Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak – „Dziewczyna z kamieniem” – część 4 

Justyna Karolak – „Dziewczyna z kamieniem” – część 4


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział IV.

- Tak. - powiedziała Pola – Popchnęłam Tamarę. Jeden jedyny raz. Na wuefie. Grałyśmy w kosza. Nauczyciel odgwizdał faul. To było w drugiej klasie. Potem już nigdy więcej nikogo nie sfaulowałam.

Błażej znowu westchnął. Nie wzdychał z taką częstotliwością jeszcze nigdy, na żadnym przesłuchaniu. Ale Pola wzbudzała w nim dziwne poczucie ciężkości, aż się nie umiał opanować i od czasu do czasu po prostu musiał westchnąć.

- Może jeszcze herbaty? - zapytał.

- Mogę kawę? Czarną, sypaną, bez cukru i niczego?

- Mam tylko rozpuszczalną. - odrzekł – I dużo cukru.

Zgodziła się na rozpuszczalną.

- Ale zero cukru. - zastrzegła, unosząc wysoko prawy chudy palec wskazujący.

Spojrzawszy na jej podniesioną dłoń, Błażej zastanowił się, jak to możliwe, że tak mikra osóbka para się ciężkim malarstwem olejnym. Dłoń Poli wyglądała jak gałązka, a przecież nie była to dłoń akwarelistki, lecz z krwi i kości malarki. Nasypał do dwóch kubków po półtorej łyżeczki kawy i pomyślał, że pozory bywają bardzo płytkie i mylące. Do swojego kubka dodał trzy łyżeczki cukru.

- Chciałbym, żeby opowiedziała mi pani po kolei, jak to było. - poprosił.

- To było dawno. - stwierdziła smętnie – Mówiłam to już tyle razy. Czytał pan protokół.

W jej stwierdzeniu nie było już sprzeciwu, ani zdziwienia. Błażej widział, że Pola zaczyna się otwierać. Czuł, że chce o tym opowiedzieć jeszcze raz – jemu. Przecież przyjechała tu z własnej woli. Nie zrobiła tego dla niego – ponieważ go nie znała. Nie zrobiła tego dla Tamary – ponieważ Tamara nie żyła. Musiała to zrobić dla siebie. Nie mogło być nikogo innego, dla kogo miałaby chcieć o tym opowiedzieć.

     Patrzyła w milczeniu na czerwone światełko czajnika bezprzewodowego. Zaschło jej w gardle. Czekała na kawę.

- Można tutaj zapalić? - spytała.

Błażej w odpowiedzi uchylił okno i podał jej małą trójkątną, przezroczystą popielniczkę, która stała na półce z książkami.

- To było dawno. - powiedziała, jakby ponaglając samą siebie.

- Pytam przecież, jak pamięta to pani w tej chwili. - wytłumaczył – Nie czekam na recytację protokołu sprzed ośmiu lat.

Światełko na czajniku zgasło i Błażej zalał oba kubki wrzątkiem. Pola wydobyła z torby płaskie, prostokątne, srebrne pudełko. Wyjęła z niego cienkiego papierosa i podpaliła go za pomocą białej zapalniczki benzynowej z kolorową Myszką Miki. Zaciągnęła się mocno i odchyliła głowę do tyłu.

 

     14. września 1999 roku był piątek. Był to szczególny piątek, ponieważ w ten właśnie dzień Pola wraz z przyjaciółmi z klasy, z którymi intensywnie kumplowała się przez całe liceum, postanowiła zorganizować sobie uroczysty wieczorek. Pola, Tamara Witenka, Agata Płyńska i Olaf Irowski tego roku szczęśliwie zdali matury i podostawali się na studia. Spodziewali się, że mogą nie mieć dla siebie zbyt wiele czasu, przynajmniej w pierwszych miesiącach studiów, nim trochę okrzepną i zaaklimatyzują się w nowym środowisku i nowym sposobie zdobywania wiedzy. Pola dostała się na ASP, wydział grafiki i malarstwa, Agata na wymarzoną medycynę, Tamara na polonistykę, a Olaf na informatykę na Polibudzie. Tak rozbieżne kierunki siłą rzeczy musiały ich rozdzielić, obmyślili więc sobie, że spędzą wieczór, który z jednej strony będzie pożegnalnym, z drugiej – upewni ich, że bardzo się lubią, nigdy o sobie nie zapomną i zawsze będą mogli na siebie liczyć. Było jeszcze ciepło i rodzice Agaty zostali na weekend na działce. Agata mieszkała na Starym Rynku i to właśnie u niej odbyła się ta impreza. Słuchali jakiejś muzyki, wspominali szkolne czasy, snuli plany na przyszłość, ale przede wszystkim oglądali różne albumy ze zdjęciami, które zrobił Olaf. Olaf uwielbiał robić zdjęcia. Był uzdolniony w tym kierunku. Potrafił wyłapywać z otoczenia takie sytuacje i kadry, że nie jeden student ASP mógłby pozazdrościć mu inwencji i estetycznego wyczucia. Olaf to był taki delikatny blondynek w okularach. Blondynek o deszczowych włosach. Błażej zapytał, co to znaczy – deszczowych? Pola wyjaśniła, że „deszczowe włosy” to jej określenie, oznaczające włosy sypkie, proste i bez światła. Olaf chodził z Tamarą niemal od początku liceum. I w jego albumach najwięcej było zdjęć Tamary – Tamara czesząca swoje długie, słoneczne włosy (jasny ugier z kroplą bieli tytanowej), Tamara czytająca książkę, Tamara pisząca wypracowanie, Tamara i gruba pani z kiosku z gazetami, Tamara i popołudniowa drzemka w fotelu... Na wszystkich fotografiach wyglądała pięknie. W ogóle była prześliczna, a na zdjęciach Olafa emanowała dodatkowym blaskiem. Może to było światło miłości? Co prawda na żadnym zdjęciu się nie uśmiechała, zawsze była refleksyjna – jednak posiadała wyjątkową, miękką i ciepłą urodę. W sumie był to dość sentymentalny wieczór. We czworo wypili dwie standardowe butelki szampana... to jest: białego musującego wina. Około dwudziestej trzeciej Tamara poczuła się zmęczona i chciała wracać do domu. Olaf wziął ją za rękę i na jakiś moment przysiedli w Agacinej kuchni – o czymś tam rozmawiali. Olaf chciał odprowadzić Tamarę, ale ona nie chciała. Uparła się, że chce iść z Polą; mówiła, że rozbolała ją głowa i babski spacer dobrze jej zrobi. Tamara mieszkała przy Długiej 12, a pola przy 3. Maja 7. Było Poli po drodze zostawić Tamarę w domu i iść dalej w górę Długiej – do siebie. A Olaf mieszkał w przeciwną stronę, rozpatrując rzecz z punktu mieszkania Agaty na Starym Rynku, bo przy Parzęczewskiej, numer 27. Tak to właśnie było: Tamara nie pozwoliła się odprowadzić Olafowi i poszła z Polą w górę Długiej. Szły powolutku i rozmawiały. Na skrzyżowaniu początku Długiej z Łódzką postanowiły przejść z parzystej strony na nieparzystą. Przechodziły zwyczajnie – na zielonym świetle. Nim się zorientowały, że ten cymbał, który jechał na nie z góry Długiej, nie zdoła wyhamować – było już po wszystkim. Pola poczuła mocne tąpnięcie w lewy bok ciała i w sekundę później zorientowała się, że leży na jezdni. Czuła, że nie może się poruszyć i nie wie, jak to się stało, ale podniosła się i podeszła do przodu auta, żeby zobaczyć co z Tamarą. Najpierw Pola zobaczyła tego gościa, jak trzymał się za głowę i bezradnie patrzył na nieprzytomną Tamarę. Na szczęście kiwnął potakująco na pytanie Poli, czy wezwał karetkę. Najpierw przyjechała ERKA, potem policja. Pola usłyszała za plecami gwar, jakby przebywała na rynku w sobotnie przedpołudnie, ale nikogo nie zobaczyła, bo wprowadzili ją do karetki i położyli na czymś płaskim, unieruchamiając jej głowę i ręce. Nie wyłuskała niczego konkretnego z tego gwaru, który wyczuwała gdzieś poza sobą – z boku, z tyłu; nie wiedziała, gdzie. Najbardziej konkretnym aspektem całej sytuacji, jaki zapamiętała, były wirujące poprzez szyby karetki, w której leżała, smużyste, niebieskawe światła kogutów. Przypominały cyrkowe reflektory o kształcie elipsy, puszczane spod spiczastej kopuły na środek areny. Potem do karetki wnieśli Tamarę. Pola nie widziała jej dokładnie, bo miała unieruchomioną głowę. Ale czuła, że wnieśli Tamarę, i że jest niedobrze. Zawyła syrena i karetka ruszyła. W drodze Tamara na chwilę odzyskała przytomność. Pola jej nie widziała, ale usłyszała jej głos; niewyraźny, charchowaty, ale rozróżniła w nim słowa:

- Przepraszam cię za te spodnie.

- Milcz, głupia. Nie gadaj tyle. - odpowiedziała jej Pola.

- Z góry przepraszam za spodnie. Nie pomyślałam o tym wcześniej. Teraz będą musieli je pociąć.

Pola raz jeszcze krzyknęła, żeby, głupia, zamilkła i ona zamilkła naprawdę, ponieważ spowrotem straciła przytomność. I to wszystko. Dalej nie ma co opowiadać. Wiadomo, że Tamara zmarła tuż po przyjeździe do szpitala, zaraz na stole operacyjnym, no bo miała rozległe obrażenia wewnętrzne i dostała jakiegoś tam krwotoku, którego lekarze opanować nie mogli. A z Polą była prosta sprawa, bo miała tylko pęknięty obojczyk i wybitą kość ramienną ze stawu barkowego. I nic Polę wtedy nie bolało. Zostawili ją oczywiście na parę dni w szpitalu na obserwacji. Już pierwszej nocy Pola zerwała się z łóżka z krzykiem, bo śniło jej się, że Tamara umarła. Pola zaczęła tak krzyczeć, że dyżurna pielęgniarka musiała od razu jej powiedzieć prawdę, że Tamara umarła kilka godzin wcześniej. Że lekarze nie mogli nic zrobić. I dopiero wtedy Pola po raz pierwszy straciła przytomność.

 

- O co chodzi z tymi spodniami? - zapytał Błażej – Przed laty nie wspominała pani nic o tym, że Tamara przemówiła do pani w karetce.

- Tamara też była mała, drobna, taka jak ja. Tamtego wieczora spodobały jej się moje spodnie.

- Zielone, tak? - Błażej zaczynał się domyślać.

- Właśnie, zielone sztruksy. - przyznała – Na prośbę Tamary na tamtej imprezie zamieniłyśmy się na spodnie. Przypomniałam sobie o tym dwa lata temu. Tak właśnie było, przypomniałam sobie. Tamara miała na sobie też sztruksy, ale szare. Powiedziała, że zieleń to piękny, uduchowiony kolor, pełen nadziei. I zaproponowała, żeby się zamienić.

- Ale w wypadku połamała nogi, prawda? Trzeba było rozcinać nogawki?

Pola kiwnęła głową.

- Najwyraźniej Tamara w którymś momencie zyskała świadomość tego, co się stało. I było jej głupio, że nie odzyskam spodni. Zabawne, jak praktycznymi kategoriami posługuje się człowiek w tak dramatycznej sytuacji.

Pola zanurzyła usta w kawie i trwała tak przez paręnaście sekund. Później zapaliła drugiego papierosa. Błażej zmarszczył brwi; rozmyślał nad czymś.

- Czy pamięta pani, o czym rozmawiała z Tamarą, gdy szłyście wtedy do domu? - zapytał.

Oczy Poli wzniosły się do góry i trochę w lewo, jakby próbowała sobie przypomnieć.

- Nie. - stwierdziła po chwili – Nie pamiętam. Byłyśmy delikatnie podchmielone. W naszym towarzystwie nie piło się nigdy alkoholu, więc to winko deczko nas wzięło.

- A jak wytłumaczy pani fakt, że postanowiłyście przejść na drugą stronę ulicy? - spytał Błażej – Wystarczyło pozostać po parzystej stronie Długiej, żeby dojść spokojnie do domu Tamary. Wiem, że to pytanie padło już w pierwotnym przesłuchaniu, ale wciąż mnie to zastanawia. Po co miałybyście przechodzić przez to skrzyżowanie, skoro szłyście prosto do domów? Nie rozumiem tego.

- Nie pamiętam. - stwierdziła Pola – Nie potrafiłam tego wyjaśnić również osiem lat temu. Może zobaczyłyśmy coś po drugiej stronie ulicy i chciałyśmy podejść bliżej?

- Ale co?

- Nie wiem, nie pamiętam. To mogło być cokolwiek, jakiś banalny impuls, który skłonił nas do przejścia na drugą stronę.

- Impuls, ach tak. - powtórzył machinalnie, nie przestając marszczyć brwi – A czy Tamara tamtego wieczora miała na sobie pierścionek?

Pola otworzyła szeroko oczy. Błażej był przekonany, iż był to wyraz niepodważalnego zdumienia, wręcz oszołomienia.

- Pierścionek? - odezwała się półszeptem.

- Właściwie pierścień. - uściślił Błażej – Duży, masywny, gładki srebrny pierścień z obłym, owalnym turkusem.

Pola zamrugała nerwowo.

- Nie. - odrzekła w końcu – Tamara nie miała wtedy nic takiego na palcu.

- Na pewno? - dopytywał Błażej – Przed momentem miała pani taki wyraz oczu, że mógłbym przysiąc, iż doskonale pani wie, o jaki pierścień chodzi.

- Bo wiem. - przyznała – Coś mi się kojarzy. Musiałam widzieć go kiedyś u Tamary, ale nie pamiętam takiego pierścionka z nocy wypadku. Szczerze mówiąc, jestem w kropce. Nikt nigdy nie pytał mnie o żaden pierścionek. I chociaż nie wiem, jakie to miałoby mieć znaczenie, wiem, że kiedyś go widziałam. Musiałam go widzieć, skoro pan mnie o niego pyta.

- Ale jest pani pewna, że nie widziała go w noc wypadku?

- Tak. - odrzekła zmieszana – Nie.

- Pani Polo? - Błażej nabierał podejrzeń.

- Jak mogę być pewna takiego detalu po ośmiu latach? - zapytała z przekąsem – I jaki to ma sens?

- Nie wiem. Ja tylko pytam. - rzekł Błażej, po czym dodał zaczepnie – Sądzę, że plastyk zapamiętałby taki właśnie detal. Był to w końcu niezwykle charakterystyczny pierścionek.

Twarz Poli znów wyraźnie się zmieniła i od wielkiego zdumienia powróciła do dziecinnego zagubienia.

- Dopiero dwa lata temu przypomniałam sobie barwę spodni i to swoich własnych, a pan ma mi za złe, że nie pamiętam daty, w jakiej widziałam ten pierścionek? - zapytała z dozą pretensji w tonie.

Oczywiście, że nie miał jej niczego za złe.

- Próbuję tylko dociec prawdy. - wytłumaczył.

Pola spojrzała na zegarek. Błażej zauważył, że była zdenerwowana, zwłaszcza od momentu, gdy spytał ją o pierścień. Rozumiał, że wytrącił ją z danego myślokształtu tym pytaniem i widział, że miała już dosyć, że czuła się zmęczona. Dochodziło wpół do czternastej.

- Pani Polo, na tym dziś poprzestaniemy. Jestem wdzięczny, że zgodziła się pani na tę rozmowę. - powiedział jej na koniec – Czy mogę liczyć, że pozostaniemy w kontakcie telefonicznym? Że zadzwoni pani do mnie, jeśli uzna, że przypomniało jej się coś istotnego?

Pola starała się zatuszować to wrażenie na twarzy, sprawić, by Błażej nie mógł z niej tego odczytać, ale po jego ostatniej wypowiedzi poczuła ukłucie rozczarowania. To prawda, że wywleczenie na wierzch nader fatalnego wspomnienia nie mogło być dla niej przyjemne, ale zawiodła się, że w ogóle nie sprawiło jej ulgi. Bo właśnie uzmysłowiła sobie, że dlatego tutaj przyjechała: chciała wyjałowić sobie myśli i duszę z bólu traumy. Sądziła, że jeżeli tym razem wydobędzie tego kościotrupa z szafy, będzie to po raz kategoryczny i ostatni; że później jej szafa na zawsze pozostanie czysta: posprzątana, wymieciona, bez żadnych zwłok na żadnej z półek. Tymczasem odbyta rozmowa nie tylko nie okazała się wentylem bezpieczeństwa, ale jeszcze pozostawiła jej posmak goryczy. I żaden trup z żadnej szafy nie został wydobyty. „Dlaczego tak niewiele pamiętam?” - wyrzuciła sobie w myślach, ociągając się z wyjściem z policyjnego pokoju, udając, iż klucze od auta zapodziały jej się w torbie. A przecież przez ostatnie lata próbowała zapomnieć.

- Czy z moimi dawnymi przyjaciółmi też będzie pan rozmawiał? - spytała.

Błażej odprowadził ją do drzwi.

- Dawnymi. - powtórzył jak rasowe echo i zaraz dorzucił – Po śmierci Tamary zaniechała pani kontaktów z nimi, prawda?

Nie odpowiedziała.

- Już z nimi rozmawiałem. - dodał – I z Agatą, i z Olafem.

Igła rozczarowania ukłuła Polę po raz drugi. „A więc to tak. - pomyślała – Rozmawiał z nimi, za moimi plecami.”. Poczuła się niczym oszukane dziecko. Wymusiwszy na sobie minę, świadczącą o pewności siebie i uniósłszy trochę podbródek, wyciągnęła do Błażeja rękę.

- Nie sądzę, byśmy jeszcze kiedykolwiek się spotkali. - usiłowała go przekonać i mocno potrząsnęła mu ręką.

„Znów ten hardy ton dziewczynki.” - pomyślał.

- Nigdy nie należy być pewnym takich rzeczy. - powiedział jej, pozwalając na zbyt długie potrząsanie swoją ręką.

- Na pewno nie zadzwonię do pana. - rzekła z dziecinną przekorą.

- Nawet jeśli przypomni sobie coś pani?

- Nie przypomnę. I nie wierzę, żeby udało się panu wydedukować coś ponad to, co zawierają stare akta.

Uśmiechnął się do niej – ni to z sarkazmem, ni z życzliwością. Kiedy dotykała jego ręki, gdy stali w drzwiach, poczuł elektryczny przepływ z jej dłoni do wnętrza swojej. I pomyślał, że ta dziewczyna jest w wielkim błędzie, ponieważ na pewno jeszcze się spotkają. Być może ona faktycznie do niego nie zadzwoni, ale jeszcze się spotkają.

     Kiedy Pola wyszła z komisariatu, zaczął padać solidny deszcz. Nim schroniła się w samochodzie, całe włosy znów miała mokre i poprzylepiane do głowy. Włączyła wycieraczki, zacisnęła ręce na kierownicy i skupiła wzrok na przedniej szybie, usiłując coś przez nią zobaczyć. Nadaremnie; lało coraz bardziej.

     Wypaliła trzy papierosy, nim deszcz ustał na tyle, że mogła wyruszyć w powrotną drogę. W Rawie Mazowieckiej natrafiła na korek, który wlókł się aż do centrum Warszawy. Do domu dotarła na siedemnastą. Była bardzo zmęczona i otumaniona. Wewnętrzny głos rozsądku podpowiadał jej, że powinna coś zjeść, ale czuła się tak rozbita, że tylko otworzyła i zamknęła lodówkę. Weszła do łazienki i nalała pełną wannę gorącej wody. Zadozowała trochę   płynu o zapachu lawendy, pospiesznie zdjęła z siebie rzeczy, rzucając je na podłogę, i zanurzyła się w odprężającej kąpieli, aż po brodę i uszy.

     Zasnęła na chwilę. Przyśniło jej się, że czyjeś ręce zacisnęły jej się na szyi tak, że nie mogła złapać tchu, zaczęła się dusić i przez sen szamotać, wychlapując na podłogę rękoma i nogami wodę. Kiedy się ocknęła z sennego amoku i otworzyła oczy, zobaczyła Igora, który z przerażeniem trzymał ją za ramiona.

- Pola! - wołał do niej – To ja! Pola!

Gdy przestała się rzucać, zorientowała się, że woda w wannie jest zupełnie zimna i z przemarznięcia ogarnął ją mocny dreszcz. Igor wyciągnął ją z wanny i owinął ręcznikiem z grubej froty, który był przygotowany do wyjścia z kąpieli. Posadził ją na zamkniętej desce klozetowej. Pola miała fioletowe usta i patrzyła na Igora nieprzytomnie zdumionym wzrokiem.

- Co ty wyprawiasz? - zapytał.

- Zasnęłam w wannie. - odrzekła. Miękkość ręcznika sprawiała, że odzyskiwała siły. - Nigdy mi się to nie przydarzyło. Chociaż często wchodziłam do wanny bardzo zmęczona.

- Pola, czy ty wiesz, że zostawiłaś otwarte drzwi? - zapytał, pełen niepokoju – Dzwoniłem i dzwoniłem do drzwi, ale ponieważ nie otwierałaś, jakoś odruchowo szarpnąłem za klamkę. W życiu nie wpadłbym na to, że drzwi odskoczą same. Dosłownie każdy mógł sobie wejść, ograbić cię i w ogóle.

Pola szczerze się zdziwiła. Coś takiego jak niezamknięcie drzwi wejściowych również nigdy jej się nie przydarzyło.

- Dlaczego jesteś jeszcze niegotowa? - spytał Igor z wyrzutem – Chyba nie jesteś chora?

Pola znów się zdziwiła. Jednak spojrzała na Igora bardziej świadomie i dopiero wtedy spostrzegła, iż jest ubrany w bardzo elegancki garnitur, niestety cały zachlapany plamami pienistej wody. Musiał zauważyć jej zdziwienie, bo od razu dodał:

- Zapomniałaś, prawda? Zapomniałaś, że mieliśmy iść razem na imprezę w mojej redakcji?

Rzeczywiście, zupełnie wypadło jej to z głowy: uroczyste przyjęcie z okazji  dziesięciolecia gazety, w której pracował Igor, naznaczone na środę 16.października, godzinę dwudziestą, właśnie dzisiaj.

- Która godzina? - zapytała.

- Wpół do ósmej. - odparł – I co mi powiesz?

Było jej głupio, ale dlatego, że sama wyrwała się sobie spod kontroli, a nie dlatego, że sprawiła mu zawód.

- Strasznie cię przepraszam, ale nie zdążę się na czas przyszykować. Naprawdę o tym zapomniałam. - oznajmiła mu po prostu.

- Muszę pojechać do domu i zmienić garnitur. Co się stało, to się nie odstanie. Najważniejsze, że nic ci nie jest. - powiedział, trochę mniej zdenerwowany – Może wrócę po ciebie w ciągu godziny?

Zgodziła się – tyle była mu winna. Wiedziała, że ta impreza była ważna dla Igora, tymczasem przez Polę nie tylko spóźni się na nią, ale i nie zdążyłby zorganizować sobie żadnej innej towarzyszki wieczoru.

     Pola starała się ubrać i umalować najlepiej, jak potrafiła, ale ubrania wyślizgiwały jej się z rąk, a makijaż mazał i kruszył. W końcu udało jej się założyć połyskującą, czarną, prostą suknię do kolan i równo upstrzyc policzki herbacianym różem. Podkreśliła też usta oranżową szminką, co dodało jej buzi i sylwetce ciepła i wytworności, a oczy już zostawiła w spokoju, żeby nie musieć się barować z żadnymi cieniami czy tuszami. Całe przygotowanie sprawiało jej tego wieczora wyjątkową trudność i z każdą kolejną czynnością czuła się coraz mniej sobą, a coraz więcej kimś innym, o kim nie wiedziała zupełnie nic. Stanęła przed wielkim lustrem w przedpokoju i badawczo przyjrzała się ognistowłosej, krótko ostrzyżonej kobietce w wieczorowej sukni i szpilkach z metalowymi noskami. „Jeśli miałabym brać kiedyś ślub, chciałabym mieć na sobie tenisówki. I najlepiej, żeby ślub odbył się w prywatnym sadzie. Byłby tylko ksiądz, ja i mój chłopak, i stare jabłonie i grusze, zwieszające nad nami swoje gałęzie z owocami jak pełne troski ramiona. Jabłonie i grusze – jedyni świadkowie na moim ślubie.” - przypomniała sobie ni stąd, ni zowąd słowa wypowiedziane kiedyś przez Tamarę. Pola patrzyła teraz w lustro, zastanawiając się, gdzie się podziały obie te dziewczynki w tenisówkach. Jedna była – być może – w niebie. Druga miała na nogach dorosłe pantofle na szpilkach z metalowymi noskami. Naraz zadzwonił dzwonek do drzwi i Pola chwyciwszy z komody, stojącej w przedpokoju, grafitowy szal i grafitową,  kopertową, małą torebkę, niewiele już myśląc, wybiegła na korytarz.

     Impreza była elegancka i nadęta. Kiedy na nią dotarli, było już po głównym i oficjalnym toaście. Igor odszukał w tłumie naczelnego, by złożyć mu gratulacje i wręczyć, zapakowaną w złoty papier, wytworną Metaksę. Pola zjadła ze szwedzkiego stołu dwa koreczki z serem pleśniowym, ananasem i oliwką, zamoczyła usta w szampanie i poczuła, że natychmiast chce wracać do domu. Zdało jej się, że znalazła się tutaj przez pomyłkę i zapragnęła porzucić to miejsce najszybciej, jak było to możliwe. Poczekała, aż Igor skończy rozmawiać z naczelnym, a kiedy przywitał się z kolegami z redakcji i podszedł spowrotem do niej, skłamała:

- Źle się czuję. Chyba przeziębiłam się w tej wannie.

Igor przytknął dłoń do jej czoła, żeby sprawdzić, czy nie ma gorączki. Ale Pola uchyliła głowę i odsunęła się o krok w tył. Zobaczyła troskę pomieszaną z poirytowaniem na jego twarzy.

- Nie, Igor. - powiedziała, patrząc mu w oczy, nie wiedząc, dlaczego mówi mu to teraz, w tak nieodpowiednim do tego momencie – Nie dotykaj mnie publicznie, wśród znajomych z pracy.

- O co ci chodzi? - nie zrozumiał.

- Nie chcę, żeby ktoś wziął nas za parę.

- Przecież przyszliśmy razem.

- My tylko śpimy razem. My razem nigdzie nie chodzimy. - wycedziła – Wracam do domu.

I z tymi słowami pozostawiła go na imprezie, która była dla niego ważna. Nie wyjaśniła mu niczego więcej i nie odczekała nawet grzecznościowej godziny, żeby mógł odwieźć ją do domu, albo żeby chociaż mogli się pożegnać jak cywilizowani ludzie. Poczuła się tego dnia obrzydliwie samotna i Igor – nie będąc tego świadomym – wzmógł w niej owo poczucie. Zamawiając sobie taksówkę z telefonu komórkowego, była tak pochłonięta własnym poczuciem pustki i wyobcowania, że nawet nie zauważyła, że Igor za nią wybiegł, że pozostał na chodniku jak   porzucony pies. Nie zdążył podbiec do niej na czas – taksówka, do której wsiadła, właśnie znikła za rogiem. Stał więc przez moment na chodniku i trzymał jej szal, który nieopatrznie pozostawiła na imprezie. Pola nigdy się nie dowiedziała, że wybiegł za nią tamtego wieczora i to wyłącznie dlatego, że chciał zarzucić jej na ramiona szal, żeby nie zmarzła. Nigdy też nie miała się dowiedzieć, jak dalece Igor się przestraszył, odnajdując ją w wannie z fioletowymi z zimna ustami. I że wyciągnął ją na tę imprezę bardziej z obawy o jej zdrowie i samopoczucie, niż dlatego, że impreza była dla niego ważna. Owszem, była – wcześniej: dopóki ważna nie stała się Pola.

     Zerwała z siebie sukienkę, zrzuciła buty i wbiegła pod prysznic. Ślady męczącego, długiego dnia wraz z pomarańczową szminką spłynęły z niej w kilku strugach letniej wody i w paru ruchach gąbką. Wytarła się pospiesznie i na golasa zagrzebała się w pościeli. „Tak strasznie chciałam zapomnieć, a nie mogłam. Teraz tak bardzo chcę wiedzieć, a nic nie pamiętam.” - zdążyła pomyśleć i zasnęła. Obudziła się po ósmej. Dzień był szpetny i zimny, chociaż nie padało. Założyła szlafrok, wypiła kawę, zjadła grzankę z dżemem, zapaliła papierosa i poczuła się zażenowana, jakby ktoś ukradł jej wszystko, co miała: szacunek do siebie i ambicję. Pomyślała, że Błażej powiedział jej prawdę – że zaniechała kontaktów z przyjaciółmi. Dziwne, nie myślała nad tym dotychczas w ten sposób. Po śmierci Tamary były tylko obrazy i kształtowanie samej siebie. Nie było już ludzi wokół, odrębnych istot, z jakimi by obcowała. W okresie studiów parę razy spotkała się z Agatą i z Olafem, a potem była już Warszawa i kilka zwartych telefonów – na urodziny, na święta; to wszystko. Czy to Pola zaniechała telefonów? Chyba tak. Odkąd przeprowadziła się do stolicy, przestała się widywać nawet z ojcem. Dzwoniła do niego dwa razy w roku – na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Posyłała mu przekazem trochę kasy raz na jakiś czas (prawdopodobnie i tak całą przepijał, stary gawędziarz i weekendowy alkoholik). A najpierw był pogrzeb Tamary, na którym jej rodzice podeszli do Poli, przytulili ją i powiedzieli, żeby do nich wpadała czasami. Żadne z nich nie płakało, oboje trzymali fason. Powiedziała, że, oczywiście, będzie – i ani razu nie wpadła. I potem były już tylko obrazy – praca, praca, praca. I Warszawa. Kilka telefonów, nic więcej. Zaniechała kontaktów z przyjaciółmi? Musiała, żeby zapomnieć. Tylko o czym? Nie pamiętała, bo była zajęta. Nie, nie nowymi przyjaciółmi – obrazami. Nie miała czasu na nowe przyjaźnie. Na stare – najwidoczniej także. Aż zabrnęła do tego jesiennego poranka, w którym nic do siebie nie pasowało. I poczuła się źle, jak strzępek samej siebie, wydarty zdecydowanym ruchem z książki, której nie doczytała do końca. Zrozumiała, że nigdzie nie należała: ani do przeszłości, ani do teraźniejszości. A przecież ludzie, w tym i artyści, zdarza się – czasem pragną gdzieś należeć, z kimś się liczyć albo być czyimiś. A Pola była niczyja. Nie należała ani do Zgierza, ani do Warszawy – ani do taty, ani do Igora. Nawet malując, też pozostawała niczyja.

- Śliskam się po płóciennej powierzchni, niczego nie dotykam. - powiedziała na głos i natychmiast poczuła, że była to bolesna prawda.

Pobiegła do łazienki, potem prędziutko się ubrała i w dwie godziny później mijała poszarzałą, przydrożną tablicę z napisem „ZGIERZ”. Tuż za tablicą odbiła w prawo, w leśną, szeroką, piaszczystą drogę; na wschód. Pochyliła się do przodu, uważnie śledząc trasę i nieliczne zabudowania w oddali, gdzie drzewa przestawały być gęste. Coprawda nie jechała tędy nigdy i adres, do którego zmierzała, znała tylko z Bożonarodzeniowej pocztówki, którą dostała na zeszłoroczne święta, a jednak miała przeczucie, że trafi bez problemu.

 Justyna Karolak

Ciąg dalszy nastąpi…

---