Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak – “Dziewczyna z kamieniem” – część 5 

Justyna Karolak – “Dziewczyna z kamieniem” – część 5

 

 

 

 

 

 

 

 


 

  Rozdział V

 

     Agata była wysoką, okrągłą brunetką. Wszystko miała okrągłe: figurę, buzię, oczy i nawet nos – mały, symetryczny, lekko zadarty, z idealnie krągłymi dziurkami. Interesowało ją życie we wszelkiej postaci: hierarchia pszczół, co myśli szkolna pani bibliotekarka o „Ullisesie” Joyc'a, przywiązany do drzewa w lesie pies i staruszka napotkana na skrzyżowaniu, której trzeba by ponieść siatkę z zakupami. Agata nigdy się nie buntowała. Brała świat takim, jakim był – w dawce takiej, jaką serwował jej los, i nigdy nie narzekała. Największym jej marzeniem było zostać lekarzem. Do tego stopnia nie widziała siebie w innej roli, iż dostała się na medycynę za pierwszym podejściem, mimo, że na Akademię Medyczną w Łodzi w 1999 roku – jak głosiły uczelniane sondaże – zdawało siedem osób na jedno miejsce. Agata swoje zawodowe marzenie spełniała prawie przez cztery lata. Uczyła się dniami i nocami i nawet śmierć Tamary nie zdegradowała jej pędu do zdobywania wiedzy. Aż któregoś dnia zakochała się po uszy w absolwencie tej samej uczelni i na czwartym roku porzuciła studia, by – będąc już świeżo upieczoną żoną – urodzić córeczkę. Jej mąż był dobrze sytuowanym chirurgiem-plastykiem i nazywał się Szymon Majszczak. Agata zaraz po ślubie wprowadziła się do niego, do dużego piętrowego kanadyjczyka na wschodnich obrzeżach Zgierza.

- Letnia 23a, Letnia 23a... - powtarzała na głos Pola, szukając wzrokiem kanadyjczyka, którego opis znała tylko z dawnej rozmowy telefonicznej.

     Kiedy na podjeździe zaparkował ognistopomarańczowy Peugeot 306, Agata od razu wiedziała, kto siedzi za kierownicą. Zarzuciła na siebie kardigan i w papuciach wybiegła na ganek. A jednak kiedy z auta wysiadła drobna dziewczyna w dżinsach i niebieskich tenisówkach, z modnie obciętymi włosami w kolorze bliźniaczo podobnym do tego auta, z którego wysiadła, Agata poczuła nutę zwątpienia, czy to na pewno Pola. Cztery lata temu, gdy widziała ją po raz ostatni, miała włosy długie do ramion i w naturalnym kolorze kawy z mlekiem.

- Przepraszam, że zjawiam się bez zapowiedzi. - powiedziała Pola, wchodząc na ganek – Czy możemy  porozmawiać?

Agata wykonała taki ruch, jakby chciała ją objąć, ale ostatecznie cofnęła się lekko i bez słowa, bo tylko gestem ramienia, zaprosiła Polę do środka.

     W kuchni, na rozłożonym na parkiecie kocyku, siedziała ciemnowłosa dziewczynka i bawiła się klockami.

- To jest Jagoda, moja córeczka.

Na dźwięk tych słów dziewczynka uniosła głowę i spojrzała Poli prosto w oczy.

- Dzień dobry. - powiedziała grzecznie.

Pola od razu spostrzegła, że Jagoda ma duże, okrągłe, orzechowe oczy swojej mamy.

- Dzień dobry. - odrzekła Pola, nie poznając wzruszenia w swoim głosie.

Na polecenie mamy Jagoda pozbierała klocki, wzięła kocyk i przeniosła się bawić do dużego pokoju. Agata otworzyła piekarnik i postawiła na dużej drewnianej ławie blachę z parującymi ciastkami. Wskazała Poli jedno z krzeseł, stojących wokół ławy. Dochodziła jedenasta. Pola poprosiła o parzoną kawę.

- Duża ta Jagódka. - powiedziała, siadając na wskazanym miejscu.

- Prędzej ośmieliłabym się stwierdzić, że w piekle spadnie śnieg, niż że mnie odwiedzisz. - odparła Agata, stawiając na ławie dwie kawy, cukierniczkę i śmietankę, i siadając naprzeciwko Poli. - Jagódka ma już cztery lata.

- Cztery lata. - powtórzyła Pola – Kto by pomyślał, jak ten czas zasuwa.

Agata uchyliła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nic nie powiedziała, tylko osłodziła sobie kawę i zamieszała ją, delikatnie stukając łyżeczką o ścianki kubka. Pola zauważyła to niezręczne zawahanie.

- Czemu nie objęłaś mnie na powitanie, tam na ganku? - spytała wprost.

Agata uśmiechnęła się słabym uśmiechem z gatunku tych „urodzinowych”.  Jej miękka, kobieca uroda przez ostatnie lata się zmieniła i nabrała rysu subtelnej tajemniczości, który sprawił, iż Poli wydała się podobną do Mony Lisy.

- Może bałam się, że coś ci pogniotę albo pobrudzę? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, wymownie spoglądając na biały sweter z puszystej wełny, który Pola miała na sobie.

A jednak Pola wiedziała, że Agacie wcale nie chodziło o biel swetra.

- Agata, posłuchaj, ja wiem, że rozmawiał z tobą ten policjant, dlatego...

- Ach, no tak, to przecież dlatego. - Agata przerwała jej i aż uniosła ręce do góry, jakby triumfując nad czymś, co dla Poli było niejasne – Powinnam się domyślić od razu, jak tylko zobaczyłam twój samochód.

- Domyślić? Czego?

- Że po czterech latach, jeśli znienacka do mnie przyjeżdżasz, to może ci chodzić tylko o Tamarę albo o ciebie. - wyjaśniła Agata. Jej głos zabrzmiał smutno i gniewnie – Ale na pewno nie o mnnie.

- Agata, to nie tak.

- A jak? Nie wiesz nawet, ile lat ma moje dziecko. A przecież cztery to dosyć mała liczba. Łatwo policzalna. - Agata mówiła spowrotem swoim ciepłym tonem powściągnięcia – Dlatego nie chciałam cię objąć. - dodała z wrodzoną prostolinijnością.

Pola poczuła, że zupełnie zatraca sens samej siebie. Pod spojrzeniem prawdziwych, orzechowych oczu, choć ubrana w śnieżną biel, poczuła się brudna.

- Może nie tak zaczęłam tę rozmowę. - powiedziała po chwili pustego milczenia – Wiem, że przestrzeń między nami jest gęsta. Ale brakowało mi ciebie.

Agata znów zaczęła mieszać w swoim kubku, chociaż cukier był już znakomicie rozpuszczony.

- To Tamara umarła. - rzekła w końcu – Ale ja żyję.

- I masz dla kogo.

- Teraz mam. - przyznała Agata – Ale na początku studiów wcale tak nie było. Kiedy zaszłam w ciążę i zrozumiałam, że muszę skończyć swoją przygodę z medycyną,  nie było mi łatwo. Wpadłam w depresję. Rósł mi brzuch i byłam nikim.

- Ale masz rodzinę, jesteś mamą. Na pewno było warto.

Agata pokiwała głową z wyrazem politowania. Napiła się łyka kawy.

- Pola, czas nie zasuwa tylko dla ciebie. Jak wpadasz do mnie po czterech latach i widzisz, że jestem szczęśliwa, bo piekę ciasteczka owsiane, to nie wiesz wcale, ile musiałam poświęcić, żeby stworzyć sobie poczucie szczęścia.

- Ale przecież jesteś szczęśliwa? - Pola nie do końca potrafiła pojąć treść tego dialogu.

- Nie wolno ci zadawać mi tak osobistych pytań. - Agata postawiła wyraźny opór.

- Nie wolno? Przecież znamy się od...

- Nie było cię na moim ślubie. - Agata znów jej przerwała – Zapraszałam cię cztery razy.

Pola całkiem zapomniała o tym fakcie. Poczuła żal, rozpierający jej klatkę piersiową, kłujący gdzieś w okolicy mostka.

- A jednak to prawda. - powiedziała Pola, zwieszając głowę, żeby Agata nie widziała łez, które napłynęły jej do oczu. Zmusiła się i połknęła te łzy. Od śmierci Tamary obiecała sobie nigdy nie zapłakać – Od śmierci Tamary oddaliłam się nie tyle od was, co od siebie samej.

Agata niespodziewanie dotknęła jej brody i uniosła jej spowrotem głowę.

- Ja żyję, i ty też. - powiedziała – Zjedz ciastko i powiedz mi, czemu naprawdę przyjechałaś.

Pola ugryzła ciastko.

- Ten policjant, Błażej Konieczny, przepytywał mnie wczoraj. Nie umiem przestać bić się z myślami. Potrzebuję skonfrontować się z czyimś punktem widzenia. A nie mam z czyim. - przyznała się i poczuła wstyd, że tak właśnie myśli.

- Nie masz nikogo, z kim mogłabyś pogadać na ten paskudny temat? - Agata była zdumiona – Mieszkasz w mieście tętniącym światłym życiem, robisz wystawy, piszą o tobie w gazetach, a nie masz z kim pogadać?

Pola tylko skinęła głową. Nie mogła wydobyć z siebie żadnej odpowiedzi na to banalne pytanie.

- Powiem ci, o co pytał mnie ten detektyw. Powiem ci, co myślę na temat śmierci Tamary, teraz, po ośmiu latach. - rzekła Agata po chwili – Jeżeli ty najpierw odpowiesz mi na parę pytań.

Pola przystała na tę propozycję ponownym  skinięciem głowy.

- Ile razy byłaś na grobie Tamary? - spytała Agata.

Cisza. Zero słów. Zero gestu.

- Z kim gramy z Jagodą w wojnę w sobotnie wieczory?

Nadal cisza. Głucha. Jakby powietrze przestało się ruszać.

- Podpowiem ci, że są to dwie osoby, kobieta i mężczyzna.

Pola nie wyrzekła ani słowa. Czuła się zawiedziona i upokorzona.

- Podejrzewam, że nie wiesz także, że Olaf uczy obecnie informatyki w naszym liceum. - Agata dręczyła dalej – Następne pytanie brzmi: jaką ksywę nadali mu jego uczniowie i dlaczego?

Cisza. Wstyd. Hańba. Pola poczuła się zdradzona. Agata wzięła głębszy wdech.

- Udzielę ci odpowiedzi na te pytania, zaczynając od końca. - powiedziała spokojnie, najwyraźniej do czegoś zmierzając – Uczniowie na Olafa wołają Werter. Po stracie Tamary nie związał się z nikim. Nieuleczalny romantyk: pierwsza i ostatnia, tak kiedyś powiedział. W soboty odwiedzam z Jagodą rodziców Tamary. Pijemy herbatę owocową i gramy w wojnę. Rozmawiamy. I jeszcze jedno, to najciekawsze: jestem pewna, że nie potrafisz powiedzieć, ile razy byłaś na grobie Tamary. Ale ja i Olaf wiemy. Zawsze zapalasz jej wielki zielony znicz. Za każdym razem, kiedy nie odpowiadałaś na jakiś nasz telefon, pocztówkę albo list, zawsze jak nie mogłaś do nas przyjechać, bo wystawa, bo coś tam, chodziliśmy z Olafem we dwójkę na grób. I liczyliśmy twoje znicze. Wiemy, że to twoje. Wszystkie są jednakowe, dziwnie baśniowe, jak ten pierwszy, który postawiłaś jej w dniu pogrzebu. Nikt inny takich nie przynosi. Nawet nie wiemy, skąd ty je wytrzaskujesz. Policzyliśmy: jest ich sto osiemnaście.

Pola przełknęła ślinę i spuściła wzrok.

- Nie masz czasu dla mnie, dla Olafa, dla siebie. - dokończyła Agata – Od trzech lat jesteś urządzona w stolicy. Ani razu nie odwiedziłaś jej rodziców. Ale masz czas na przywożenie jej tych cholernych, magicznych zniczy.

- Pojadę już. - Pola odezwała się nagle zdławionym głosem – Popełniłam błąd, że przyjechałam.

- Skoro tak uważasz. - odrzekła Agata płasko, bez emocji, po czym odprowadziła ją do drzwi.

Na werandzie spojrzały sobie w oczy i wtedy Agata niespodziewanie ją objęła i przytuliła. Pola poczuła konwaliowy zapach i miękkość długich włosów, które spłynęły na nią, gdy wyższa grubo o ponad głowę Agata oparła brodę o czubek jej głowy. Uścisk trwał kilka sekund.

- Dlaczego to zrobiłaś? - spytała absolutnie zaskoczona Pola.

- Może, żeby ci pokazać, że nie wszystko toczy się zgodnie ze scenariuszem, który ty piszesz. - odpowiedziała jej uczciwie – Może, żebyś nie traktowała ludzi jak obrazy,eksponaty, lecz jak ludzi?

Pola już nic na to nie odpowiedziała. Wsiadła do samochodu i znikła Agacie z pola widzenia równie raptownie, jak w nim zaistniała. Agata weszła spowrotem do domu. Podała Jagodzie ciastko i usiadła obok niej na dywanie w dużym pokoju. Zbliżała się pora spaceru.

- Skarbie, musimy dzisiaj wyjąć z szafy na górze tę puchową kurteczkę. - powiedziała Jagodzie – Zrobiło się naprawdę zimno.

Dziewczynka skrzywiła się w odpowiedzi.

- Wiem, że jej nie lubisz, ale już czas. Nie chcę, żebyś się przeziębiła. - wyjaśniła – Pójdę po nią, a ty pozbieraj zabawki i włóż buciki.

Jagoda potulnie wykonała polecenie i zaczął się toczyć kolejny zwykły dzień ich zwykłego, łagodnego życia.

     Tymczasem Pola była już na głównej ulicy miasteczka i pruła spowrotem do Warszawy. Pod powiekami wisiały jej łzy, ale nie płakała. Stopniowo zaczynała uspokajać jazdę i w miarę pokonywania trasy jej myśli też nabierały pokory i ładu. Jadąc, zaczęła zdawać sobie sprawę, iż nie zadała Agacie najważniejszych pytań, z którymi do niej przyjechała. Nie miała szansy ich zadać. Nie dowiedziała się niczego z rzeczy kardynalnych, które nie dawały jej spokoju: czy Agata czytała list Piekowskiego i czy   uważała, że Pola mogła Tamarę popchnąć? Zamiast tego dowiedziała się, że była sto osiemnaście razy na jej grobie. Taka ilość odwiedzin w połączeniu z niemożnością zdobycia się na spojrzenie w oczy rodzicom zmarłej, istotnie mogła wskazywać na jedno: potworne wyrzuty sumienia. Wyrzuty, z którymi – niezależnie od chęci budowania swojego życia w sposób autonomiczny i w pełni autorski – wciąż nie mogła się uporać.

     Jadąc spowrotem do domu, próbowała sobie wmówić, że nie ma żadnych wyrzutów. Agata potraktowała ją surowo wyłącznie dlatego, że Poli udało się spełnić swoje marzenie i została malarką, podczas gdy Agata musiała przestawić się z trybu spełniania własnego marzenia o byciu lekarzem na rzecz życia rodzinnego. Oto był jedyny powód: zazdrość o sukces i poczucie swojej wartości.

     Ale Pola wiedziała, że próbuje się okłamać. Wiedziała, że Agata nie zazdrościła jej niczego. Miała jedynie żal, że Pola ją pominęła, że nie wsparła jej w trudnym momencie ciąży, ani też bezpośrednio po wypadku wspólnej przyjaciółki. Wiedziała, że odsunęła się od Agaty, od Olafa i ich wzajemnej płaszczyzny porozumienia. Nawet będąc jeszcze na studiach i mieszkając w Zgierzu, wyizolowała się z miasteczka. Potrafiła spędzać nieludzkie godziny w pracowni, paląc dużo papierosów, wypijając litry kawy i pracując nad jakimś nowym projektem. Odcięła się od nich dwojga – i od siebie samej, która należała do nich w czasie, gdy łączyła ich osoba Tamary. Po wypadku, po tym dramatycznym zbiegu niewytłumaczalnych okoliczności, sprawiła, że każde z nich z osobna musiało uporać się z tragedią. Dziś przekonała się, że Agacie się to udało. Jej natomiast – nie. To była prawda: miała potworne wyrzuty sumienia.

     Reszta dnia rozpierzchła jej się tak, jak czasami rozpierzcha się wspomnienie snu, gdy szybko po obudzeniu człowiek spojrzy w zbyt jasne okno. Następnego dnia już od świtu siedziała w pracowni. Zależało jej na maksymalnym wykorzystaniu dziennego światła, a o tej porze roku było o nie coraz trudniej. Od wczoraj pogoda pogorszyła się zdecydowanie, zwłaszcza z punktu widzenia malarki. Niebo, i tak już szare i zachmurzone, stało się jeszcze bardziej zawiesiste, a wręcz sine. Chociaż okna w pracowni Poli były wielkie i wychodziły na wschód, nawet przy całkowitym zwinięciu rolet, w czasie jesieni wpuszczały tylko poświatę, nie prawdziwe światło. W pewnym sensie ta ponurość w mistyczny sposób przekładała się na obraz Poli i innego dnia może nie irytowałaby jej tak bardzo. Obraz bowiem – kolejny spośród sporych formatów, bo około 180 na 150 cm – przedstawiał postać ludzką na tle okna. Postać nie była szczegółowa, ani realistyczna i nie można było określić, jakiej jest płci, ani tym bardziej – kim jest. Po części abstrakcyjny zarys sylwetki, po części zaś przygnębiona, cienista istota kuliła się w lewym dolnym rogu płótna na tle okna, wypełniającego niemal całkowitą przestrzeń malarskiej płaszczyzny. Okno ukazywało opustoszały pejzaż miejski, i choć  ów pejzaż został ujęty niezwykle umownie, całość sprawiała wrażenie głęboko przemyślanej syntezy. Mimo, iż nad tym obrazem Pola pracowała już od wielu tygodni, ciągle nie mogła się zdobyć na ukończenie go. Tego dnia na przekór sobie i wewnętrznym wyrzutom ściśle związanymi z wczorajszą wyprawą do Zgierza, dosłownie uparła się, że go skończy. Niebo za oknem na obrazie zaczynało nabierać charakteru (chromowo zielone przesmyki nieśmiałego światła przebijały się w jednym fragmencie, by po chwili przegrać z dużymi, smużystymi, konkretnymi, tłustymi plamami chmur burzowych, skonstruowanymi na bazie błękitu cjanowego). Ale tego dnia w Poli wzbierała irytacja, wynikająca z braku soczystego światła. Poczuła się więc słaba, rozbita i pozbawiona władzy nad swoim dziełem. Poprzez ową magiczną korespondencję rzeczywistej pogody z tą wyczuwalną na obrazie, odpowiedzialną za jego nastrój i wrażeniowość, czuła się coraz bardziej zagubiona i nieprawdziwa. Nie dawała jednak za wygraną i z całych sił próbowała zmagać się z malarskim tworzywem. Z każdą porcją farby wyciskanej na paletę i z każdym ruchem pędzla mieszającego dane kolory z tubek zgodnie ze   świadomą wolą, zadawała sobie w myślach pytanie, co robi nie tak. Od momentu, gdy Błażej zadzwonił do niej w ten dzień, gdy nie mogła dać sobie rady z trywialną martwą naturą, narastało w niej poczucie beznadziejności. Teraz, zmusiwszy się do ostrego pieczołowitego malowania, miała coraz wyraźniejsze odczucie, że dotarła do ściany. Dawny dekadencki klimat, w którym tak dobrze sprawdzała się na swoich obrazach, wymykał jej się z rąk, stając płytkim i niekonsekwentnym. Na aktualnym obrazie stopniowo przybierał on formę nieuzasadnionego smutku. Relacja skulonej, matowej postaci z widokiem miasta za oknem straciła na znaczeniu, rozmywszy się gdzieś pomiędzy następnymi machnięciami pędzla i niebo wyniosło się ze swym charakterem ponad pierwotny sens obrazu, na plan pierwszy, absolutny i najważniejszy. Było to znakomicie namalowane niebo, statyczne i niepokorne zarazem, jak w epoce angielskich romantyków. Ale Pola wiedziała, że ta epoka przeminęła, i nie planowała powrotu do niej. Nigdy też nie uważała się za romantyczkę. I nigdy nie zamierzała z bezimiennego nieba czynić głównego bohatera swojej sztuki. Zbita z tropu, przed wieczorem odłożyła pędzle, zawiedziona, że oto chybiła, nie znalazłszy odpowiedzi na pytanie, co uczyniła nie tak, i co powinna uczynić, by namalować prawdziwie dobry obraz. Bardzo dokładnie posprzątała w pracowni, jak gdyby chciała zatuszować ślady podjętego malowania. Biorąc szybką kąpiel, próbowała pogodzić się z bezlitosnym faktem, że nie dokończy tego obrazu – dziś. „Może dołączę go właśnie takiego do najnowszej wystawy? - zastanowiła się pobieżnie, spłukując z ciała ostatnie strugi mydła - A może zapomnę o nim i pójdę w całkiem innym kierunku?”.

     Leżąc w łóżku i zapadając w sen, usłyszała jakiś wewnętrzny głos, który nieoczekiwanie powiedział jej: „Nie wiesz, głupia, że nie można pójść spokojnie żadną z nowych dróg, póki nie przyswoi się znaczenia tej, po jakiej stąpa się w danym momencie życia?”. Być może był to jej własny głos, który od ośmiu lat z premedytacją ignorowała?

     Nim na dobre zasnęła, przez umysł przemknęła jej jeszcze liczba 118 i głos Agaty: „Wszystkie są jednakowe, dziwnie baśniowe. Nawet nie wiemy, skąd ty je wytrzaskujesz.”.

-          Nie wytrzaskuję, tylko kupuję. - powiedziała na głos do ciemnego pokoju, zatapiając się w półśnie.

 

     Kiedy następnego dnia rano obudziła się bardzo zmęczona, uświadomiła sobie na dobre, że powstały niedawno kac moralny ewidentnie trwa...

Justyna Karolak 

Ciąg dalszy nastąpi...

 


 

---