Agata przypalała mu ranę wacianą pałeczką, nasączoną w spirytusie salicylowym.

- Nie odbiera. - oznajmił Olaf z żalem.

- Pewnie specjalnie. - odparła Agata.

- Albo jest poza zasięgiem. - rzucił alternatywnie.

Naraz wpadł na pomysł.

- Abo to my jesteśmy poza zasięgiem. Spróbujmy ze stacjonarnego. - odezwał się z nadzieją.

Podeszli do szafki z aparatem i wstukali numer Poli.

- Znowu poczta. - podsumował zdawkowo.

- Nie pozostaje nam nic innego, jak próbować co jakiś czas i po prostu czekać. - powiedziała pochmurnie – Zaparzę herbatę z miodem i opowiesz mi, coś ty jej nagadał tam przed domem, że spruła jak lodołamacz.

- Och, przecież nie chciałem tego. - odrzekł tonem winowajcy, ponownie wybierając numer Poli – Przyznaję, że niekiedy nie panuję nad sobą. Ale nie do końca odpowiadam za dzisiejszą reakcję Poli. Powiedziałem coś o Tamarze, a ona znienacka dostała świra, jakby coś sobie przypomniała...

- Zaczekaj. - przerwała Agata – Przyniosę herbatę i przytoczysz mi to krok po kroku. Jesteś mi to winien. Po ostatnich osobistych problemach oczekiwałam spokoju w te święta.

- Cholernie mi przykro. - powiedział ze szczerą skruchą.

- I dobrze. - odrzekła, marszcząc brwi.

Ale po chwili, kiedy przyniosła gorącą herbatę, mars z jej czoła zniknął.

- Gniew nic tu nie da. - zreflektowała się, widząc u przyjaciela rozgoryczenie pomieszane z troską – Życzmy sobie, żeby nic jej się nie stało.

Pokiwał głową.

- Znowu spróbuję. - powiedział skrótowo i po raz kolejny wklepał numer Poli do telefonu stacjonarnego.

- Nic z tego. - bąknął zmartwiony.

- Jeśli miałabym obstawiać, kto ma większe skłonności do irracjonalnych zachowań, artysta czy informatyk po Polibudzie, to przegrałabym dzisiaj dużą kasę. - powiedziała Agata już mniej oskarżycielskim tonem.

- Że też w tych okolicznościach imają się ciebie dowcipy. - odparł, ironizując jej udawany dydaktyzm.

- Chodź, siadaj, mów, mój nawiedzony kolego. - głos Agaty drżał od wcześniejszego zdenerwowania, chociaż zaczynał powoli odzyskiwać, właściwą sobie, aksamitność – O co wam poszło? - spytała poważnie.

Usiadł na dawnym krześle przed kominkiem i począł opowiadać. W cieple ognia poczuł, że usta porządnie go bolą i puchną. Pomiędzy zdaniami relacji ze scenki rodzajowej na werandzie i podwórku, mimowoli pomyślał: „Niezły power w całkiem niepozornej osóbce.”.

 

     Pola usiłowała jechać powoli i uważnie. W tym celu zdecydowanie zmrużyła oczy i prawie przykleiła się do przedniej szyby. Puste, wibrujące od wiatru, białe ulice oświetlone tylko latarniami przypominały wirtualny kanał komunikacyjny, łączący to, co było – z tym, co będzie. Dlatego Pola prowadziła spokojnie, wmawiając sobie, że jest bezpieczna w tej podróży, bo zawieszona w bajkowej rzeczywistości, jakiej nie może zagrozić nic realnego. Olbrzymie, wypasione śnieżne fraktale tańczyły w powietrzu dziwaczny, pogański taniec i jednocześnie pruły prawie zupełnie równolegle do Peugeota, jakby padały z boków, nie z góry. W miarę pokonywania trasy Poli zaczęły kapać łzy, tak wielce jej oczy męczyły się bacznym śledzeniem spektaklu, jaki urządziła zima. Podmuchy wiatru rzęziły ponad dachem, jakby chcąc zdjąć z niego skalp.

     Tymczasem przez Warszawę przetoczyła się już zapowiedziana nawałnica i napierała dalej – wyraźnie na zachód. Jadąc, Pola nie miała pojęcia, jak dalece dopisało jej szczęście, gdyż straszne warunki, w jakich się znalazła, były tylko połową tych, które trwały w centralnym obszarze, przemieszczającej się błyskawicznie, śnieżnej wichury. Gdyby więc nie straciła tego dnia ponad godziny na montażu bagażnika – byłaby oto o godzinę bliżej Warszawy i niechybnie zginęłaby na drodze.

     Około dwudziestej drugiej, po ponad trójgodzinnej, nieprzyjemnej jeździe, dotarła na Ochotę. Na ostatnim łukowym odcinku osiedlowej uliczki, jaki pozostał jej do pokonania, niechcący najechała na żerdź, oddartą przez niedawny wicher od jednego z konarów drzew, rosnących w parkowym pasażu przed blokami. Żerdź była ostra i przecięła jej oponę. Kuper Peugeota podskoczył, a kiedy wylądował na oblodzonym asfalcie,  wpadła w poślizg. Wykonała wariacki piruet wokół własnej osi, pedał hamulca nie zareagował i zanim zdążyła podjąć jakikolwiek inny manewr – czołowo zatrzymała się na drzewie, tuż przed swoją klatką schodową. Pień drzewa wtarł się w blachę maski jak wykałaczka w dziąsło, a Pola rąbnęła lewą częścią czoła o kierownicę.

     Poczuła mocarne łupnięcie i synchronicznie z nim odniosła wrażenie, że świat wokół zgasł. Niepewnie uniosła głowę znad kierownicy, żeby sprawdzić, czy żyje i zobaczyła osiedlową panoramę w odwróconych kolorach. Śnieg wydał jej się czarny, a czerń nocy pomiędzy blokami – biała, jakby patrzyła na fotograficzny negatyw. Delikatnie dotknęła punktu nad lewą brwią, ale wyczuła tylko poprzeczną i lekko zgrubiałą, nie dłuższą niż dwa centymetry, rysę. „Nawet nie boli.” - pomyślała. Obejrzała opuszki palców – nie było na nich krwi. Odczekała jeszcze chwilę, aż kolory otoczenia odzyskały ład, i pomału wysiadła z auta. Nogi drżały jej jak osikowe listki, ale poza tym była cała i zdrowa. Na wszelki wypadek nabrała garstkę śniegu i przyłożyła ją do, trochę nabrzmiałej, części czoła. „I tak będzie guz, ale mogło być o wiele gorzej.” - pomyślała.

- Natomiast ty na pewno już dzisiaj nigdzie nie pojedziesz. - szepnęła swojemu Peugeotowi i poszła do domu.

Najpierw przejrzała się w lustrze. Opuchnięta rysa na czole okazała się   małą szczelinką o surowo białych brzeżkach bez śladu krwi. Otarła ją ręcznikiem, pozbawiając resztek mile chłodzącego śniegu i przykleiła plaster. Nie zdejmując kurtki, weszła do garderoby i otworzyła jedną z szaf.

- Musi tu być. Pamiętam, jak kładłam ją tutaj ostatnio, obok butów. - powiedziała, niecierpliwie rozgarniając na boki poszczególne pary butów.

- Jest. - ucieszyła się, wyciągając z dna szafy karminową szkatułkę z biżuterią po mamie.

Nim otworzyła drobny haczyk, zawahała się na moment. Nie otwierała tego szczególnie ważnego pudełka od lat, bo dobrze wiedziała, co znajduje się w środku.

- A dzisiaj wiem jeszcze lepiej. - powiedziała i wstrzymała oddech.

Otworzyła szkatułkę i zanurkowała czubkami palców w długim sznurze maminych pereł. Wreszcie namacała przedmiocik, który osiem lat temu zaważył na jednym życiu, a dziś – o mały włos, zaważyłby po raz drugi: na życiu Poli. Wyjęła go z takim patosem, jakby odebrała   poród. Ustawiła rękę na wysokości wzroku, spojrzała na przedmiot i dopiero wtedy wypuściła z płuc powietrze.

- Mam cię, gadzino. - rzekła przedmiotowi triumfalnie – Dosyć już nabroiłeś. Pora ci wrócić do domu.

Wezwała taksówkę i w kwadrans później była na Dworcu Centralnym.

     Śnieżyło coraz słabiej, jakby wypadek przed blokiem był tylko niewinnym, pradawnym wspomnieniem czegoś, co z racjonalnego punktu widzenia nie miało prawa się wydarzyć. Kupiła bilet i w ostatniej chwili zdążyła wskoczyć do, ruszającego oto z peronu, pospiesznego do Łodzi. Pociąg był prawie pusty i zzipana Pola przeprawiła się przez dwa wagony, żeby natrafić na jakąś żywą duszę, do jakiej mogłaby się przysiąść. Staruszka, z którą podzieliła przedział, okazała się niewyczerpaną gadułą, ale po kilku minutach nie miało to żadnego znaczenia. Chrzęszczący, rytmiczny stukot kół po ośnieżonych torach wraz z wesołą klepaniną nieznajomej babci – zlały się w jedno pasmo niby-muzyki, która ukołysała Polę do snu.

     Olaf i Agata przez cztery godziny od zniknięcia Poli – średnio co parę minut próbowali się do niej dodzwonić, aż w którymś momencie przyjęli za fakt, że jest to Syzyfowy trud.

- Włącz program meteo. - zasugerował Olaf, licząc, że może choć w bieżących informacjach pogodowych znajdą cień otuchy, że z Polą wszystko okej.

Agata pstryknęła pilota i wybrała odpowiedni kanał. Ogólna mapa Polski z naznaczeniem zwrotów i kierunków wiatru oraz poziomem opadów śniegu nie powiedziała im jednak zbyt wiele. Agata pogłośniła telewizor i oboje poczęli wsłuchiwać się w słowny komentarz. Ale nie dowiedzieli się niczego, bo monotonny i nudny głos pogodynki uśpił ich – zanim przeszedł do lokalnych news'ów, które ich interesowały.

     Zbudził ich natarczywy dzwonek u drzwi. Nie spali głęboko, a mimo to, gdy w pierwszym odruchu zerknęli na ścienny zegar, który wskazywał godzinę drugą, wcale nie byli pewni, jaka to część doby. Dopiero dogasający w kominku ogień uprzytomnił im, że jest noc i w ułamku chwili zerwali się z przeciwległych krańców sofy, na której drzemali i jednocześnie podbiegli do drzwi. Chociaż chciała otworzyć jak najszybciej, Agata zastopowała rękę na pokrętce zamka i spojrzała na Olafa zbitym wzrokiem.

- Nie słyszałam parkującego Peugeota. - odezwała się z lękiem – Wiem, że spałam, ale jestem pewna, że usłyszałabym go przez sen.

- Otwórz. - ponaglił ją – To musi być ona.

Zgrzytnęła zasuwka i oboje w końcu odetchnęli: to była Pola. Odetchnęli – na sekundę, szczęśliwi, że powróciła w jednym kawałku. Odetchnęli – tylko po to, by naraz spiąć się w środku od nowa. Byli na nią wściekli, że napędziła im wielogodzinnego stracha. Ale długo nie mogli wykrztusić z siebie słowa. Olaf wręcz zacisnął zęby i celowo nie pozwalał sobie się odezwać, żeby znowu się z Polą nie pogryźć. Zresztą nie chciał na nią naskakiwać z dwóch priorytetowych powodów. Po pierwsze – czuł się w pewnej mierze współwinny jej wyprawy do stolicy. A po drugie – Pola wyglądała jak trzy nieszczęścia, więc byłoby groteską na nią krzyczeć. Była zziębnięta, wyczerpana, kredowoblada i z, naciekłymi fioletem, sińcami pod oczami. Chociaż więc w środku od początku zabuzowała w nim adrenalina, nie powiedział nic, tylko poszedł do salonu i zajął się rozpalaniem w kominku.

- Cała jesteś jak sopel lodu. Co ty wyprawiasz, do kurwy nędzy? - Agata pierwsza nie wytrzymała.

A przecież była mądrą, wyważoną osobą. I gdyby miała być sławną, to właśnie dlatego, że umiała zachować zimną krew i godzić się z życiem. Jednak w noc pomiędzy pierwszym a drugim świętem Bożego Narodzenia 2007 roku zaoperowała tak ciętym językiem, jakiego nie powstydziłby się uliczny rewolucjonista.

     Podczas gdy introwertyczny Olaf dochodził do siebie w miarę układania w kominku szyszek i chrustu, które następnie podpalił, i w miarę dokarmiania płomienia coraz soczystszymi kawałkami drewna – ekstrawertyczna Agata odzyskiwała wiarę w życie poprzez wyładowanie uprzedniej antywiary na zewnątrz. Osobiście zdjęła Poli oszronioną czapkę i rozsupłała wilgotny szal, własnoręcznie ściągnęła z niej kurtkę i zaprowadziła ją do pokoju gościnnego, usadawiając w fotelu bardzo blisko kominka, lecz równocześnie przez dobre dwadzieścia minut ochrzaniała ją, na czym świat stoi. Pola wysłuchiwała reprymendy potulnie jak wojskowy dezerter przyłapany na gorącym uczynku, ale kiedy Agata przyparła ją do ściany finalnym zapytaniem: „I co masz nam do powiedzenia?” - chcąc, nie chcąc, musiała się odezwać. Zaczęła więc ogólnikowo, żeby nabudować sobie swoisty pomost dla późniejszych wypowiedzi.

- Ależ wiem, że zrobiłam coś niesamowicie głupiego, ale nie mogłam inaczej. Zadzwoniłabym do was z drogi, żebyście nie musieli pękać z niepokoju, ale w tym pośpiechu nie wzięłam przecież telefonu, dlatego...

- Twoja komórka była cały czas tutaj? - przerwała jej Agata, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy.

Pola skinęła głową.

- I pewnie się rozładowała, ale... - dodała cicho.

- Ona zostawiła tutaj komórkę! - zakrzyknęła Agata do Olafa, znów jej przerywając.

Olaf stał w kuckach tyłem do Poli i bokiem do Agaty, nie przestając manewrować przy drzewnych palikach, zupełnie nie reagując na tok rozmowy.

- Wiesz, jaki zapłacę rachunek za sto tysięcy połączeń z twoją pocztą głosową, która leżała za ścianą? - spytała Agata ze złością.

- Zwrócę ci pieniądze. - odparła Pola.

- Ech, daj spokój! - Agata znowu na nią krzyknęła.

Ale zaraz potem odezwała się znacznie ciszej i swobodniej, już bez wcześniejszego ścisku w przeponie, który determinował dźwięki słów na wzór nieokrzesanych psich szczeknięć:

- Tak mi się wypaliło z tą kasą. Chodzi o to, że nie lubię niepraktycznych działań, które nie przekładają się na żaden skutek. - wyjaśniła – Wolałabym po prostu wydać te pieniądze czy podarować komuś, niż wytracić na bezpłodny dialog z automatyczną sekretarką i umierać ze strachu za każdym razem, zanim ona się odezwie. I to z sąsiedniego pokoju.

- Przepraszam was z całego serca. - rzekła Pola zgaszonym głosem – Agatko, jeśli zaparzysz dla mnie duży kubek kawy, będę cię wielbiła do końca swoich dni. - dodała błagalnie, czując, że powieki dostaje jak z ołowiu.

- A powiesz w końcu, co tak tobą targnęło? - Agata nie dawała za wygraną.

- No jasne, że powie. Ta jej wariacka wycieczka ma przecież z nami coś wspólnego. - naraz odezwał się Olaf, który ostatecznie skończywszy z podkładaniem do ognia, w zadowalającym stopniu uspokojony, zasiadł na najbliższym Poli krześle przy stole – Pojechałaś tam po coś, prawda? Tam i spowrotem, takie było założenie. Chciałaś coś sprawdzić i wrócić, żeby nam o czymś powiedzieć, prawda? - zwrócił się do Poli.

Mówił łagodnie. Był chłodny, ale już nie wściekły.

- Nawet skazańcowi nie odmawia się spełnienia ostatniej woli. Dajcie mi kofeiny, zanim wykonacie wyrok. - powiedziała Pola, czując, że z chwili na chwilę, coraz bardziej słabnie.

 

     Po pierwszych łykach kawy odzyskała władzę nad swoim umysłem i emocjami. Agata i Olaf też wypili po filiżance. Płomienie w kominku trzaskały przyjaźnie i trochę sentymentalnie, kiedy tuż przed trzecią w nocy Pola wyjęła z kieszeni spodni srebrny pierścień z turkusowym kamieniem i położyła go na stole, tuż przed Olafem. Zamarł, jak trafiony piorunem. Pierwsza poruszyła się Agata.

- Czy to nie ten pierścionek, o którym wspomniałeś mi dzisiaj, że powiedziałeś o nim Poli? - spytała zdumiona.

Olaf prawie niezauważalnie pokiwał głową.

- Teraz rozumiem, co takiego ważnego powiedziałem ci tam, na ganku. - rzekł cicho – Ale jak? Skąd? Dlaczego? - zdało się, że trywialne, okrojone pytania, wysypały się z niego, jedno po drugim.

Złość, strach, współczucie i poczucie własnej krzywdy; gniew, żal, pretensja, miłość i troska – wszystkie uczucia wszystkich trojga znikły niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pozostał po nich tylko znak zapytania. I paradoksalnie – ta, która uciekła, przez lata czyniąc wszystko, żeby nie pamiętać, jako jedyna posiadła klucz do tego znaku. Pojechała po ten klucz do Warszawy, ryzykując życiem – tylko po to, aby im go przywieźć. Zaś pozostali dwoje, ci, którzy przeszli pomyślnie drogę po rozżarzonych węglach – okazało się, że nie wiedzą nic.

- Kiedy szłam z Tamarą w górę Długiej, wydawała mi się przybita. Wlokła się podejrzanie powoli i rozglądała na boki, po kamienicach, zamkniętych sklepach i wilgotnym chodniku, jakby widziała je po raz pierwszy w życiu. Była oszołomiona. Wzięłam to za wpływ wypitego alkoholu. W pewnym momencie wyjęła z kieszeni spodni ten pierścionek. Zabawne, że miała na sobie moje spodnie; schowała go do moich spodni. Podała mi pierścionek i poprosiła, żebym go przechowała. Chciałam wiedzieć, skąd go wytrzasnęła, ale nie chciała mi tego wyjaśnić. Powiedziała tylko, że rzeczy mają duszę i, prędzej czy później, dają o sobie znać. Powiedziała, że jeśli to, w co wierzy jest prawdą, to nie musi mi niczego tłumaczyć, bo pierścionek zatoczy krąg w czasie i wszystko będzie dobrze. Nie podobało mi się to, co usłyszałam. Poczułam niepokój. Wzięłam ją pod rękę, a ona położyła mi głowę na ramieniu. Powiedziała, że mnie kocha i, że jest jej strasznie żal. Wkrótce podniosła głowę, wyplotła rękę z mojego objęcia i szła dalej – sama. Była smutniejsza niż kiedykolwiek, chociaż szła stabilniej niż na początku. Niespodziewanie wyznała, że ciebie też kocha, Olaf, ale nie może być z tobą na wieki, bo piękno takiego założenia zbyt mocno ją przytłacza i unieruchamia. „Nie chcę być jak kamień. Chcę być ogniem.” - powiedziała. Wtedy tego nie rozumiałam.

           Tuż za skrzyżowaniem z Łódzką zobaczyłyśmy, pędzącego w dół Długiej, Nissana Patrola. Tamara dostała paranoicznego spojrzenia, zastygła na chwilę, a ja chwyciłam ją za ręce. Kiedy samochód był blisko, Tamara wyrwała mi się i wyskoczyła na środek jezdni. Wybiegłam za nią, próbując przytrzymać ją za ramiona, za krawędź kurtki, za włosy, obojętnie za co, ale mi się nie udało. Dopięła swego, a ja odbiłam się od błotnika, łamiąc obojczyk.

     Jak Tamara zmarła w nocy, pomyślałam, że nie chcę pamiętać, co uczyniła. Wydałam swojej głowie zakaz wypowiadania słowa „samobójstwo”. Nazajutrz, kiedy trzeba było złożyć zeznania, opowiedziałam tylko skrawek tego, co się stało: ten, w który chciałam wierzyć. Powiedziałam, że przechodziłyśmy na drugą stronę ulicy, gdy nadjechał ten, rozgrzany do czerwoności, wóz Piekowskiego. To była jego wina, to on nas potrącił.

     Prawda jest taka, że pojawił się w złym czasie i w złym miejscu – nie było w tym jego winy. Ani twojej, Olaf. Tamara mocno cię kochała, lecz była zbyt wrażliwa i niepewna siebie, żeby za ciebie wyjść. Jeśli tkwiła w tym czyjaś wina, to bardziej moja, niż czyjakolwiek inna. Nie dlatego, że nie zdołałam jej powstrzymać. Dlatego, że Tamara ubzdurała sobie, że chce być mną. Gdybym rozumiała to osiem lat temu, nic złego by się nie stało. Gdybym o tym wtedy wiedziała, nigdy nie pozwoliłabym jej czuć się gorszą ode mnie. Ale Tamara była inteligentna i skryta i przechytrzyła nas wszystkich.

     Gdyby nie ten detektyw, nigdy w życiu nie zetknęlibyśmy się ze sobą na nowo i nie złożylibyśmy w całość tej srogiej prawdy. Teraz rozumiem, co miał na myśli Konieczny, radząc mi, żebym poszukała szerszej definicji słowa „morderstwo”. 'Tamara   zginęła z własnej woli. Choć brzmi to abstrakcyjnie, taka właśnie adnotacja powinna się znaleźć w aktach tej sprawy. Tamara popełniła morderstwo z premedytacją – na samej sobie.

     To dlatego nie mogłeś umówić się do tej pory z żadną kobietą, Olafie. Podarowałeś Tamarze pierścionek zaręczynowy, ale nie uzyskałeś definitywnej odpowiedzi. Wyobrażałeś sobie, że się zgodziła i w pewnym sensie tak było, skoro nie miała dość odwagi, by powiedzieć ci prawdę. To dlatego nadal jesteś sam. Nie dlatego, że jesteś nieuleczalnym romantykiem, lecz dlatego, że zostałeś oszukany. Przywiozłam ci ten pierścionek, żeby oddać Tamarze swoją osobistą cześć. Dziś stało się to, o czym wówczas mi powiedziała: pierścionek zatoczył krąg w czasie i powrócił do pierwotnego właściciela. Jest twój, od początku należał wyłącznie do ciebie. Powinieneś wiedzieć, że Tamara nie przyjęła twoich oświadczyn. Weź go, uwalniam cię. Nazywasz się Olaf, nie Werter.

     Natomiast ty, Agatko, widzisz sama, że moja opowieść nie dotyczy ciebie bezpośrednio. Pomimo tego uważam, że powinnaś wiedzieć, jak było. Bo oto widzisz sama, że życiem nie zawsze sterują przypadki. Masz w sobie tyle spokoju i pogody ducha, że mogłabyś się nimi podzielić z połową ludzkości, a jednak musisz dziś przyznać, że są sprawy, o których nie śniło się filozofom, i z którymi po prostu nie da się pogodzić. Nie chcę przez to powiedzieć, że Tamara dopełniła swojego przeznaczenia. Ale wiem dokładnie, czemu się zabiła. - w miarę jak Pola mówiła, siedząc w cieple kominka, miejsce pod plastrem na czole poczęło puchnąć, aż naraz wyciekła spod niego strużka żywej, cynobrowej krwi.

- Co to? - przeraziła się Agata.

Owszem, zarejestrowała obecność opatrunku na czole Poli w chwili jej powrotu, ale sądziła, że zasłoniła nim jakąś krostkę lub coś w tym gatunku. Widząc jej zatroskany wzrok, Pola potarła czoło dłonią, ale nic nie powiedziała. Dotykowi zatowarzyszyło solidne ukłucie i poczucie ciepłej mazi między palcami. Nie musiała oglądać ręki, aby wiedzieć, że to była krew. Na czole zalśniły jej znienacka duże krople potu, a powieki zaczęły opadać, jak gdyby miała zemdleć. Agata pochyliła się nad nią i pogłaskała ją po policzku.

- Masz gorączkę. - orzekła.

Usłyszawszy to, Olaf wydostał się z niemego zamyślenia i podszedł do nich. Podobnie jak Agata, dużo chciał powiedzieć, ale nie było już czasu na komentowanie tego, co usłyszeli. Strużka krwi z sekundy na sekundę zmieniła się w strugę i przeszłość znów stała się nieważna, bo pojawił się strach o teraźniejszość. Olaf bez słowa wziął Polę na ręce.

- Przykryj ją czymś. Jedziemy do szpitala. - odezwał się krótko.

Agata opatuliła Polę kocem, zarzuciła na siebie płaszcz, chwyciła klucze od domu i od Seata i wyszli na zewnątrz. Pola zasłabła, oparła głowę o klatkę Olafa i odbiła mu na swetrze chryzantemę z krwi jak upiorną kalkomanię. Śnieg ledwie prószył, wiatr ustał, widoczność była dobra. Przekręcając zamek, Agata stała do nich tyłem.

- Miałaś rację. - przyznał Olaf, patrząc przed siebie – Nigdzie nie widzę pomarańczowego samochodziku. - potwierdził głośno coś, co w ciągu kilku ostatnich minut stało się oczywiste.

Spojrzał w dół, na buzię Poli.

- Straciła przytomność! - zakrzyknął – I krwawi jak cholera jasna.

Agata znalazła się przy nim jednym skokiem.

- Nie, tylko śpi. - oceniła z bliska.

Zbadała jej puls.

- W porządku. - orzekła tonująco – Do auta. Usiądź z nią z tyłu. Przypilnujesz, żeby się nie uderzyła, ani nic takiego. - rzuciła luźno.

I pojechali. W dziesięć minut później pojawili się w holu ostrego dyżuru. Musieli wyglądać jak para z rannym dzieckiem, bo recepcjonistka w białym kitlu wybiegła zza kontuaru im na powitanie z matczyną troską w oczach.

- Tędy. - powiedziała szybko, widząc, że sytuacja jest poważna.

I pognali w ślad za nią, przez szeroki korytarz.

- Mamy podstawy sądzić, że w ciągu ostatnich pięciu godzin miała wypadek samochodowy. Nie wiemy, jak duży. Dopiero niecałe dwadzieścia minut temu zaczęła lecieć krew i skoczyła jej temperatura. - objaśniła Agata w czasie, gdy Olaf układał Polę na wskazanej przez lekarza leżance.

Lekarz zdjął plaster i zobaczyli dziurę w czole, tuż nad łukiem brwiowym. Pod ciężarem, zdeformowanej przez tę dziurę, brwi – spuchło jej całe oko. Aż dziwne, jak nagle i błyskawicznie, chociaż spóźnione w czasie, objawiły się te zmiany.

- Spokojnie. - powiedział im doktor – To miękka, stosunkowo powierzchowna rana. Mówiąc ściślej: wyraźne pęknięcie spowodowane mocnym uderzeniem w głowę. Wyglądałoby o wiele lepiej, gdyby zszyć je od razu, a tak, jest jak jest. - orzekł, przyłożył jej do rany jakiś gazik, żeby zastopować krwawienie, po czym palpacyjnie zbadał ją całą – Wszystkie kości całe i te w głowie też. Ma wysoką gorączkę, ale mam nadzieję, że to bardziej z emocji, zmęczenia czy przeziębienia. Oczywiście prześwietlimy jej głowę. Poza tym śpi jak dziecko. - zdiagnozował i uśmiechnął się.

Wstrzyknął Poli antybiotyk, środek przeciwgorączkowy oraz miejscowe znieczulenie, po czym zszył ranę. Rentgen głowy nie wykazał żadnych zmian.

- Chcę zostawić ją tutaj na obserwacji. - powiedział doktor na koniec – W tej chwili wszystko jest dobrze, ale wstrząśnienie mózgu można wykluczyć dopiero po trzech dniach.

Agata uparła się, żeby zabrać Polę do domu. Ostatecznie przez cztery lata studiowała medycynę i na pewno w porę odwiozłaby ją do szpitala, gdyby spostrzegła oznaki wstrząśnienia mózgu. Doktor nie był tym zachwycony, ale zaniechał perswazji, czując, że nie wygra z niedoszłą lekarką.

- Proszę dobrze się nią zająć. Jeśli rzeczywiście przeżyła motorową kraksę, nigdy nic nie wiadomo. - zakończył rozmowę lakonicznym wnioskiem.

- Wolę, żeby obudziła się wśród zapachu mleka i kukurydzianych płatków, niż smrodu lizolu i fizeliny. - powiedziała Agata Olafowi, gdy wsiadali do samochodu.

          Ułożyli Polę w łóżku, w małym pokoju na piętrze i siedzieli przy niej do rana, czuwając nieprzerwanie. Obudziła się przed dziewiątą: obolała, z zielonymi sińcami pod oczyma, spuchniętym lewym okiem i zawężonym polem widzenia – ale bez śladu gorączki i bardziej rześka, niż można by marzyć.

- Jak się czujesz? - spytali chórem.

- Dobrze. - odrzekła z półuśmiechem – Naprawdę dobrze. - podkreśliła i uniosła się, żeby wstać.

- Ani mi się waż. - warknęła Agata.

Ale warknęła z taką czułością, że Pola straciła ochotę, żeby jej się opierać i opadła spowrotem na poduszkę – z pełniejszym, oddanym uśmiechem.

- Masz zawroty głowy? Nudności? - spytała Agata.

- Wiem, do czego zmierzasz, Pani Medycyno. - odparła Pola figlarnie – Miałam bliskie spotkanie z drzewem i Peugeot jest rozkwaszony, ale kolizja nie była na tyle silna, żeby wstrząsnął mi się mózg. - wytłumaczyła.

Olaf zerwał się z miejsca jak piłkarz z ławki rezerwowych i przysiadł na brzegu łóżka.

- Zlituj się, Pola. - powiedział prosząco – Ty cała jesteś jak chodzące wstrząśnienie. Zachowujesz się jak shaker do drinków. Agata wyrwała cię wczoraj ze szpitala na własną odpowiedzialność. Okaż jej minimum spolegliwości i odpowiedz wprost na pytanie, czy nie kręci ci się w głowie.

Mówił z niechęcią – bez pretensji, ale wyraźnie zmęczony wszystkim, co między nimi zaszło.

- Nie kręci mi się w głowie. Nie jest mi niedobrze. Przyrzekam, że wpadłam tylko w mały poślizg przed swoim blokiem, to wszystko. - odparła, wreszcie z wyczekiwaną przez nich pokorą i uczciwością.

Dzięki tym słowom odczuli ulgę, której Pola postanowiła im więcej nie burzyć. Pozwoliła im zaopiekować się sobą tak, jak tego chcieli i nie czyniła nic poza biernym wypoczynkiem przez trzy najbliższe doby, aż uspokoili się zupełnie.

     29.grudnia w sobotę rano była spakowana i gotowa powrócić do domu. Po śniadaniu we troje zasiedli przy ławie w kuchni nad kubkami z kawą, a wyjaśniony niedawno znak zapytania od nowa zawisnął im nad głowami, jakby jeszcze mu było mało, jakby jeszcze się czegoś dopraszał.

- Nim odjadę, musimy razem uzgodnić, co dalej. - powiedziała Pola.

- A co ma być? - zdziwiła się Agata – Wkroczymy w Nowy Rok. Ty rzucisz się w wir malowania, Olaf dalej będzie uczył, a ja... - urwała na chwilę, szukając stosownych wyrazów – Cóż, jesienią może zapiszę Jagodę do przedszkola i poszukam sobie jakiejś pracy. Może otworzę jakąś knajpę albo zajmę się kateringiem? - zastanowiła się na głos.

- Znakomity pomysł. Mogłabyś umilić życie swoimi kulinarnymi czarami dziesiątkom kubków smakowych. - pochwaliła Pola z radością, lecz natychmiast po tym dodała poważnie – Ale miałam na myśli Tamarę.

Oboje spojrzeli na Polę zdezorientowani.

- Skoro już wiemy, że to było samobójstwo, powinniśmy chyba komuś to zakomunikować. Jej rodzicom, na przykład. - wyjaśniła.

- Może masz rację? - podjęła Agata.

Dotychczas o tym nie pomyślała, ale teraz – poczęła wartościować.

- Nie. Być może faktycznie to będzie rok zmian, ale nie aż tak drastycznych. - odezwał się Olaf.

Był przygnębiony, ale już nie zdruzgotany. Zdawało się, że odzyskiwał autentyczne panowanie nad sobą. Zaskoczył je.

- Pierwsze, co zrobię w Nowym Roku, to pochowam pierścionek w jej grobie. Wiedza na temat tego, czego dopuściła się Tamara, poza naszym trojgiem, nie jest już nikomu do niczego potrzebna. Zwłaszcza jej rodzicom. Minęło osiem lat. Coś takiego mogłoby ich teraz zabić. - wytłumaczył im.

I miał słuszność.

     Odwieźli Polę na dworzec. Tym razem pojechali Volswagenem i to Olaf prowadził. Zaraz po odstawieniu Poli chciał wrócić do siebie do domu.

     Na peronie przytulili ją oboje: krótko, ale bardzo zdecydowanie.

- Do zobaczenia za osiem lat. - zakpił Olaf.

Pola roześmiała się głośno.

- Tym razem nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. - odparła – Ty też nie. - rzuciła w stronę Agaty.

Gdy pociąg ruszył, spojrzała przez okno – luźno, na przestrzeń wokół dwójki, stojącej na peronie. Nie mogła popatrzeć im w twarze – przecież obiecała sobie, że ostatni raz w życiu płakała na pogrzebie.

     Zaraz po powrocie do domu podeszła do pustej sztalugi.

- Stęskniłam się za tobą, jakbym nie wiedziała cię przez całe lata. - powiedziała sztaludze – Jeszcze trochę odpocznij, ale za niedługo bierzemy się do roboty. Do prawdziwej roboty.

           Tego samego wieczoru wyjęła z szafy zeszyt zatytułowany „Dla Poli”. „Doczytam te dwa ostatnie wiersze i kończę z tym koksem.” - zadecydowała. Ostatni utwór, powstały w niecałe dwa tygodnie przed śmiercią przyjaciółki, dopełnił niewidzialną kropką całą gorycz prawdy, jaką Pola sobie przypomniała. Dopełnił skrupulatniej, niż jakikolwiek obraz, który zamierzała stworzyć. Dopełnił – i na zawsze wyczyścił Poli sumienie:

 

Ja

Tamara – człowiek czy zjawa?

To tylko metafora.

 

Ta – mara:

sen, co za kruchym ciałem się chowa.

 

Z nocy ciszę wyłonić zdoła

tylko ten mistrz,

co ponad swoim czynem

czyta dwa wersy:

 

ciężka smutna głowa

zbyt mocno kocha życie

 

(to tylko metafora).

 

/02.09.1999./

 

„Błażej Konieczny. Mistrz.” - pomyślała Pola i otarła łzy.

     W dzień po Nowym Roku odholowano Peugeota. Kosztowało to Polę dużo pieniędzy, ale już 3.stycznia rano odebrała go z warsztatu – całkowicie zreanimowanego i w niezawodnej formie.

- Jeszcze się najeździsz w tę i nazat, moja mordko. - rzekła i poklepała go po przednim zderzaku.

     Około południa Pola zaparkowała przed Komendą Miejską Policji w Zgierzu.

- Ja do detektywa Koniecznego. - powiedziała kobiecie w portierni.

- Niestety, nie ma go w pracy.

- Och. - Pola była rozczarowana – A kiedy będzie?

- W ogóle. Odszedł na emeryturę.

- Może ma pani numer telefonu stacjonarnego do niego albo adres? - spytała Pola z nadzieją.

- Niestety nie mogę udzielać takich informacji. - odrzekła kobieta i aż zmarszczyła brwi.

- Nie, nie, pani nie rozumie. - sprzeciwiła się Pola.

Czując nagłe uderzenie gorąca, zdjęła czapkę i rozwiązała szal. Energicznie doskoczyła do pulpitu, za jakim siedziała kobieta, i pochyliła się nad blatem, opierając na zgiętych łokciach.

- Ja muszę się z nim skontaktować w prywatnej sprawie. - powiedziała – Mam jego numer komórkowy, ale telefon jest głuchy, dlatego...

- Czy pani Pola Renik? - kobieta przerwała jej pytaniem.

- Tak. - odparła zdziwiona Pola.

- Błażej opisał mi panią. Miałam panią rozpoznać po pomarańczowych włosach, no ale przecież jest zima, miała pani włosy pod czapką. Skąd mogłam wiedzieć? - rzekła kobieta odmienionym głosem: łagodnym i otwartym.

Teraz – to Pola niczego nie zrozumiała. Wyprostowała się na baczność i zamrugała nerwowo, totalnie zbita z tropu. Kobieta podniosła się zza pulpitu.

- Błażej zlikwidował swój numer komórkowy. Jeszcze przed świętami sprzedał mieszkanie i wyjechał razem z żoną do Francji. Już nie wróci. - powiedziała cicho.

- Do Francji? - Pola aż otworzyła buzię ze zdumienia.

- Tam mieszka jego córka. Przenieśli się do niej. - wyjaśniła kobieta – Ale zostawił coś dla pani, proszę. - dodała i podała Poli kopertę.

Pola błyskawicznie ściągnęła rękawiczki i wzięła kopertę zaadresowaną jej imieniem i nazwiskiem. „Naturalnie, że turkusowa.” - ucieszyła się w duchu, ale już nic nie powiedziała. Wybiegła na zewnątrz i zamknęła się w aucie. Tam – bezpiecznie odizolowana od małego świata wokół – rozerwała kopertę i wyjęła zeń zwykłą kartkę zeszytową. Było na niej napisane tak:

 

„Błażej do Poli:

 

Wywiad z dzieckiem

 

Mistrz od niedawna jest wśród nas.

Dlatego czai się ze wszystkich kątów.

Zasłania twarz rękami i patrzy przez szparkę.

Staje czołem do ściany, potem odwraca się nagle.

 

Mistrz odrzuca z niesmakiem absurdalną myśl,

że stół spuszczony z oka musi być stołem bez przerwy,

że krzesło za plecami tkwi w granicach krzesła,

i nawet nie próbuje skorzystać z okazji.

 

To prawda, trudno świat przyłapać na inności.

Jabłoń wraca pod okna tuż przed oka mgnieniem.

Tęczowe wróble zawsze pociemnieją w porę.

Ucho dzbanuszka złowi każdy szmer.

Szafa nocna udaje bierność szafy dziennej.

Szuflada stara się przekonać Mistrza,

że jest w niej to, co do niej wcześniej włożono.

Nawet w książce z bajkami otwartej z nienacka,

królewna zawsze zdąży usiąść na obrazku.

 

Czują we mnie przybysza – wzdycha Mistrz –

nie chcą obcego przyjąć do wspólnej zabawy.

Bo żeby wszystko, cokolwiek istnieje,

musiało istnieć tylko w jeden sposób,

w sytuacji okropnej, bo bez wyjścia z siebie,

bez pauzy i odmiany? W pokornym stąd – dotąd?

Mucha w pułapce muchy? Mysz w potrzasku myszy?

Pies nigdy nie spuszczany z utajonego łańcucha?

Ogień, który nie może zdobyć się na nic innego,

jak sparzyć po raz drugi ufny palec Mistrza?

Czy to jest ten właściwy ostateczny świat:

rozsypane bogactwo nie do pozbierania,

bezużyteczny przepych, wzbroniona możliwość?

 

NIE – krzyczy Mistrz i tupie tyloma nogami

iloma rozporządza – w tak wielkiej rozpaczy,

że mało by tu było i sześciu nóg chrząszcza.

 

/Wisława Szymborska/”

 

Justyna Karolak

 

Ciąg dalszy nastąpi...

 


 

---