Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak – “Dziewczyna z kamieniem” – część 6 

Justyna Karolak – “Dziewczyna z kamieniem” – część 6

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Rozdział VI.

 

     Kiedy następnego dnia rano obudziła się bardzo zmęczona, uświadomiła sobie na dobre, że powstały niedawno kac moralny ewidentnie trwa. Po śniadaniu i porannej kawie poszła do kiosku po gazetę, a kiedy na pierwszej stronie przeczytała informację sympatycznie zapowiadającą jej najnowszą wystawę, w głowie znów zadudniły jej słowa Agaty: „Robisz wystawy, piszą o tobie w gazetach, a nie masz z kim pogadać?”.

- A właśnie, że mam! - wrzasnęła, rzucając gazetą przez cały pokój – I będę mieć.

Wychodząc z domu, na progu zatrzymała się na ułamek chwili i z nagłą bezsilnością zerknęła przez ramię na puste duże mieszkanie.

- Muszę mieć z kim pogadać. - powiedziała swojemu mieszkaniu.

Ii przekręciła klucz w zamku.

     Koła Peugeot'a buksowały na mokrej jezdni, a wycieraczki z trudem przesuwały po szybie ciężkie falujące strumienie wody. „Jeśli Bóg tak płacze nad moją głupotą, wkrótce cały kraj pochłonie kipiel.” - pomyślała, z wysiłkiem wlepiając wzrok w przednią szybę. Widoczność była totalnie do kitu, a samochodów na trasie Warszawa – Łódź jak na złość jechało tyle, jak gdyby namnożyły się na deszczu niczym grzyby. Leśna droga, prowadząca do domu Majszczaków, tonęła w błocie. Pola ugrzęzła i musiała porzucić wóz w szczerym lesie. Chociaż miała na sobie przeciwdeszczową kurtkę ze zasznurowanym kapturem, nim przebiegła dzikim truchtem jakieś 150 metrów, bo tyle dzieliło ją od znajomego już kanadyjczyka, była mokra i brudna jak po kąpieli błotnej w wątpliwej jakości sanatorium. Kiedy Agata otworzyła drzwi, tak przeraziła się jej wyglądem, że nawet nie zdążyła się zdziwić. Matczyna tkliwość wzięła w Agacie górę nad ciekawością i dawną pretensją, więc długo o nic nie pytała, tylko ulokowała Polę na miękkiej kwiecistej sofie w pokoju gościnnym, blisko małego elektrycznego piecyka zwanego popularnie „słoneczkiem”. Była tak zatroskana, iż nawet nie zapytała, czego Pola się napije, tylko odruchowo przygotowała jej olbrzymi kubek gorącej czekolady z imbirem i cynamonem, jaki zwykła podawać swojej córce w tego typu sytuacjach.

- Przepraszam, że znowu bez uprzedzenia zakłócam ci spokój, ale tym razem mam uczciwy, dobry powód. - powiedziała Pola, gdy odrobinę przeschła i mogła już mówić.

- Ja myślę, że musisz mieć kapitalny powód, żeby latać po lesie w oberwanie chmury. - tymi słowy Agata wyraziła swoją dezaprobatę dla takiego zachowania, jakby Pola naprawdę była jej dzieckiem, a nie rówieśniczką.

- Przyjechałam, żeby zaprosić cię na mój wernisaż. Drugiego listopada w Bibliotece Publicznej na Pradze, o dziewiętnastej. Przywiozłam ci zaproszenie, ale rozpuściło mi się na tej ulewie. Zapiszę ci adres i wszystkie szczegóły.

Agata milczała. Jej zwykle okrągłe duże oczy były teraz jeszcze większe i nieruchome.

- Mogę przyjechać po ciebie, jeśli nie znasz za dobrze Warszawy i czułabyś się niepewnie, mając jechać tam sama.

Cisza jak makiem zasiał.

- Zapraszam też oczywiście twojego męża. Powinnam może wspomnieć o tym od razu, byłoby to znacznie bardziej taktowne. Ale najszczerzej zapraszam was oboje.

Słychać było tylko bezlitosny chlupot wody za oknem, jakby ktoś polewał świat z góry z kosmicznie gigantycznego, niewidzialnego wiadra.

- Ogromnie zależy mi na twojej obecności, dlatego z całego serca cię zapraszam. - rzekła Pola – Cztery razy. Zaprosiłam cię cztery razy. Więcej nie mogę. Musimy być kwita.

Agata zrozumiała aluzję do własnego zaproszenia Poli na ślub, które ta zbagatelizowała czterokrotnie. I zrozumiawszy, uśmiechnęła się lekko.

- Nigdy nie zaprosiłaś mnie na żadną swoją wystawę. Dlaczego teraz? Czemu to zrobiłaś? - spytała.

Jej głos brzmiał inaczej niż poprzednio. Nie było w nim żalu, tylko szczera chęć nadania sprawom takich nazw, jakie powinny nosić.

- Dlatego, że naprawdę mi ciebie brakowało. Dopóki nie pojawił się ten Konieczny, nie miałam o tym pojęcia. A kiedy dzisiaj w porannej prasie przeczytałam notę o swojej wystawie, uświadomiłam sobie, że nie będzie na niej nikogo bliskiego. - wyznała Pola i natychmiast poczuła się jak cyrkowy klaun, który potknąwszy się o własne buty, wylądował twarzą w piasku.

- Chcesz, żebym stanęła po twojej stronie? - spytała Agata – Na tym wernisażu, jako ktoś bliski?

Pola potaknęła nieśmiałym ruchem głowy.

- Nie czeka na ciebie tam, na stołecznym lądzie nikt, kto wspierałby cię w takich sytuacjach? - zapytała jeszcze Agata i szybko, z zaczepnym miłym uśmiechem, dodała – Taka fajna, atrakcyjna, wyzwolona dziewczyna, i nie ma nikogo? Nie wierzę.

Pola poczuła, że pękła jakaś nieokreślona lodowa kra. Najpewniej była to kra w jej własnej duszy. Przez umysł przefrunęło jej imię „Igor”, ale nie ośmieliła się go wypowiedzieć.

- Zaczekaj minutę. - powiedziała Agata, po czym zniknęła na drewnianych, grubych schodach prowadzących na piętro.

Po chwili wróciła i wręczyła Poli szary brulion formatu A4.

- Otwórz. - rzekła, widząc jej pytający wzrok.

W środku znajdowały się, wklejone z chronologiczną skrupulatnością, wycinki prasowe z wszystkich dotychczasowych poczynań plastycznych Poli. Gdy przyjrzała się brulionowi dokładniej, spostrzegła, że oprócz fragmentów gazet zawierał też zdjęcia na standardowym papierze fotograficznym. Musiały być wykonane prywatnie, przez kogoś, kto osobiście przychodził oglądać jej wystawy. Nie było na nich wszystkich obrazów Poli, ale niektóre – widocznie uznane przez autora zdjęć za najciekawsze – zostały sfotografowane parokrotnie: niuansowe różnice poszczególnych odbitek zawierały się w ustawieniach parametrów ekspozycji i mogły być wychwycone tylko przez wyjątkowo wrażliwe oko. Wszystkie odbitki były matowe, co przydało Poli nadprogramowej dawki poruszenia, ponieważ nienawidziła reprodukcji obrazów wywołanych na błyszczącym papierze, który przy oglądaniu fatalnie i niepotrzebnie odbijał światło – blikował. Otępiała z zachwytu, kartkowała zeszyt kilka razy, aż w nagłym olśnieniu wypowiedziała słowo, które wyjaśniło obecność świetnych zdjęć:

- Olaf.

- Olaf. - powtórzyła krótko Agata; szerszy komentarz był zbędny.

Pola do tej pory sądziła, że Olaf włóczył się z nimi wszędzie wyłącznie z powodu Tamary. Wydawało jej się, że żaden chłopak bez logicznej przyczyny nie zadawałby się z własnej nieprzymuszonej woli z samymi dziewuchami. Tego dnia, ujrzawszy kronikę na swój temat, stworzoną najprawdopodobniej wspólnym wysiłkiem Agaty i Olafa, pojęła, że Tamara nie była centralnym ogniwem, spajającym trzy pozostałe. Była po prostu tym ogniwem, którego zbyt szybko zabrakło; to wszystko.

- Czy gdyby żaden wypadek nigdy się nie zdarzył, powstanie takiej kroniki w ogóle miałoby miejsce?

- Nie wolno gdybać. - odpowiedziała Agata – Pomyśl o tym raczej tak: pamięć to zacna rzecz. Od tego właśnie są bliscy, żeby o tobie pamiętać.

I wskazała ruchem głowy brulion, leżący na kolanach Poli.

- Zawsze myślałam, że bliscy są po to, żeby być.

- Ale czy bycie przy kimś, trwanie gdzieś, byłoby możliwe bez dna w postaci pamięci? - spytała Agata – A jeśli nawet byłoby możliwe, to czy miałoby sens? Jaki sens może mieć bycie pozbawione fundamentów z pamięci?

Jakkolwiek Pola odpowiedziałaby na to pytanie, sama przed sobą naraziłaby się na śmieszność. Nie odpowiedziała więc nic. Szczególnie, że obie wiedziały, że właśnie pamięć była tym motorem, który napędzał Polę przez ostatnie dni.

- W dzień pogrzebu, przed bramą cmentarza zobaczyłam młodego człowieka, który miał stoisko ze zniczami. Podeszłam do niego jak przyciągnięta magnesem, bo wydały mi się unikalne. I rzeczywiście były: idealnie gładkie, cienkie, świeżo zielone ścianki w kształcie nie dokończonej kuli o ściętym, płaskim spodzie, po podpaleniu knota świeciły żywym, niepospolitym blaskiem. Wyglądały lekko jak bańki mydlane, a były bardzo stabilne i długo się wypalały. Sprzedawca, jak okazało się w krótkiej rozmowie, był absolwentem wydziału form przemysłowych na tej samej ASP, na którą właśnie zdałam. Baśniowy efekt zniczy, jak to określiłaś, uzyskał poprzez autorskie, specjalne spreparowanie szkła. Momentalnie urzeczona, kupiłam jeden i po ceremonii pogrzebu postawiłam na grobie. Od tego chłopaka wzięłam numer telefonu i dzwoniłam do niego zawsze, ilekroć wpadła mi w ręce jakaś gotówka. Ale w najbardziej brawurowych kalkulacjach nie obliczyłabym, że tego zakupu dokonałam w sumie sto osiemnaście razy. - wyznała Pola cichym, szeleszczącym głosem, w ten właśnie sposób odniósłszy się do retorycznego pytania Agaty na temat pamięci.

I powiedziawszy to, poczuła się, jakby oto powróciła do domu z bardzo odległej podróży. I zdało jej się, że Agata odniosła podobne wrażenie. Ten drobny, choć jakże ryzykowny, skok w przeszłość okazał się milowym krokiem – dla teraźniejszości.

- Ten policjant pytał mnie...

- Nie. - przerwała Pola – Tym razem nie przyjechałam pytać cię o to. Wcale już nie chcę tego wiedzieć.

- Nie zawsze jest najważniejsze to, czego ty chcesz. - przypomniała jej Agata – Tym razem ja chcę, żebyś wiedziała.

Pola potulnie przestawiła się na odbiór.

- Ten policjant pytał mnie o różne rzeczy, o które nikt nie pytał mnie nigdy przedtem, kiedy toczyło się śledztwo. Pytał, czy miałaś powikłania po złamaniu obojczyka. Kto przyjechał po ciebie do szpitala. I jak odnosili się do ciebie rodzice Tamary bezpośrednio po wypadku. Czy tęskniłam za tobą, kiedy wyjechałaś do Warszawy. I jak spędzaliśmy czas z Tamarą. Czy jadaliśmy razem, czy dużo rozmawialiśmy, czy bardziej żartowaliśmy. Pytał, jacy byliśmy w okresie liceum, jaki był Olaf. I jak wspominam was dwie: ciebie i Tamarę. - powiedziała Agata jednym tchem, a następnie dodała spokojnie – Odpowiedzi na wszystkie te pytania są w tobie. Ja odpowiedziałam na nie zdawkowo. I powiedziałam mu, że nie wierzę w ani jedno słowo Piekowskiego. List nie wywarł na mnie żadnego wrażenia. Nie wierzę, że mogłabyś wepchnąć Tamarę pod jego wóz. Nie znam powodów, dla których miałabyś to zrobić. Według mnie, to idiotyczne.

Poli zrobiło się miło, że istniał ktoś, kto wierzył w jej uczciwość. Ale pomimo, że bieżący dzień niejako zrodził w niej ulgę, nie mogła wyzbyć się podskórnego przeświadczenia, iż 14.września 1999 roku wydarzyło się jednak coś, co skutecznie zepchnęła w podświadomość. I że właśnie owo coś wywołało w niej poczucie winy i sprawiło, że kupiła Tamarze sto osiemnaście zniczy, nawet nie wiedząc, że kupiła ich aż tyle. I mimo rodzącego ulgę porozumienia, które udało jej się tego dnia zawiązać z Agatą przy pomocy zupełnie nowej nitki, sama wątpiła w swoją uczciwość. I naszła ją dziwna ochota, żeby pomówić z tym detektywem, który po ośmiu latach – nie wiedzieć czemu i wbrew zdaniu innych – poruszył dawne rozstrojone struny, usiłując wygrać na nich sensownie współbrzmiące akordy. Tylko, że nie miał wszystkich nut. Nie mógł mieć, ponieważ to Pola miała całą tę muzykę – w sobie, w środku, niedostępną dla niczyich uszu. Prawdę mówiąc, niedostępną również dla swoich własnych, bo chociaż otworzyła się już na dźwięki przeszłości, były to nadal tylko pojedyncze dźwięki.

     Popołudnie spłynęło im równie dynamicznie, co szalone strugi deszczu po okiennych szybach. Rozmawiały wystarczająco szczerze, by nie czuć się w swoim towarzystwie niezręcznie, ale ich dialog przypominał nowy rodzaj kodu, który pozwalał manewrować słowem w sposób  powierzchniowy, ciągle nie dając się złamać i przebić do głębiej położonych warstw pamięci. Z tego, co zrozumiała Pola, Agata utrzymywała z Olafem stały kontakt, co było dla Poli zaskakującym stanem rzeczy. Jeśli już miała rozpatrywać osobę Olafa w korelacji z którąś z nich (z wyłączeniem Tamary, która była mu najbliższą z oczywistych względów), była pewna, iż sama miała z nim lepszą nić porozumienia. Nigdy by nie podejrzewała, że te wzajemne relacje ulegną tak diametralnym przemianom w przyszłości. I przez myśl przemknęło jej pytanie, na ile tymi przemianami – wliczając w nie śmierć Tamary – steruje przypadek, na ile zaś przeznaczenie; szeroko rozumiana forma wyższej świadomości? Pytanie pozostało jednak bez odpowiedzi, ustępując miejsca myśli orzekającej,  w jakiej Pola – po raz wtóry w ostatnim czasie – uzmysłowiła sobie, jak dalece odizolowała się od własnych korzeni i związanych z nimi ludzi, i jednocześnie jak bardzo ci ludzie zbliżyli się do siebie przez ten czas, w którym ona właśnie z nich rezygnowała.

- Z kim innym Olaf mógłby równie dowoli i bezkarnie wspominać Tamarę? Z kim innym, jak nie ze mną, miałby równie otwarcie dzielić wspomnienia marzeń, które tworzył kiedyś z Tamarą? - pytania Agaty zabrzmiały bardziej jak oznajmienie czegoś oczywistego, niż jak pytania – Jagoda woła na niego „wujek”.

Dopiero teraz Pola przypomniała sobie, że przecież Agata ma córeczkę. Przez swój wewnętrzny mętlik dopiero teraz, po paru godzinach zorientowała się, że Jagody między nimi nie było.

- Ach... - w odpowiedzi Agata żachnęła się lekko – Szymon zabrał ją na weekend do znajomych ze studiów, którzy mieszkają we Wrocławiu.

     Padać skończyło przed dziewiętnastą i Pola była gotowa, żeby wracać do domu.

- Jest sobotni wieczór i nie chcę krzyżować ci planów. - powiedziała – Na pewno idziesz grać w karty z Witenkami.

Agata uśmiechnęła się. W tym uśmiechu zawierało się filuterne pytanie: „A co? Masz ochotę się przyłączyć?”, ale nie wypowiedziała go na głos, bo jako z natury spokojna i łagodna dobrze wiedziała, że co za dużo, to niezdrowo. Zresztą Pola wcale nie po to przyjechała do niej w środku ulewy, ryzykując swoją dumę, by spontanicznie decydować się na kolejne odwiedziny. Poza tym – Agata nie wybierała się do nich w tę sobotę. I prawdę mówiąc, nie miała żadnych planów weekendowych.

- Jest już praktycznie ciemno. Nocuj u mnie. - zaproponowała – Rano poprosimy kogoś o pomoc i wyholujemy ci auto z tego bagna. Może do jutra błoto trochę wyschnie i będzie nam łatwiej?

Pola była rada z tego zaproszenia. I że Agata wykazała się ujmującą zwykłością zdrowego rozsądku, którego Poli brakowało zawsze, a w ostatnich dniach – szczególnie. Agata poszukała dla Poli możliwie najmniejszej spośród swoich pidżam, chociaż niewiele to dało i Pola i tak musiała potrójnie podwinąć rękawy i nogawki. Dała też Poli wielki puchaty ręcznik w różowe hipopotamki (zwykle używany przez Jagodę tego wieczoru miał ukoić nerwy Poli i sprawić, by nie czuła się jak w hotelu). A na kolację podała makaron razowy w kształcie kokardek z pomidorowo-chrzanowym sosem i świeżą bazylią oraz po filiżance białej herbaty i po kawałku cytrynowego placka piaskowego z sokiem pomarańczowym na deser. Pola poczuła się całkowicie udobruchana tym jedzeniem, zatęskniwszy przez chwilę za domowymi posiłkami, przyjaciółmi i rodziną – czyli tym wszystkim, co zwykle wypełnia ludziom życie poza pracą zawodową. Ona nie znała takiego wypełnienia, więc poczuła, zwarty jak pojedyncza błyskawica w letnią burzę, żal nad sobą. Było to zupełnie nowe dla niej doznanie: litowanie się nad sobą. Może z tego powodu nie zgodziła się spać w pokoju gościnnym na górze i uparła się, by pozostać na tej sofie w kwiaty (rozbielony ugier złoty, udekorowany w obłe, równo rozsiane, makowe płatki) w dużym pokoju na parterze.

- Tu mi dobrze, naprawdę. - zapewniła, zawijając się w kokon z wierzchniego fioletowego koca, który pachniał świeżymi konwaliami, jak włosy Agaty – Nie chcę sprawiać większego kłopotu ponad ten, który już sprawiłam. Dziękuję ci.

- To nic. To tylko wąska kanapa, czekolada z ziołami, żebyś nie miała jutro kataru, i kilka niezobowiązujących zdań.

- To coś więcej. Zwłaszcza tych kilka zdań, które...

- Czy mam zostawić ci na noc zapaloną lampkę? - przerwała jej Agata, ruchem głowy wskazując pomarańczową lampkę nocną z ceramiczną kulistą podstawą, stojącą na małym okrągłym białym stoliku obok schodów.

- Prawdziwa mama z ciebie. - rzekła Pola ze słabym, zmęczonym uśmiechem – Nie trzeba. - dodała.

Zaraz potem usłyszała skrzypnięcie kroków na schodach i zatopiła się w spokojnym, pozbawionym myśli i emocji, śnie.

 

     W ten niedzielny poranek Błażej od świtu siedział w salonie. Na ławie miał rozłożony stos kartek z maszynopisem i jakimiś odręcznymi notatkami, a także rysował coś i bazgrał zapamiętale, zupełnie głuchy na dźwięki osiedla za oknem, jak gdyby zastygł w czasie, utkwiwszy w niewidzialnej kapsule prywatnych myśli. Do teraźniejszości przywrócił go dopiero aromat kawy ekspresowej. I kiedy uniósł głowę znad ławy i zobaczył kobietę w żółtym szlafroku, stawiającą przed nim duży kubek kawy, przypomniał sobie, jak się nazywa oraz gdzie się znajduje.

- Chciałam podać ci śniadanie do łóżka, ale kiedy się obudziłam, zorientowałam się, że od dawna nie ma cię w łóżku. - rzekła pani w żółtym szlafroku.

W jej głosie nie było wyrzutu, tylko lekki pogłos samotności. Błażej spojrzawszy na nią, zamrugał parę razy, jakby przytomniał po długim głębokim śnie.

- Dziękuję ci, Kasiu. - powiedział do żony i zanurzył usta w kawie.

- Od dawna tak siedzisz i dłubiesz? - zapytała – Przyznaj się.

- Nie mogę spać od czwartej. - przyznał – Siedzę więc nad tą kartoteką i próbuję klecić w głowie jej fragmenty. Te, które na dzień dzisiejszy nie pasują do siebie.

- Błażej. - rzekła łagodnie – Jest niedziela, a nie ma jeszcze ósmej. Chodź ze mną do kuchni. Chodź, Błażej. Zrobimy tosty i jajecznicę.

Lekko podciągnął za długi rękaw grubego szlafroka i pocałował wnętrze kobiecej dłoni.

- Chyba nie jestem głodny. – powiedział bez przekonania.

- To nie jedz. - odparła – Ale zostaw papiery i chodź ze mną do kuchni. Potrzebuję tego jednego dnia w tygodniu tylko dla nas.

- Niedługo będę emerytem. - odrzekł Błażej, czując, że słowo „emeryt” brzmi sztucznie w jego ustach – Będziesz mnie miała tylko dla siebie przez siedem dni w tygodniu.

Katarzyna nic na to nie odpowiedziała. Odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i bezdźwięcznie wyszła z pokoju. Błażej okleił wzrokiem jej szczupłą sylwetkę i popielate blond włosy   potargane rankiem, znikające w drzwiach. Potem zerknął spowrotem na swoje notatki, ale już nie mógł w nich zatonąć. „Niech to szlag. - zabluźnił w myślach – Ona ma gdzieś to wszystko. Ona chce tylko ten jeden dzień. Właśnie dziś. By to szlag.”. Wstał i poszedł za nią do kuchni, zabierając ze sobą tylko kubek z kawą.

     Nie był głodny, a jednak schrupał jednego tosta z odrobiną jajecznicy. Oboje jedli w milczeniu, ponieważ ich wzajemna obecność, chociaż w całości oparta na prozaiczności tego niedzielnego poranka, zdawała się być jednocześnie cudownie wolna od frywolności słów.

- Myślisz, że kiedyś będziesz emerytem? - ni stąd, ni zowąd zapytała żona.

Błażej nie zrozumiał, co miała na myśli. Spojrzał na nią totalnie zdziwiony; przecież do emerytury pozostały mu niecałe trzy miesiące. 45.letnia Katarzyna popatrzyła na niego spod rzęs i wydało mu się, że żona ma nie więcej niż 18 lat. Zastanowił się, co zmieniło się w nich i między nimi od momentu, gdy zakochał się w niej, w rok przed jej maturą. Teraz pomyślał, że mieli już dorosłą córkę, i że Kasi przybyło kilka zmarszczek - „śmieszek” wokół oczu, ale poza tą delikatną optyczną zmianą (czas wykreśla swoje wzory na twarzach i ciałach jak dziecko zaznacza swą obecność na plaży, ryjąc patykiem w  piasku), wyglądała wciąż jak osiemnastolatka. Bo wciąż zaskakiwała go w dziewczęco spontaniczny  sposób.

- Wyszłam za detektywa. Wiem, że będziesz nim zawsze. Żaden kwitek odcięty od nowego rodzaju świadczenia, nie zmieni tego. - wyjaśniła, zatrzepotała rzęsami, na których nie było niczego więcej poza niefizycznymi śladami snu, i pociągnęła łyk zielonej herbaty.

Uśmiechnął się do niej znad okruchów tosta. „Odcinek z ostatniej emerytury.” - pomyślał trochę absurdalnie.

- Chyba nie do końca masz rację. - odrzekł po chwili – Może już zawsze tak będzie?

- To znaczy jak? - teraz to ona nie zrozumiała.

- Ty: w szlafroku, z nagimi rzęsami. I zero pośpiechu, przymusu, żadnej konieczności. - wytłumaczył.

Roześmiała się delikatnie.

- Byłeś, jesteś i będziesz detektywem. - powtórzyła mu po prostu – Oprócz stricte zawodowej presji, pozostaje jeszcze wewnętrzna presja-konieczność. W twoim przypadku jest to konieczność działania.

- Nie, Kasia. - Błażej poczuł nagłą konsternację – Niebawem kończę z tą sprawą. Z żadną sprawą właściwie. Nie wiem nawet, jak nazwać to, w czym brodzę od paru tygodni... - urwał na moment, po czym dokończył – W każdym razie nie będzie już niczego więcej, żadnej nowej sprawy. Powoli z tym kończę. I będę emerytem.

- Nie. - znów delikatnie się roześmiała – Znajdziesz sobie coś do analizowania, badania i rozkładania na czynniki pierwsze.

- Nie wiem wcale, jak będzie.

- A ja wiem. - uparła się – I powiem ci: przestań brodzić i idź zagłębić się w tę historię. Idź, odkryj, dlaczego ta dziewczyna zginęła.

Znów się zdumiał.

- Już nie chcesz ode mnie tej niedzieli? - zapytał.

- Już nie. - odpowiedziała – Chciałam tylko sprawdzić, czy wyrzekłbyś się dla mnie swojej pracy, nim praca wyrzekłaby się ciebie, oddając cię życiu domowemu z etykietą „emeryt”.

- Po co chciałaś to wiedzieć?

- Żebym mogła być o ciebie spokojna, gdy zostawisz poza sobą komisariat.

- I jesteś? - teraz to Błażej usiłował ją sprawdzić.

- Tak, jestem pewna: wyszłam za prawdziwego detektywa.

W odpowiedzi pocałował ją w czoło. Wstał, poszedł do przedpokoju, założył typowo juś jesienną  puchową kurtkę, i wyszedł.

     Idąc pomiędzy blokami, a potem krótką szeroką uliczką obok cmentarza, rozmyślał nad tym, co jest w życiu najważniejsze. Od zawsze praca, „wewnętrzna konieczność działania” jak powiedziała Kasia, była dla Błażeja priorytetem. Jednak tego ranka zrozumiał, czy raczej przypomniał sobie, że ta wartość nabierała znaczenia i siły dopiero w obliczu słowa „rodzina”. Mówiąc ściślej – wobec słowa „żona”. Idąc do centrum miasta, Błażej pojął to bardzo wyraźnie: dlaczego zdecydował się brodzić w historii, w której być może nie było niczego do odkrycia. Nie dlatego, że bezgranicznie polegał na swym policyjnym instynkcie, który dawał mu coś do zrozumienia. Prawdę mówiąc – już nie polegał na swoim instynkcie, tak jak niegdyś polegali na nim wszyscy w komisariacie. Brodził w tej historii dlatego, że wierzyła w niego żona. W momencie, kiedy wszyscy wokół zawiedli, bo przestali ufać w jego onginą niezawodność, a i on sam czuł się rozdarty pomiędzy swą dotychczasową zawodową świetnością a inercją emerytury – żona nadal w niego wierzyła. Właśnie ona, kiedy już sam zaczynał w siebie wątpić, powiedziała: „Przestań brodzić i idź zagłębić się w tę historię. Wyszłam za prawdziwego detektywa.”. Ona jedna ciągle w niego wierzyła. „Po tylu latach dla niej jestem wciąż tym samym człowiekiem.” - pomyślał poruszony, dotarłszy do Starego Rynku. „Dobrze więc, spróbujmy się nieco zagłębić w ten mikry zlepek półprzezroczystych cieni.” - pomyślał i postawił kołnierz kurtki. Choć od wczoraj znacznie się rozchmurzyło, oto zaczynało mżyć. Stanął po środku placu, zmarszczył brwi i rozejrzał się wokół. Wiedział, że brakowało mu najistotniejszego spoiwa do sklejenia z sobą różnych cząstek jednej historii sprzed ośmiu lat: prawdy obiektywnej. Ale na tę chwilę mógł przynajmniej zmusić swój umysł do bardziej precyzyjnego zastanowienia nad różnymi  cząstkami. Musiał się zmobilizować, jeżeli był wdzięczny żonie za to, co mu powiedziała. A żeby tego dokonać, musiał wrócić wyobraźnią do początku dramatu z 14.września 1999 roku. „Żeby zagłębić się w cokolwiek, żeby nie taplać się w przybrzeżnym mule, konieczne jest zasymilowanie genezy. - upomniał się w myślach – A jeśli nie wiesz, gdzie jest drugie dno, musi ci wystarczyć wyłącznie geneza tych wydarzeń, o których na pewno wiesz, że zaistniały.”. Spojrzał w lewo na budynek Urzędu Miasta. Numer 5. Starego Rynku znajdował się vis à vis urzędu. Przeszedł więc lekko na ukos placyk, minął Starówkę i zatrzymał się przed odnowioną bramą jednej z paru starych kamienic w stylu secesyjnym, okalających tę integralną część miasta. Uniósł głowę i sprawdził żołtą tabliczkę, wiszącą nad prawym łukiem bramy. Rzeczywiście, widniała na niej cyfra „5”. Zatem Błażej stawił się w tę niedzielę w punkcie zero obumarłej, cienistej historii. To właśnie tutaj, pod numerem piątym Starego Rynku, czworo młodych ludzi urządziło sobie niewinną, szampańską ucztę, od jakiej wszystko się zaczęło. Wszystko? Tak: całe osiem lat   pogoni za indywidualnymi marzeniami, ale już tylko trojga ludzików, już bez tego czwartego. Z ostatnich relacji Olafa, Agaty, a na końcu tej najtrudniejszej – Poli, dla Błażeja jednoznacznie wynikało, że były z nich dobre dzieciaki. Nie palili, nie pili, nie wagarowali, nie wypuszczali się późnymi godzinami w miasto, ani nie włóczyli po nim w niestosownym towarzystwie; takim, co to w czasach licealnych ociera się o siebie jak dzikie koty i tylko obmyśla, co i gdzie, ale z kim – to już nieważne. Oni tacy nie byli: mieli porządne, duże marzenia i chcieli coś osiągnąć. Tym bardziej więc było straszliwym to, co ich spotkało. To zaczęło się w mieszkaniu Agaty, pod numerem piątym Placu Stary Rynek. Dobrze więc: siedzieli sobie we czworo, słuchali muzyki, pili białe musujące winko i oglądali fotografie, które cyknął Olaf. Po latach z tej trójki, która się ostała, tylko Olaf zapamiętał, jakiej muzyki wtedy słuchali. Powiedział Błażejowi, że to była Björk, debiutancka płyta, ulubiona wokalistka Tamary. Tamara mawiała, że  Björk ma w gardle nieludzkie struny, że dźwięki, które z siebie wydobywa, brzmią nie jak śpiew, lecz jak czarodziejski instrument. Instrument, który przeraża i otumania, lecz jednocześnie wsysa się w duszę, dając niejasne poczucie ciepła. Mawiała, że gdyby mogła wybrać dla siebie godzinę śmierci, chciałaby, aby w umieraniu towarzyszył jej głos  Björk. Ironia, wynikająca z rzeczy na tyle trywialnej, jaką jest gust muzyczny, polegała na tym, że tamtego wieczora Tamara bardzo nalegała na włączenie płyty  Björk, wręcz domagała się tego od progu. I to właśnie „Debut'u”, a przecież w 1999 roku dostępny był jeszcze szereg innych utworów tej piosenkarki, i to o wiele dojrzalszych, ciekawszych, jeżeli ktoś – jak Tamara – kochał tę muzykę. Dobrze więc, słuchali „Debut'u”  Björk, pili winko i oglądali zdjęcia... Olaf pstrykał znakomite zdjęcia, więc wspólne ich oglądanie zawsze sprawiało całej czwórce szczerą przyjemność. Zwłaszcza Poli, jako że przejawiała zainteresowania ściśle plastyczne. Na większości zdjęć, które wtedy oglądali, była Tamara. Tamara była bardzo śliczna, więc Olaf, który był w niej zakochany, tym chętniej ją fotografował. Olaf na przesłuchanie przyniósł Błażejowi trzy zdjęcia, wyłuskane z albumów, które wtedy oglądali, żeby nie być gołosłownym, żeby unaocznić Błażejowi, o kim i o czym rozmawiają. Błażej był tym zaskoczony, bowiem chłopak, który na podstawie dawnych akt sprawy rysował mu się w głowie jako odludek, njawięcej z całej trójki  zamknięty w sobie, w rzeczywistości okazał się najwięcej otwartym, gotowym odpowiedzieć nawet na najbardziej osobiste pytania, dotyczące tamtego okresu. Jakby jakaś aktualna część jego osobowości wręcz domagała się określenia tamtego wypadku, jakby osoba Błażeja swoją logiką i upartością w drążeniu miała pomóc mu w zabliźnieniu rany w pamięci... Zatem przyniósł Błażejowi trzy zdjęcia. Na pierwszym Tamara stała na dużym kamieniu, chyba przydrożnym, wiejskim otoczaku. Lekko skręcona w swoją prawą stronę wyglądała, jakby Olaf zaskoczył ją tym zdjęciem, jakby zamierzała zeskoczyć z kamienia, ale nie zdążyła, bo błysk aparatu ją uprzedził. Stała więc wyprostowana, a jednocześnie przyczajona jak mały, nieporadny kot; w białej, luźnej bluzce, oliwkowych rybaczkach i sandałkach, z rozwianymi we wszystkich kierunkach bardzo długimi falami włosów w kolorze dojrzałego żyta, patrząca w obiektyw z bolesnym wyrzutem oszukanego dziecka, na tle przydymionej niebieskości nieba. Na drugim – Tamara siedziała z podkurczonymi nogami w grubym, dużym bordowym fotelu i czytała jakąś książkę. Była ubrana w soczyście zieloną sukienkę na cienkich, wiązanych ramiączkach. Włosy miała przerzucone przez prawe ramię i przytrzymywała je brodą i policzkiem w taki sposób, jakby świadomie pozowała do poważnego portretu, a jednocześnie patrząc na zdjęcie Błażej był pewien, że zostało ono wykonane w pełnym zaskoczeniu, że Tamara była zaczytana do tego stopnia, iż nie miała pojęcia, że za moment zostanie uwieczniona bezkompromisowym okiem obiektywu („Unieśmiertelniona wbrew życiu, które płynie w nastoletnich żyłach.” - pomyślał Błażej, wpatrując się w zdjęcie, nieco rozbity swą nagłą poetyckością oraz możnością wpatrywania się w zdjęcie). Na trzecim – ten wybór Olafa zdumiał Błażeja najwięcej – zostały zarejestrowane dwie, bliźniaczo do siebie podobne, dziewczyny i Błażej musiał wpatrywać się w nie bardzo długo, by rozszyfrować, która z nich jest Tamarą. Sprawę dodatkowo komplikował fakt, iż zdjęcie było czarno-białe. Dziewczęce postacie stały na dziedzińcu szkolnego budynku, na tle drzwi frontowych, obie niezwykle filigranowe, wzrostu nie większego niż 155 centymetrów, w dżinsach i białych podkoszulkach, obejmujące się w taliach, obie o tak samo niebywale długich włosach. Jedna z nich uśmiechała się wyraźnie i patrzyła prosto w obiektyw, druga natomiast nie była ani poważna, ani wesoła i spoglądała spod przymkniętych powiek na buzię tej roześmianej. Wyglądało to tak, jakby sama też miała ochotę się uśmiechnąć, lecz z jakichś przyczyn tego nie zrobiła i uśmiech ugrzązł gdzieś w jednej trzeciej drogi, wyrywszy się prawie niezauważalnie w lewym kąciku drobnych ust. Włosy tej roześmianej były o dwa tony ciemniejsze od tej refleksyjnej, i trochę mocniej kręcone, i gdyby zdjęcie miało kolory – Błażej od razu by wiedział, które włosy mają barwę dojrzałego żyta. Ale zdjęcie nie miało kolorów i obie jego bohaterki sprawiały wrażenie, jak gdyby były jedną dziewczęcą duszą w dwóch ciałach. Dopiero po kilku minutach wnikliwego obserwowania Błażej rozpoznał Tamarę, stawiając sobie za pierwowzór dwa poprzednie zdjęcia, dopatrzywszy się jej cech w twarzy tej powściągliwej postaci, zerkającej z nieśmiałą, a jednocześnie nie tajoną, lubością na swoją koleżankę. To zdjęcie zostało zrobione stosunkowo blisko śmierci Tamary, bo pod koniec sierpnia 1999 roku. Roześmianą koleżanką ze zdjęcia była Pola. Tamara i Pola były do siebie niesamowicie podobne, chociaż Tamara wydawała się ładniejszą – to znaczy bardziej harmonijną, stonowaną i łagodną. W każdym razie – jak opowiedział Olaf – były do siebie niesamowicie podobne: ten sam wzrost, te same niby-figurki, tak samo długaśne włosy, tak samo trójkątne, jasne twarze o wyraźnie, choć miękko, zaznaczonych kościach policzkowych. Z charakterów także były do siebie niezwykle podobne – i to na zasadzie dziwacznie synergistycznego dopełnienia. Uwielbiały swoje towarzystwo i były dla siebie jak siostry, których w rzeczywistości nie miały. Tak się złożyło, że z czworga przyjaciół, nawiasem mówiąc, wszyscy byli jedynakami. Pola i Tamara często popadały w rozmowy, które Olaf z Agatą sarkastycznie określali „hermetycznym kalamburem”. Często bywało, że na przykład Tamara – z dialogu toczonego w ich kwartecie – od pełnych, okrągłych zdań nagle przechodziła do okrojonych i surowych, które brzmiały syntetycznie jak poetyckie metafory, a Pola – równie nagle – zamilkiwała, wsłuchując się w nie. Odpowiadała Tamarze tylko jakimś gestem, ruchem ramienia czy głowy, mrugnięciem oczu, miną lub pojedynczymi słowami, a Tamara rozumiała, o co jej chodzi, jakby był to najnormalniejszy w świecie werbalny przekaz. Bywało też odwrotnie i dziewczyny z łatwością zamieniały się swoimi nie pisanymi rolami. Dla ścisłych umysłów Olafa i Agaty taki sposób komunikowania się był zupełnie kosmiczny i kategorycznie nie mieścił się w ich zasięgu. To dlatego nadali mu tę delikatnie złośliwą nazwę i zazwyczaj, kiedy zauważali, że „kalambur” oto zaczyna się dziać, oddalali się gdzieś we dwoje lub na krótko przyłączali do innych koleżanek i kolegów. Agata podczas swojego przesłuchania potwierdziła owe „duchowe pokrewieństwo” obu dziewcząt, wspomniała o nich jako o typowych „papużkach nierozłączkach”, ale też wskazała na zdecydowane różnice między nimi. Pola na pewno była o wiele bardziej dynamiczna i z natury buntownicza, Tamara zaś – subtelna, powolna i bardziej zamknięta w sobie. Pola była wyraźnie zdecydowana, spontaniczna i bojowa, a Tamara, chociaż uparta i niezwykle konsekwentna, to jednak dużo bardziej powściągliwa w ocenach i czynach. Pola zawsze była swoistym żywiołem, typem poszukującym i samodefiniującym, a Tamara miała skłonności filozoficzne i raczej szukała siebie częściej w innych i w otaczającym środowisku, aniżeli wewnątrz siebie. Czasami jedna z dziewczyn, jakby niechcący i bez widocznego powodu, wyzbywała się niektórych własnych cech na rzecz tej drugiej. Wówczas zdarzało się, że Pola naraz wycofywała się z jakiegoś działania, które wcześniej podjęła, jakby zabrakło jej przekonania, a Tamara wygłaszała wszem i wobec jakiś pogląd, który innym – nawet odważnej Poli – nie chciał przejść przez usta, ona zaś czyniła to z taką godnością i pewnością, jakby przyszła z nim na świat, a teoria „Tabula Rasa” była tylko frazesem. Ale te wszystkie różnice były w rzeczywistości bardzo upłynnione i należałoby wymieniać je raczej w kategorii niuansu. Dla mniej, niż Olaf i Agata, znających dziewczyny – były one niesamowicie podobne. To, co w sposób bezsporny rozróżniało je na pierwszy rzut oka, to był kolor: kolor oczu. Obie miały bardzo duże, wyraźne oczy, z tym, że oczy Poli były zielone, a Tamary – niebieskie. Żywość i moc nasycenia tych dwóch par tęczówek powodowała, że nie można było ich pomylić – nawet na, zaaranżowanym z teatralną rzetelnością, zdjęciu. „Stąd pomysł czarno-białej fotki. - wyjaśnił Olaf – Chcieliśmy zatrzeć optyczne różnice między nimi i stworzyć złudzenie bliźniaczości.”. Błażej nie mógł oprzeć się pytaniu: „Po co?”. Otóż była to idea Agaty. Ona pierwsza wypowiedziała na głos wewnętrzne obawy ich czworga, że niebawem rozpoczną rozmaite studia, a potem już wszystko w nich i między nimi może się zmienić. Koniec lata 1999 roku był ostatnim w pełni usłonecznionym momentem, kiedy mogli zapamiętać siebie jako „rodzeństwowe” podobieństwo – uczynić ilustrację, przedstawiającą ich wzajemną bliskość opartą na absolutnej zgodności. Do celu takiego przedstawienia przyjaciele wybrali osoby pod względem fizycznym najbardziej podobne do siebie. Szkoła w tle była dodatkowym elementem, sentymentalnie wskazującym na czas i miejsce, w jakich ich zgodność się narodziła. Planując to szczególne zdjęcie, nie podejrzewali jak wiele proroczej słuszności było w wypowiedzi Agaty, iż wkrótce ich drogi być może się rozejdą. W około dwa tygodnie od wykonania tej fotografii Tamara  nie żyła. A potem wszystko między nimi zaczęło się rozpadać... Dobrze więc: najpierw był Plac Stary Rynek numer 5.  Björk, zdjęcia, winko. Około 23.00 Tamarze zakręciło się w głowie. Olaf zamknął się z nią w kuchni, tam trochę rozmawiali i Olaf chciał odstawić ją do domu, ale ona nie chciała. Dlaczego? Naprawdę, to żadne z pozostałej trójki nie potrafiło odpowiedzieć Błażejowi na to pytanie w sposób pełny. Jednak na podstawie wszystkich zeznań Błażej uznał za najbardziej prawdopodobne i naturalne, że Tamara i Pola miały ochotę na swój „hermetyczny kalambur”. Nie było jeszcze bardzo późno, noc – mimo niedawnego deszczu – była ciepła i gwiaździsta, a Tamarze kręciło się w głowie. I obie dziewczyny mieszkały najbliżej siebie, było więc zasadne, że ostatecznie wyszły z imprezy razem, tylko we dwie, nie wszczynając tym diametralnego sprzeciwu pozostałych. Błażej rozejrzał się wokół własnej osi. W tym miejscu przekaz informacji się urywał i o tym, co było później, wiedziała tylko Pola. Deszcz począł siąpić mocniej i Błażej zaciągnął na głowę kaptur. Spojrzał przed siebie, w stronę centralnego punktu miasteczka, gdzie zaczynała się ulica Długa. Przeszedł spowrotem na drugą stronę jezdni, znów przeciął plac Starego Rynku, tym razem po jego   zewnętrznej krawędzi, i skierował się na początek Długiej, czyli w stronę odwrotną do tej, z której przyszedł. Przeszedłszy na przeciwną względem numeru piątego stronę jezdni, znalazł się po stronie parzystej, to jest – tej właściwej. Przemieszczał się więc dokładnie tą samą  drogą, jaką szły wtedy Pola i Tamara. Zdecydowanie szedł w górę Długiej, z głową skuloną trochę pomiędzy ramionami, próbując zwizualizować sobie tamten wieczór. Może to pragmatyczny sposób bycia nie pozwalał mu przyznać się przed sobą do tego, ale prawda była taka, iż zdecydował się na spacer tędy w nadziei, że poczuje coś (elektryczne dotknięcie palca bożego), co sprawi, że po prostu odgadnie autentyczny motyw i kolejność ówczesnych zdarzeń. Spodziewał się, że idąc tędy nie tyle zbada teren, odpowiadający relacjom z przeszłości, co że zobaczy w wyobraźni coś, co pomoże mu zrozumieć, co i dlaczego się stało. Tuż za skrzyżowaniem z Łódzką zatrzymał się i znów rozejrzał dookoła. To tutaj, jadący z góry Długiej, rozpędzony Nissan Patrol podchmielonego Rafała Piekowskiego trafił dziewczyny. Ale dlaczego, dlaczego tak się stało? Oto Błażej, można rzec – w sposób fizyczny, dotarł do esencji tej historii. Oto było brakujące spoiwo: prawda obiektywna. Bo po co one dwie chciały przejść przez tę ulicę, skoro znajdowały się po właściwej, parzystej stronie? Tamara mieszkała pod dwunastym numerem Długiej – wystarczyło, by przeszły po tym chodniku, którym szły od początku, jeszcze jakieś 20 metrów w górę Długiej, a Tamara byłaby w domu – zdrowa i bezpieczna. Piekowski zwolniłby, okrążył Stary Rynek, wrócił spokojnie do domu i pogodził się z żoną. Pola przeszłaby w górę Długiej kolejne 20 metrów, potem skręciłaby w prawo w 3.Maja, przeszłaby jeszcze kilka kroków i znalazłaby się pod numerem siódmym własnego mieszkania. Błażej spojrzał na przeciwległą stronę Długiej, gdzie dziewczyny z jakichś niewytłumaczalnych – albo świadomie skrywanych przez Polę – powodów chciały przejść. Osiem lat temu stał tam kiosk. Dzisiaj – był tam tylko mały trawnik, o tej porze roku wytarty i wypłowiały niczym stary sweter wyżarty przez mole. Nagle Błażej poczuł ukłucie w okolicy mostka, jakby poraził go prąd. I wtedy go olśniło...

Justyna Karolak

Ciag dalszy nastąpi...

---