Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak – „Dziewczyna z kamieniem” – część 2 

Justyna Karolak – „Dziewczyna z kamieniem” – część 2

Justyna Karolak – „Dziewczyna z kamieniem” – odcinek nr 2

 

Rozdział II

     Odłożyła słuchawkę i przez wiele następnych minut nie mogła się poruszyć. Siedziała na podłodze obok małego okrągłego wiklinowego stolika z telefonem i czuła się coraz mniejsza i mniejsza, a salon wydawał jej się coraz większy i większy. Zwietrzały żywiczny, kleisty zapach terpentyny i oleju lnianego, jaki na stałe przywarł do granatowych, welurowych mebli wypoczynkowych mieszkania, wydał jej się silniejszy i bardziej nieznany, jakby nigdy wcześniej go tu nie było. A przecież znała i ubóstwiała ten zapach. We wrześniu 1999 roku Pola nie była jeszcze malarką. Była świeżo upieczoną maturzystką, która pomyślnie przebrnęła przez egzaminy na łódzką ASP, lecz studia jeszcze się nie rozpoczęły i zapach rozcieńczalników malarskich nie plasował się w jej porządku dziennym. Kompletnie zaskakujący dialog z policjantem wyrwał Polę z kontekstu teraźniejszości i wkleił wrażeniowo we wczesną jesień 1999 roku: moment, gdy nie była jeszcze malarką, nie znała Warszawy i nie miała świadomości, co oznacza żyć we własnym dużym mieszkaniu, w którym zapach terpentyny i oleju lnianego na stałe przywiera do mebli, do włosów i ubrań, jak podłe, panoszące się wszędzie, perfumy. A przecież dotychczas ubóstwiała ten zapach. Po rozmowie z policjantem Polę obsypał zimny dreszcz i zdało jej się, że jest inną niż była: znów jest licealistką, drobną dziewczynką, która nie wie, co się stanie, i w którą stronę pójdzie. Siedziała więc na drewnianej, chłodnej podłodze, zastanawiając się bojaźliwie, co teraz powinna zrobić. Co powinna zrobić 27.letnia dziewczyna, która nagle przypomniała sobie zapach parku miejskiego w Zgierzu, do którego tak często chodziła z Tamarą? I zapach jej włosów, jasnych jak kłosy żyta w upalne, lipcowe przedpołudnie. Co powinna zrobić, skoro teraźniejszość zapachniała jej natarczywie i nieznajomo, a wszystkie – wydawałoby się, że zapomniane – zapachy przeszłości zawirowały jej właśnie w pamięci, jakby wąchała je naprawdę? Co powinna zrobić, jeśli poczuła się spowrotem jak gdyby miała 19 lat i szła razem z Tamarą – ramię w ramię, w kierunku dorosłości?

     A przecież Tamara nie żyła. Nie było takiej mocy sprawczej, która mogłaby ją wskrzesić. Po co więc myśleć o przeszłości, klarować to, co nikomu i niczemu nie służy? Po co Pola miałaby teraz jechać do Zgierza i zwierzać się jakiemuś tam gliniarzowi? Przecież ten gliniarz sam oznajmił, że wydział nie widzi sensu rozpatrywać od początku tego tragicznego wypadku, że to on sam chce się dowiedzieć, jak było. I po co mu to? Jaki on miał w tym interes? Niby dlaczego Pola miałaby mu pomagać? I niby w jaki sposób list samobójcy, co we wrześniu 1999 roku zabił Tamarę, miałby teraz wpłynąć na pamięć Poli? Przecież  ten dramat już się w całości rozegrał; już spadła kurtyna. Nie było nic więcej do dodania. Jakim sposobem facet, co ósmy rok siedział w celi, miałby teraz rzucić nowe światło na ten dramat – zza grobu? I co Polę to obchodziło? Nic a nic ją to nie obchodziło. Ona to już przeżyła, miała to wszystko za sobą.

     Ale inni – nie mieli. Byli jeszcze inni, którzy też – jak Pola – przeżyli śmierć Tamary. I pozostali w Zgierzu, pozostali na miejscu przez te osiem lat. Tam, w Zgierzu, pozostali przecież rodzice Tamary. I Agata. I Olaf. Czy ten gliniarz do nich też dzwonił? Czy, podobnie jak Poli, im wszystkim także zamącił w głowach?

     Pola podniosła się z podłogi. Poczuła, że rozmyślania, wywołane rozmową z policjantem, wpychają ją w letarg. Wiedziała, że taki stan nie pomoże jej w odnalezieniu odpowiedzi na trudne pytania, które w dodatku odpychała od siebie niczym dziecko, co chowa głowę pod kołdrę i mówi, że go nie ma. Letarg, zarówno jak wewnętrzna próba ignorowania problemu, ani go nie resetowały, ani nie pozwalały nabrać do niego zdrowego dystansu.

- Obudzić się i zdystansować. - powiedziała na głos – To właśnie powinna zrobić osoba, która ma 27 lat.

Poszła do łazienki i zmusiła się do skoncentrowania myśli na czynnościach kosmetycznych. Uznała, że tylko zajęcie się codziennością może uchronić umysł przed wchłonięciem przez czarną dziurę niewytłumaczalnego lęku o jutro albo, dającej się wytłumaczyć, rozpaczy nad przeszłością, którą przed laty zaryglowało się z premedytacją w szafie. Z premedytacją, lecz wyłącznie po to, by samemu móc istnieć dalej.

      Po prysznicu ubrała się w klasyczne dżinsy i prostą bluzkę z okrągłym kołnierzykiem, wzięła podręczną torebkę i klucze od auta i postanowiła pojechać do Biblioteki Publicznej, w której na początku listopada miała wystawić swoje obrazy. Poli pozostało dograć parę szczegółów technicznych i umówić datę wernisażu z dyrektorem biblioteki. Uznała, że to środowe przedpołudnie okaże się idealne pod tym względem: wyrwie ją z destrukcyjnego letargu i tym samym pomoże nabrać zdrowej rezerwy wobec rzeczywistości.

     Sala przeznaczona do ekspozycji płócien była już gotowa (wezwany „pan złota rączka” dokonał tylko paru zmian mocowań w ścianach według sugestii Poli). Biblioteka niedawno została wyremontowana i w pomieszczeniu, gdzie Pola miała mieć wystawę, nie było żadnych książek, ani innych przedmiotów. Nie było czego przemeblowywać, przesuwać, albo nad czym dyskutować. Wystarczyło przywieźć i rozwiesić obrazy. Dzień wernisażu został naznaczony na 2.listopada, godzinę 19.00 – i tyle udało się Poli ustalić. Dość szybko mogła więc wyruszyć z powrotem do domu i myśli związane z Tamarą i resztą dawnego życia przyfrunęły do niej niestety prędzej, niż planowała. Odrętwienie wprawdzie nie owładnęło nią ponownie, ale też nie mogła nabrać dystansu. Znów czuła się malejąca jak Alicja z Krainy Czarów, a wszystko migające za oknami auta, zdawało się rosnąć jej przed oczami, jakby chciało ją wessać. Przyszło jej do głowy, że teraźniejszość z niej żartuje, jakby wszystko, co mijała po drodze – krawędzie chodników, kolorowe i szklane, szare i murowane budynki – mówiło: „To w nas chciałaś znaleźć ocalenie? W nas, głupia?”. „Ciekawe, jak wyglądają teraz chodniki i budynki w Zgierzu?” - pomyślała ni stąd, ni zowąd. Ale jej ambitna natura jeszcze nie pozwalała jej roztrząsać pytań o przeszłość, o korzenie i cienie lat, które upłynęły. Tylko dystans był pożądanym hasłem, którego bezkompromisowo poszukiwała w chwili obecnej. To było koło ratunkowe, jakiego usiłowała się złapać. Niemożność zdobycia się na dystans mogłaby oznaczać porażkę: zadrasnąć dumę, ugasić ambicję i pozbawić kontroli nad sobą i swoją podstawową składową – delikatną emocjonalnością.

     Jeszcze zatoczyła bezcelowe, śmieszne kółko wokół Starówki, nim smutna i skulona zaparkowała przed swoim blokiem. Jeszcze zadzwoniła do Igora i strzępkiem aktualnej siebie zmusiła się do mówienia mu wyłącznie na temat wystawy, którą rychło organizowała jej Biblioteka. Ale kiedy wieczorem Igor przyjechał z dwiema porcjami spagheti z jej ulubionej knajpy, a ona niechcący zerknęła na pustą sztalugę, ustawioną w kącie pokoju – wtedy Pola się złamała, poczuwszy, że teraźniejszość jest  ułudą, czego dotychczas nie dostrzegała. I jeszcze trochę biła się z, odrealnionymi przedświtem, myślami, by po dziewiątej rano (gdy Igora już nie było, bo tak strasznie, bo tak znów spieszył się do pracy) zadzwonić do tego gliny i umówić się z nim, nie wiadomo po co.

     Tego dnia Błażej Konieczny przyszedł do komisariatu wcześnie rano. Usiadł za biurkiem i przeglądał dzisiejszą gazetę „typu dziennik”, popijając mocną, rozpuszczalną kawę z trzema łyżeczkami cukru z dużego, żółtego kubka. Wzrok tego dnia płatał mu figle, co i rusz ześlisgując się z wersów jakiegoś artykułu i zawieszając za oknem albo na którejś z półek, wiszących na dwóch prostopadłych ścianach małego, kwadratowego pokoju służbowego. Było mroczno i padał deszcz, uderzając równymi, rytmicznymi, okrągłymi kroplami w szyby. Było około połowy października, ale pogoda kaprysiła jak w kwietniu. Dni, owszem, skróciły się i poszarzały zdecydowanie, ale ani wiatr, ani temperatura, ani nawet miarowy deszcz, jaki właśnie obserwował, nie mogły się określić do końca, po której stronie aury  się opowiedzieć: późno-letniej, jesiennej, czy przed-zimowej. „Kiedy, do licha, zrobiłem się taki rozlaźle-melancholijny?” - pomyślał Błażej w chwili, gdy zorientował się, że przyglądanie kroplom wody na szybie działa na niego tonująco i sprawia mu przyjemność. Uśmiechnął się spontanicznie pod nosem – trochę ironicznie, a trochę dobrodusznie – , po czym pociągnął dużego łyka kawy i spoważniał tak, jakby ów gorący, przesłodzony, parujący napój stanowił element rytuału, pomagającego powściągnąć myśli i emocje i przybrać oblicze Bustera Keatona. Błażej miał 53 lata i od dawna mógł być na emeryturze. Ale uwielbiał pracę aktywnego detektywa. Poza tym był w niej dobry. Stanowił mobilizujący punkt odniesienia dla młodszych kolegów i do niedawna stale przydawał się w poważnych działaniach operacyjnych. Jednak przejście na emeryturę powoli stawało się nieuniknionym etapem biegu czasu i jeszcze przed końcem roku miało stać formalnym faktem. Prawdopodobnie Błażej zszedłby ze służby z początkiem listopada anno domini 2007, ale kiedy koledzy z komisariatu pokazali mu list Piekowskiego, w Błażeju coś zadrżało. Szarpnęło nim, jakby zelektryzował go palec boży, potem spojrzał na zdjęcie swojej córki, które miał oprawione w granatową ramkę, stojącą na biurku, aż zaczął szperać w aktach sprawy, związanej ze śmiercią tamtej dziewczynki. Robota papierkowa wchłonęła go prędko, bo coś go w nią wpychało, jakiś przymus, wewnętrzna konieczność, której nie potrafił zignorować. Szybko obliczył, że ta dziewczynka, co zginęła przed ośmiu laty, miałaby dzisiaj 27 lat, czyli tylko o dwa lata więcej od tej, co stała w ramce na jego biurku. „Kurdę, gdyby to chodziło o moje dziecko, chciałbym wiedzieć, kto za tym stoi.” - pomyślał podczas pierwszych oględzin akt, które podjął. Wkrótce zaczął rozmawiać z ludźmi z wydziału, przede wszystkim z przełożonymi, ale ci go skreślili. Zaczął przychodzić coraz wcześniej do biura, siadał nad tymi papierami albo gazetą i rozmyślał, odciągając moment przejścia na emeryturę. Wszyscy mu pobłażali, jednocześnie w ogóle nie aprobując jego zaangażowania w sprawę, która była już zwietrzała. Pobłażali mu, jak gdyby był już nikomu niepotrzebnym, starym głupkiem, który stracił – niegdyś dobry – policyjny węch. A on spoglądał na zdjęcie córki, czytał, rozważał i chadzał, czując, że węch go nie zwodzi. Nikt mu nie wierzył, ale on czuł (elektryczne dotknięcie palca bożego), że ma do czynienia z jedną z najciekawszych spraw w swojej karierze. W końcu dogadał się z szefami i do Świąt Bożego Narodzenia mógł nie zabierać z biura swoich rzeczy, przesiadywać na komisariacie, ile mu się podobało, lecz od 1.stycznia bycie zasłużonym emerytem miało stać się faktem. Mógł robić na komisariacie, na co miał ochotę, ale oficjalnie nie było sprawy – nie było z kim, ani o czym gadać, i koniec tematu. Błażej wiedział, że zostało mu mało czasu – policyjnego czasu – , więc dość raptownie zdecydował się na telefon do tej Poli. Tego dnia miał żal do siebie i nie czuł niczego poza nim: ani pasji poznania, ani instynktu detektywistycznego. Tym bardziej nie widział perspektyw na spokojną, sielską starość. Sądził, że pokpił ten telefon, że stracił jedyny punkt zaczepienia niesamowitej kryminalnej zagadki, w której sens nikt mu nie ufał. W ową październikową środę siedział więc w biurze od wczesnego ranka, ogarnięty płytką melancholią, której dotąd nie znał, i która wydała mu się śmieszną i przegraną. Kiedy w kieszeni koszuli zagrał mu i zatrząsł się telefon komórkowy, był zaskoczony, jakby otworzył pudełko z ukrytym sprężynującym klaunem.

- Nie wiem, co pan na to, ale jadę do pana.

- Słucham? - zdumiał się, usłyszawszy to harde zdanie bez słów powitania, wypowiedziane głosem, którego nie rozpoznał.

- Pola Renik. - dwa słowa przebiły mu świadomość jak błysk białego światła.

Za oknem było szaro.

- Ach. - odparł zdziwiony i ucieszony naraz.

- Ach? - powtórzyła za nim, dodając złośliwy pytajnik – Będzie pan miał czas chyba, co? Co to za „ach”? Dobrze, że jadę do pana?

- Bardzo dobrze. Bardzo. - odpowiedział szczerze – Trafi pani bez problemu? Mam po panią gdzieś wyjechać?

- Miły pan jest, naprawdę. Ale ja chcę załatwić to jak najszybciej i uciekać z powrotem do swojego życia. Wpadam-wypadam, to wszystko. - wyrzuciła z siebie kolejne słowa energicznie i śpiewnie jak baśniowy ptak.

- Dobrze, ale czy ja mam... - Błażej nie zrozumiał – Albo chociaż o której pani będzie?

- Za niebawem. - odparła – Ja właśnie o tym, że kobiety w XXI wieku siadają już same za kółkiem.

- Wiem przecież, ale co  z tego?

- Odpowiadam panu tylko, że niech pan po mnie nigdzie nie wyjeżdża, dziękuję panu, przyjadę sama, będę za jakieś dwie godzinki. Tymczasem. - to powiedziawszy, rozłączyła się.

Błażej schował komórkę do kieszeni i uśmiechnął się w ten sam sposób co wcześniej, gdy obserwował deszcz. Był oszołomiony. Był zadowolony.

- Nie można było tak od razu? - zapytał swojej kieszeni – Proste pytanie- prosta odpowiedź; nie można było tak od razu? - zapytał, nie przestając się uśmiechać do swojej kieszeni koszulowej.

 Justyna Karolak

Ciąg dalszy nastąpi…


---