Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak – „Dziewczyna z kamieniem” – część 3 

Justyna Karolak – „Dziewczyna z kamieniem” – część 3

 

 

 

 


 

Rozdział III

     Błażej był tak zaabsorbowany oczekiwaniem Poli, że kiedy około dwadzieścia po jedenastej do jego biura – bez pukania – weszła filigranowa dziewczęca postać o asymetrycznie obciętych tycjanowych włosach, gdyby od progu się nie przedstawiła, ani by pomyślał, że to Pola właśnie. Kiedy podali sobie ręce, zrozumiał, że istotnie Pola ma więcej lat, niż mógłby przypuszczać na podstawie wyglądu. Podawała rękę, patrzyła i poruszała się z pewnością siebie charakterystyczną dla osób, które coś przeżyły. Z pozoru wyglądała natomiast na siedemnastolatkę, która wybiegła oto na szkolnej przerwie po batonika czy drożdżówkę do sklepiku na rogu.

     Miała lekko mokre włosy, z prawej strony twarzy sięgające za linię brody i z lewej – za końcówkę ucha. Nawet w tym ponurym świetle zdawały się bić ciepłem żywego płomienia. Miała na sobie czarny, zapinany na suwak sweter z dużym grubym kołnierzem, dżinsy, zielone tenisówki w różowe kwiatki i dużą, przewieszoną przez szyję i ramię, różową torbę z flauszu. Zapytał tą małą, kolorową postać, czego się napije i wskazał jej krzesło po drugiej stronie biurka, za którym sam siedział od rana. Miał wrażenie, że powiedziała: „herbata” tylko dlatego, że była zziębnięta i lekko zmieszana. Błażej pstryknął elektryczny czajnik, stojący na parapecie obok biurka. Pola sprawiała wrażenie totalnie przejętej, spóźnionej uczennicy, która zamierza prędziutko wydukać, o co pan profesor poprosi, po czym – pomachać rączką na pożegnanie i pobiec natychmiast między lalki, tiule i pluszaki. Nie wiedział tylko, czy jawiła się taką zawsze, czy wyłącznie teraz, przy nim i w tej nagłej okoliczności. Kiedy pochylał się nad nią, by podać jej kubek z wrzącą herbatą, i poczuł dyskretny, dostojny zapach kobiecych perfum, unoszących się ponad mokrymi włosami, zespolony z nutą innego, bardziej lepkiego zapachu, którego nie identyfikował – zrozumiał, że ma do czynienia z kimś znacznie więcej złożonym, niż konkludował na podstawie akt sprawy.

     Być może z kimś pełnym sprzeczności. Być może z kimś pełnym inwencji i wyrachowania. Cóż, akta sprawy oddawały przecież osobowość Poli-maturzystki, podczas gdy tego dnia Błażej poznał Polę – suwerenną, więcej czy mniej, lecz dojrzałą jednostkę. Lecz nawet jeśli by akta sprawy były otwarte i aktualne, to policyjny protokół i tak nie byłby w mocy oddać zapachu cudzych włosów, ani wrażenia, wywieranego na przesłuchującym przez świadka. Błażejowi wydało się zabawne, że oto pojął, jak dalece ważne w jego prywatnym śledztwie mogą okazać się aspekty tak ulotne i subiektywne jak zapach czy optyczne wrażenie. Jeszcze dwa lata czy rok temu, prowadząc jakąkolwiek sprawę, byłby całkiem obojętny na takie aspekty. Dzisiaj, kiedy „nie było” żadnej sprawy, przyszło mu do głowy, że takie ulotności, drobne estetyczne i psychologiczne kody i symbole, jakich nie było nigdy w żadnych aktach, mogą odegrać liczącą się rolę.

     Pola starała się opanować chaos, który ogarnął nią od chwili, gdy zdecydowała się tutaj przyjechać – od chwili, gdy znienacka zatelefonowała do tego policjanta, żeby mu oznajmić, że oto do niego jedzie. Ale  czuła, że niezapowiedziany chaos w niej rośnie, że trzepie się na dnie siebie jak motyl trzymany za skrzydełka. Czuła się, jakby za moment miała spotkać samą siebie z czasów liceum. Ale przecież nic takiego nie mogło się stać. Poza tym, cóż to za wehikuł, co cofa człowieka w czasie zaledwie o osiem lat? Czy zatoczenie łuku (łuk jest jedynie małym fragmentem konturu koła) w tak okrojonym, doczesnym biegu mogło ujawnić coś, czego Pola nie miałaby w pamięci, w dzień i w nos widzialnego i oczywistego pod przymkniętymi powiekami? Dziwiła się swoim myślom i nie potrafiła powściągnąć wewnętrznego trzepotania, które w niej zaistniało i skłoniło do tego przyjazdu. Przy tym na obcego policjanta patrzyła ze zdziwieniem, bo wydawał jej się przeciwieństwem wszystkiego, co miała zakodowane w wyobraźni pod słowem „policjant”. Niewysoki, sprężysty gość z wąsami i z siwym, trzydniowym zarostem na policzkach, w grafitowych dżinsach i prostym, granatowym, gładkim swetrze według niej był podobnym bardziej do Papy-Smurfa, niż do sceptycznego detektywa, który wie, co czyni i zawsze wygrywa. Jednak zarówno obraz tego detektywa, jak i wewnętrzny chaos podpowiadały Poli, że dzieje się jeden z tych dni, o których wie się, iż – nie wiadomo dlaczego, ani po co, ale muszą się wydarzyć.

- Wyobrażałam sobie pana inaczej. - powiedziała i otoczyła dłońmi gorący kubek z herbatą.

Błażej mógłby powiedzieć to samo w stosunku do jej osoby, ale zamiast tego zapytał tylko, bardziej z przyzwoitości, niż z ciekawości:

- Dlaczego?

- Osiem lat temu pokój, w którym mnie przesłuchiwano, był dużo większy i pachniało w nim strychem. - rzekła oględnie, omiatając wzrokiem ściany pomieszczenia – Ale wtedy przesłuchiwał mnie ktoś inny, więc jest to bez znaczenia.

- Jak wyglądałem w pani wyobraźni?

Zdawało mu się, że na sekundę zmarszczyła brwi, ale może tylko zdawało, bo szybko padła spychająca odpowiedź:

- Jak ktoś bez twarzy.

- Co wpłynęło na pani decyzję o przyjeździe? - zapytał – Przez telefon wydawała się pani nie przejednana.

- Niektóre plemiona wyznają ideę, że nie należy wierzyć mowie i gestom kobiety. Nasze spotkanie dowodzi, że cywilizowane społeczności winny czerpać mądrość bardziej z cudzej pierwotności niż z własnych osiągnięć.

Błażej uśmiechnął się pod nosem.

- A tak naprawdę? - zapytał.

- A tak naprawdę, to ja się pytam, po co panu budzić czyjeś trupy w szafie? - sparowała, marszcząc brwi – Mało ma pan własnych?

Błażej wyprostował się znad biurka i oparł o plecy krzesła.

- Czemu pan nie odpowiada? - przycisnęła dziewczęcy głos – Bez obrazy, ale vis à vis jest pan znacznie starszy, niż wyobrażałam sobie na podstawie głosu w słuchawce. Na oko widać, że przeżyte lata są u pana w wystarczającej ilości, żeby mógł się pan pochwalić własną kolekcją trupów w swojej prywatnej szafie. Po co uparł się pan grzebać w mojej?

- Bo to jest mój zawód, pani Polo: otwierać cudze szafy i wyciągać z nich kościotrupy. - odrzekł spokojnie.

Pola siorbnęła łyk herbaty.

- Mało coś pan konkretny, jak na taki zawód. - zażartowała, wciąż nie odnajdując prawdziwego powodu, dla którego tutaj przyjechała.

Błażej pomyślał, że niepotrzebnie zarzuciła mu brak precyzji: chciał tylko być taktownym żeby miała czas ochłonąć i napić się w spokoju herbaty, nim zacznie ją solidnie przepytywać. Miał przecież pytać o delikatne emocje sprzed lat, co jego zdaniem wymagało rozegrania wstępu do właściwego dialogu. Jednak po ostatniej uszczypliwej uwadze swojej rozmówczyni oraz sądząc po dynamice jej mimiki, wysnuł spostrzeżenie, iż osoba Poli faktycznie kryje wiele sprzeczności. I zrozumiał, że ona naprawdę chce odwalić tę kłodę najszybciej, jak to możliwe. Otworzył więc szufladę biurka, wyjął z niej jakąś zalaminowaną kartkę formatu A4 i podał ją Poli.

- Dobrze, zaczniemy więc od razu. - powiedział i dodał, spoglądając na kartkę – Od tego.

Pola przefrunęła oczyma po pospiesznych literach, napisanych ręką kogoś, kogo nie znała, po czym pytająco spojrzała detektywowi w oczy.

- Proszę to po prostu przeczytać. - powiedział – To dosyć konkretne, może się pani spodobać.

 

„Zawsze wydawało mi się, że w takich chwilach powinno się skierować swoje słowa do najbliższych, żeby przekazać im coś sensownego (choćby proste: „przepraszam”), ale kiedy sam znalazłem się w takiej chwili, stało mi się to obojętne, jak i komu to powiem. Liczy się tylko dla mnie, co powiem. Trochę tylko się dziwię, że nie robi na mnie wrażenia, że tak osobiste słowa przeczyta jako pierwszy ktoś obcy, ktoś dla mnie nieważny, jak jakiś tam klawisz. Chyba już zobojętniałem, chociaż ciągle nie potrafię pogodzić się z niektórymi rzeczami, mimo, że to już ósmy rok.

     Może nawet nie tyle nie umiem się pogodzić, co nie umiem zrozumieć. Dlaczego apelacja została odrzucona? Dlaczego mam tutaj siedzieć? Czemu nikt mi nie uwierzył? Wciąż się o to pytam: w dzień – w myślach, w nocy – w snach. Nie znajduję odpowiedzi. Dlatego chcę powiedzieć  po raz ostatni, jak było. Bo nie ma znaczenia, co jest, ani co będzie. Liczy się tylko to, co się wtedy stało: jedna niezdarna minuta. Ona zawładnęła całym moim życiem. Nie mam niczego więcej, żadnych przeżytych lat poza tą jedną niezdarną minutą, która wchłonęła je wszystkie. Dlatego powiem to ostatni raz.

     14 września 1999 roku obchodziliśmy z żoną dwunastą rocznicę ślubu. Zjedliśmy uroczystą kolację i wypiliśmy po trzy kielichy czerwonego wytrawnego wina. Było gdzieś około 22.30, gdy posprzeczałem się z żoną i jak ostatni idiota wsiadłem za kółko. Chciałem pojechać na MOSiR, popatrzeć na pustą bieżnię. Ulice były lekko wilgotne od niedawnego deszczu, ale było ciepło i przyczepność była dobra. To była piątkowa noc, miasto było puste, wszyscy siedzieli gdzieś w domach albo w pubach. Było dużo gwiazd – pamiętam, bo gdy na czerwonym świetle zatrzymałem się na jednym ze skrzyżowań, odkręciłem szybę i wychyliłem głowę przez okno, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Wtedy zobaczyłem te gwiazdy. Latarnie uliczne też pięknie rozświetlały asfalt i parujące drobinki deszczu na krawężnikach. Było całkiem pusto. Poczułem jak stygnę z wcześniejszego zdenerwowania. Rozejrzałem się w obydwie strony, zmieniło się światło i coś tknęło mnie, żeby przycisnąć trochę gaz, przejechać szybko ten odcinek Długiej, a potem zatoczyć kółko wokół Starego Rynku i wrócić do domu. Rozpędziłem się. W oddali dostrzegłem dwie postacie, spacerujące wolniutko w górę Długiej, czyli w odwrotną stronę, niż ja. Mijałem je najzwyczajniej w świecie, kiedy one nagle po prostu wskoczyły mi pod wóz. Natychmiast dałem po hamulcu, ale było już za późno.

     Pamiętam dobrze obie te dziewczyny. Jedna odbiła się lekko od mojego lewego błotnika, ale ta druga wpadła mi pod samochód. Puknąłem ją przodem, trochę z lewej, wpadła mi na maskę, a potem ześlizgnęła się z niej jak czerwona szmaciana kukiełka. Pamiętam dokładnie każdą z osobna kropli krwi, które widziałem od środka na przedniej szybie. Wytrzeźwiałem w sekundę i wyskoczyłem z samochodu. Podbiegłem najpierw do tej dziewczynki, która odbiła mi się od błotnika. Podbiegłem do niej, nie do tej, co spłynęła mi po szybie i masce, bo była przytomna i krzyknęła coś, że nie może się ruszyć, ale że musi wstać i zobaczyć, co z Tamarą. Wyciągnąłem  komórkę i zadzwoniłem po pogotowie i policję. Podbiegłem do tej, która leżała na jezdni z przodu auta. Leżała twarzą do ziemi, na brzuchu, nienaturalnie wygięta w S. Dreptałem wokół niej jak jakiś czubek, nie wiedząc, co robić, jak sprawdzić, czy żyje, wydawało mi się, że wszędzie widzę krew. Nim się obejrzałem, ta potrącona dziewczyna jakoś podeszła do nas. Miała zwieszoną na prawą stronę głowę, prawa ręka wisiała jej złowieszczo, jakby była wadliwym manekinem. „Wezwał pan pogotowie?” - zawołała do mnie. Kiwnąłem jej głową jak jakiś pajac. Po pięciu minutach przyjechało pogotowie, po dziesięciu policja. Nagle, nie wiadomo skąd, jakby całe miasto się ocknęło, jakby nikt w nim nie spał i nikt się nie bawił. Jakaś staruszka w różowych bamboszach i papilotach stanęła najbliżej, przyglądając się wypadkowi, jakby to była najbardziej kolorowa święconka. Długo mógłbym opisywać tę sytuację – od chwili spowodowania wypadku, poprzez wszystkich lekarzy, sanitariuszy i policjantów, wykonujących przypisane ich zawodom czynności, aż po tę potrąconą dziewczynę, która była przez cały czas przytomna. Opowiadałem zresztą o tym dziesiątki razy na przesłuchaniach.

     Dziś chcę dodać do swojego zeznania coś więcej. Czy to „coś więcej” miałoby większe znaczenie, jeśli bym przypomniał sobie o tym wcześniej, w czasie pierwszych przesłuchań albo w sądzie? Nie wiem. Wiem, że powiedziałem o tym mojemu adwokatowi i on uwzględnił to w apelacji. Ale nikt nie uznał tego za coś ważnego, było już po wszystkim. A ja śnię o tym co noc. Nie daje mi to spokoju, bo wiem, że prawda może być tylko jedna – nie ma wielu prawd. Dziś wiem, że siedzę tu, ponieważ dziewczyna, która szczęśliwie przeżyła, nazywa się Pola Renik. Jej zeznania obciążyły mnie całkowitą odpowiedzialnością za wypadek. Ale ja chcę powiedzieć o czymś, czego nie ma w żadnym z protokołów tej sprawy – bo przecież w aktach nie może być słowa o tym, co przypomniało się winowajcy we śnie, kiedy już padł wyrok. Może gdybym pamiętał to wcześniej?

     W każdym razie, którejś nocy w celi przypomniałem sobie coś ważnego. Wtedy, jak one wbiegły mi pod wóz, Pola Renik była trochę z tyłu (to oczywiste, skoro odbiła się tylko od błotnika), ale miała wyprostowane ręce, całe ramiona właściwie. To wyglądało tak, jakby pchnęła swoją koleżankę. Taka jest prawda, choć nikt w nią nie wierzy. Może gdyby byli świadkowie, ale nie było. Nieważne.

     Dziś kończę z tym wszystkim, lecz chociaż pozostawiam po sobie prawdę. Zróbcie z nią, co wam się podoba.

Rafał Piekowski.”

 

Pola kilka razy wracała do początku listu, a potem zatrzymywała wzrok w paru jego miejscach. Wreszcie odłożyła kartkę i utkwiła nic nie wyrażające oczy w twarzy policjanta.

- Co pani o tym myśli? - zapytał.

Wzruszyła ramionami i potrząsnęła głową, jakby nie wiedziała, co myśli.

- Chciałabym powiedzieć, że to tylko niby literacki majak szaleńca albo słabego człowieka, który spisał swoje rojenia na kartce, żeby zamieszać innym w głowach i sercach, a sobie wyczyścić sumienie. Ale nie widzę tutaj znamion szaleństwa. Ani bezwzględnej słabości. Raczej obojętność, z której bije jakaś uczciwość. - przyznała cicho po chwili namysłu – Rzeczywiście trudno przejść nad czymś takim do porządku dziennego.

- Wie pani, że moi zwierzchnicy, a nawet koledzy z wydziału, tak właśnie stwierdzili. Że to tylko nic nie znaczące wynurzenie więźnia, nie potrafiącego udźwignąć ciężaru wyroku. - odparł Błażej – Że to tylko brednie, jego senne widziadła.

- List jest zbyt logiczny i spójny jak na kogoś, kto postradał zmysły.

- Ale z listu wynika, że Rafał Piekowski przypomniał sobie szczegół, którego nie pamiętał ani przez całe przesłuchanie, ani też w trakcie procesu. Nie można przecież oczekiwać, że prawo anuluje wyrok i uniewinni przestępcę dlatego, że przestępca zobaczył we śnie ślad jakiejś poszlaki, na którą nie ma żadnego świadka, nie mówiąc już o namacalnym dowodzie.

- Prawo ludzkie nie jest absolutne. Nie ma w nim niczego na temat złożoności umysłu człowieka, z którego różne detale przenikają do świadomości bardzo stopniowo i czasem zaskakująco. - rzekła Pola wyważonym tonem, tak dalekim od frywolnego głosiku, z jakim tutaj weszła – Sama przypominałam sobie różne rzeczy z tego wypadku etapami.

- Na przykład?

- Na przykład jeden szczegół przypomniałam sobie dopiero dwa lata temu. - powiedziała Pola i szybko zamrugała – Wyobraża pan sobie? Dwa lata temu. Wcześniej nawet nie wiedziałam, że to pamiętam.

- Można prosić jaśniej?

Pola westchnęła ciężko i znów zamrugała.

- Ilekroć myślałam albo śniłam o tym wypadku, wszystko widziałam na czarno-biało. Czerwona była tylko krew. Dwa lata temu, kiedy sprzątałam szafę, znienacka wpadło mi do głowy, że tamtego wieczoru Tamara miała na sobie moje spodnie; chromowa zieleń z kroplą jasnej cytrynowej żółcieni...

- Zapomniałem, że pani jest malarką...

- ... a przed dwoma laty nawet nie wiedziałam, że coś takiego pamiętam.

Błażej serio zastanowił się nad jej słowami.

- Pani Polo, czy pani rozumie, że Piekowski w tym liście sugeruje, że to pani świadomie spowodowała śmierć Tamary Witenki? - spytał poważnie – Czy pani rozumie, że to, co mówi pani teraz również ma wydźwięk obciążający panią?

- Ja wszystko rozumiem. A najlepiej rozumiem dwie rzeczy. Po pierwsze to, że osiem lat temu straciłam najlepszą przyjaciółkę. Po drugie to, że nie toczy się żadne śledztwo. - rzekła wymijająco.

- Ale to, co powiedziała pani przed chwilą o sekretach ludzkiej pamięci, przyznało margines prawdopodobieństwa tezie postawionej w liście przez autora. - stwierdził Błażej.

- Nie zauważyłam żadnej tezy. - uparła się Pola i spojrzała Błażejowi w oczy, w sam środek dużych źrenic – Przyznałam tylko autorowi prawo do własnej wizji cierpienia.

Tym razem to Błażej westchnął; był już przekonany, iż porwał się na rozwikłanie bardzo trudnego równania.

- Czy pani w ogóle pamięta dokładnie ten wypadek? - zapytał z zupełnie innej strony.

Pola uśmiechnęła się politująco.

- Dokładnie? - powtórzyła, po czym natychmiast dodała komentarz – Odkąd przypomniałam sobie o tych zielonych spodniach, całe wspomnienie wypadku również odzyskało kolory. Ale czy to oznacza „dokładnie”? Czy po ośmiu latach mogę być na sto procent pewna, że pamiętam naprawdę wszystko? Co znaczy według pana „dokładnie”?

- Piekowski sugeruje w liście, że to pani popchnęła przyjaciółkę. Czy tak było? - zapytał Błażej, sam nie wiedząc, jakiej odpowiedzi oczekuje.

Bo jeśli by nawet Piekowski miał rację i Pola rzeczywiście pchnęła Tamarę wprost pod jego auto, to byłoby absurdalnym takiej właśnie odpowiedzi się spodziewać. Pola znów uśmiechnęła się politująco (można się spodziewać po ludziach litości, ale nie prawdy). Był to błyskawiczny, łatwo się ulatniający wyraz twarzy. Po chwili znów wydała mu się dziecinnie zagubioną i z tym rodzajem zagubienia, a częściowo z zatroskaniem, spytała:

- Jak umarł?

Błażej w pierwszym odruchu nie zrozumiał.

- Podczas naszej pierwszej rozmowy powiedział pan, że Piekowski popełnił samobójstwo. - wyjaśniła – Jak to zrobił?

- Dlaczego chce pani wiedzieć? - zdumiał się.

- Nie wiem. - wzruszyła ramionami – Może chcę wiedzieć jak najwięcej, skoro już się zgodziłam powrócić całą sobą do tych starych dziejów. A pan dlaczego chce wiedzieć, jak zginęła Tamara?

- Sam nie wiem. - odparł szczerze – Może chcę zejść ze służby jak bohater? Może chcę dostać medal?

Oboje roześmiali się krótko, cicho. Poli spodobało się – jeżeli słowo „podobać” jest stosownym w tak dalece nietowarzyskiej okoliczności - , że policjant umiał zironizować samego siebie. Poczuła się odrobinę raźniej dzięki temu.

- To jak było? - zapytała ponownie – Z Piekowskim?

- Podciął sobie żyły.

- Och, żyły... - powtórzyła i wzdrygnęła się.

Błażej wziął głębszy oddech.

- To jak było? Popchnęła pani przyjaciółkę? - zapytał, znowu dziwiąc się sam sobie.

- Tak. – powiedziała Pola.

 Justyna Karolak

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

---