Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak – “Dziewczyna z kamieniem” – część 7 

Justyna Karolak – “Dziewczyna z kamieniem” – część 7

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

Rozdział VII

 

... I wtedy go olśniło...

 

     W niedzielę rano Polę obudził szmer wiewiórki harcującej na parapecie, a potem poczuła zapach malin i pieczonego białego chleba. Rozespana, sturlała się z sofy i na bosaka pozwoliła się zaprowadzić swemu nosowi do kuchni. Zatrzymawszy się w drzwiach, przydeptując nogawki za dużej pidżamy i zaciągając skondensowanym cukrowym aromatem malin, poczuła się jak śniąca dziewczynka.

- Kawa czy herbata do grzanek z konfiturą? - spytała Agata, dostrzegając jej rozanieloną minę i nie przerywając krzątaniny wokół drewnianej ławy i kuchennego blatu.

- Mmmmrrr... - zamruczała Pola – Czuję tu zapachy książkowego dzieciństwa.

- Kawa czy herbata? - powtórzyła Agata.

- Poproszę kawę. - odrzekła – Wskoczę przed śniadaniem na moment do łazienki, dobrze?

- Nie krępuj się i nie spiesz. - odparła Agata – Jest niecały kwadrans po ósmej, a pomoc drogowa będzie tu dopiero o dziewiątej.

- Wezwałaś już pomoc drogową? - zdziwiła się Pola – Skowronek z ciebie.

- Och, pomoc drogowa to zbyt mocno powiedziane. - Agata zmieszała się lekko – A do wczesnego wstawania i latania po domu przywykłam przy Jagodzie.

- Dziecko, no tak, odpowiedź na wszystkie pytania. - mruknęła Pola pod nosem.

- Co ty tam mówisz? - zapytała Agata, nie dosłyszawszy jej ostatniej wypowiedzi i zaprzestając na chwilę chroboczącego smarowania pieczywa.

- Nic takiego. Że dzieciaki rządzą całym światem. To one nadają prawdziwy rytm wszystkim i wszystkiemu. - odpowiedziała Pola trochę głośniej i pewniej, po czym zawróciła do dużego pokoju.

Poprawiła poduszki na sofie, złożyła w kostkę koc i poszła do łazienki pod energiczny prysznic. Kiedy spod niego wyszła, świeża i ubrana, grzanki czekały już na nią. Agata nalała do białych kubków gorącej mocnej kawy ekspresowej i usiadły do śniadania naprzeciw siebie. Kruche tosty, osłodzone półpłynną konstystencją malin, zaskrzypiały im w zębach jak niespodziewany przerywnik trudnego dialogu. Roześmiały się obie na te skrzypnięcia.

- Dzieci naprawdę rządzą całym światem. - powiedziała Agata z autoironią – Przed Jagodą ani razu nie zjadłam grzanki na śniadanie. Przecież to dzieci kochają wszystko, co słodkie i chrupiące, nie dorośli.

- Może zapomniałaś, że jestem dorosła, kiedy zobaczyłaś mnie w tej olbrzymiej, poprzydeptywanej pidżamie? I pomyślałaś sobie, że nie mogę mieć więcej niż cztery lata? - zażartowała Pola i zamaszyście ugryzła wielki kęs swojej grzanki.

- Myślę, że masz nie więcej niż osiem lat. - powiedziała Agata, spoglądając swymi okrągłymi czystymi, orzechowymi oczyma w środek chmurnych, zielonych, kocich oczu drobnej istoty, siedzącej naprzeciwko.

Pola zrozumiała serdeczną, choć podszytą cynizmem, aluzję Agaty do ośmiu ostatnich lat. W szkole Pola nosiła włosy do połowy pośladków. Były to włosy w naturalnym kolorze kawy z mlekiem. Dziś były króciutkie i nierówne, ufarbowane na ognisty oranż. Ot, prosta gra zewnętrznych kolorów jasno wskazywała młodej malarce na wynik rachunku sumienia: osiem. Osiem lat zajęło jej przejście od nieszczęśliwego, zagubionego dziewczęcia do, jeszcze nieprecyzyjnie określonej, kobiecej tożsamości. I oto dwie kobietki siedziały vis à vis siebie, chrupiąc tosty z dżemem, na nowo zetknięte ze sobą, niemal zderzone. Jakby los nie baczył na cudze zapominalstwo i zagubienie, ewidentnie dopominając się odczytania mu jego własnych praw. Jakby Pola faktycznie urodziła się osiem lat temu, a dziś uzmysłowiła to sobie, zatrzymawszy się na chwilę naprzeciw dawnej przyjaciółki, z której wcześniej zrezygnowała. I chociaż nie zrezygnowała z niej specjalnie, dziś wyszło na to, że zrezygnowała dobrowolnie – aby świętować z nią swoje ósme urodziny.

- „Jeszcze zdążymy w dżungli ludzkości siebie odnaleźć. Zbiegną się jeszcze tory sieroce naszych dwóch planet.” - Pola odpowiedziała cytatem Edwarda Stachury.

- Być może. - odparła Agata, wsypała do swego kubka dwie łyżeczki cukru i zamieszała, przydługo i nienaturalnie energicznie – Być może.

- Przyjedziesz na mój wernisaż? - spytała Pola.

Agata uśmiechnęła się znad swojej kawy jakby z niedowierzaniem.

- Ty naprawdę przyjechałaś do mnie właśnie po to? - spytała – Żeby usłyszeć twierdzącą odpowiedź na to pytanie?

- Tak. Po to.

- Więc to prawda. - podsumowanie Agaty zabrzmiało jak zagadka.

- Co?

- To, że masz osiem lat. - odparła.

- To znaczy, że przyjedziesz?

- Nawet bym chciała. - odparła Agata – Ale nie wiem. Nie chcę rzucać słów na wiatr.

Pola zostawiła na talerzu ostatni kawałek grzanki. Obliznęła lepkie palce, potem napiła się kawy i utkwiła wzrok w oknie. Patrzyła przez moment na drzewa i drogę przed domem, jakby z nich usiłowała odczytać odpowiedź na pytanie, co będzie dalej z jej życiem. Naraz zamrugała nerwowo, jakby coś wpadło jej do oka i spojrzała spowrotem w spokojną twarz Agaty.

- Czy ten policjant pytał cię o pierścień z turkusowym kamieniem? - zapytała raptownie.

- O co? - Agata nie zrozumiała; przeskok od tematu wernisażu do biżuterii był dla niej nadto oderwany.

- Czy widziałaś kiedyś u Tamary duży srebrny pierścień z wprawionym solidnym, turkusowym okiem w kształcie elipsy?

- Nie. - Agata ze zdziwienia aż potrząsnęła głową – Nigdy takiego nie widziałam. W ogóle u nikogo. Ani na żadnej jubilerskiej witrynie. A o co chodzi?

- Sama nie wiem. - skłamała Pola – Coś mi się plącze po głowie. Pewnie naoglądałam się albumów Vermeera i nasiąkłam tkliwą symboliką przedmiotów z jego obrazów. /(przyp.red.: nawiązując do klasycznego malarza, Vermeera, autorka ma na myśli znany obraz pod tytułem: “Dziewczyna z perłą”.)./

- Ale zapytałaś o Tamarę. Znów zapytałaś o Tamarę. - zauważyła Agata – Czy chcesz mi o czymś powiedzieć?

- Nie, nic, o niczym. - odrzekła Pola – Chyba mi się coś przyśniło i zaczynam pleść od rzeczy.

Agata posmutniała. Poczuła się wystawiona. Wydało jej się, że Pola przez cały czas usiłowała odkryć coś, co dla Agaty dotychczas było czytelne. Mimo naturalnej umiejętności godzenia się z biegiem rzeczywistości, znów poczuła się oseparowana na tor boczny.

- Nie, coś cię dręczy. Nie wiem co, ani dlaczego. Ale zaproszenie mnie na wernisaż było tylko alibi dla twojej rany w pamięci, która ciągle się jątrzy. - powiedziała  z dozą goryczy.

- Nieprawda. Przyjechałam wyłącznie do ciebie. - zaprzeczyła Pola – Chwilami tylko coś zakolibie mi się w głowie. Jakieś niejasne skojarzenie z Tamarą. To pewnie przez przebywanie w Zgierzu. Nie było mnie tu przecież od paru lat, a miejsce wyzwala wspomnienia.

- Pola, to nie była twoja wina. - powiedziała jej Agata łagodnie, a jednocześnie tak dosadnie, jak tylko umiała – Tamara zginęła w wypadku. To był tragiczny zbieg okoliczności. Kompletny przypadek.

- A jeśli nie ma przypadków? - spytała Pola z wysiłkiem, jakby słowa, które chciała z siebie wyrzucić, były z ciekłego metalu, który wciekał wgłąb gardła, oblepiając struny – Jeśli jest tylko synchroniczność?

- Co ty mówisz? - Agata przybrała ton strofujący – To był przypadek. Nie mogłaś nic zrobić. Sama omal nie zginęłaś.

Pola przełknęła ślinę z wyrazem bólu na twarzy. Oczy zamgliły jej się, jakby były pochmurnym niebem o świcie, nie ludzkimi oczami. „Nie płacz, idiotko. - Pola naskoczyła na siebie w myślach – Pamiętaj, że ostatni raz w  życiu płakałaś na tym cholernym pogrzebie. Nigdy więcej.”. Zamrugała, połknęła łzy i wzięła głęboki wdech.

- Mnie jednak przychodzi na myśl „synchroniczność”. - powiedziała cicho.

- Nie, Pola. To ten Konieczny tak cię rozstroił. Obudził w tobie wampira, którego zamknęłaś na dnie siebie. - Agata próbowała nadać jej, niepotrzebnym jak sądziła, wyrzutom sumienia jakiegoś porządku – Z jednej strony dobrze, że tak się stało, bo przywrócił cię twoim korzeniom. Ale tego wampira nie powinnaś teraz dokarmiać własną krwią. On został obudzony po to, żebyś mogła go unicestwić, wyrzucić raz na zawsze ze swojej głowy i z serca. Żebyś mogła zaprzestać wydawania majątku na te dziwaczne znicze. Złamany obojczyk się zrósł, ale rana w duszy pozostała otwarta. Pozwól jej się zagoić.

- To, że siedzę dziś z tobą po latach, też dowodzi synchroniczności. - uparła się Pola – Bo my wciąż kręcimy się w kółko. Wciąż rozmawiamy tylko o tej jednej nocy. Mimo Warszawy, mimo dziesiątków obrazów, które namalowałam, powtarzam od nowa tylko jedno słowo: Tamara. Przyjechałam, żeby zaprosić cię na wernisaż, żeby odzyskać przyjaciółkę, a wbrew sobie mówię coś innego, niż zamierzałam. Otwieram usta i mówię: Tamara. To nie mógł być przypadek. - Pola urwała na moment, a potem dokończyła z trudem żałosny wywód, który wziął jej się nie wiadomo skąd, jak natychmiastowy grad w środku trzydziestostopniowego upału – To fatum.

Agata wstała od ławy i przysiadła się do Poli, na sąsiadujące z nią krzesło.

- Żadne fatum. - zaoponowała, spoglądając z bliska w jej twarz – Nie zatoczyłyśmy żadnego diabelnego kręgu w czasie. Nigdy nie rozmawiałyśmy ze szczegółami na temat tego wypadku. Nie w kategoriach dystansu, który samorzutnie próbuje wedrzeć się do ciebie, choć ty mu na to nie pozwalasz.

- Tamtej nocy Tamara miała na sobie moje spodnie. - niespodziewanie wyznała Pola – A jeśli to ja miałam zginąć?

- Przestań. - Agatę przeszył krótki dreszcz – Jesteś już dużą dziewczynką. Jak możesz brać pod rozwagę coś tak surrealistycznego?

Pola westchnęła z uczuciem ciężkości.

- Do tej pory nie brałam. - powiedziała – Ale ten gliniarz wyskoczył jak diabeł z pudełka. Przypomniał mi rzeczy, od których się odcięłam. A teraz próbuję sobie przypomnieć prawdę, tylko nie umiem.

- Bo może nie ma żadnej innej prawdy. - stwierdziła Agata.

- A jeśli jest? - Pola wystraszyła się swojego głosu – Jeśli ja naprawdę wepchnęłam ją pod to auto? Jeśli ją popchnęłam, bo miała na sobie moje spodnie? To byłoby logiczne, skoro odbiłam się od błotnika. Byłyśmy tej samej wagi. Jeśli popchnęłam ją z całej siły, sama prawie wpadłam pod auto.

- Pola, bredzisz. - rzekła Agata i z zatroskaniem pogłaskała ją po czole.

- Może mnie przerażała myśl o życiu. O studiach, o przyszłości, o tym, kim się stanę i czy nie roztrwonię siebie... - Pola dobiła do impasu, fobicznego myślowego pata, którego nie mogła uciszyć ani rozstrzygnąć – A Tamara miała moje spodnie. Może ją popchnęłam? Piekowski widział moje wyciągnięte ręce, dlatego...

- Nie. - Agata przerwała jej zdecydowanie – Pola, byłyście do siebie ogromnie podobne. Lecz jeśli ktoraś z was bałaby się życia, to Tamara, nie ty.

Słowa Agaty zadudniły w głowie Poli echem. Jakby już gdzieś je słyszała. Jakby krył się w nich brakujący kawałek układanki, którą od około dwóch tygodni  próbowała scalić w swojej wyobraźni. Spojrzała na Agatę nowym, opanowanym już, wzrokiem. Agata odczytała błaganie tego wzroku bezbłędnie.

- Posłuchaj, Pola. - rzekła więc spokojnie, nieco dydaktycznie, niczym mama – Jeśli ktoś ma skłonności do nadwrażliwości, nadawania życiu mistycznego wymiaru, łatwo może złapać się we własne sidła. Można powiedzieć, że ty i Tamara byłyście do siebie na tyle podobne, na tyle uzupełniające, iż bóg, czy jakkolwiek rozumiana siła sprawcza, w którymś momencie życia uznała, iż jest was o jedną za dużo na tej planecie. Wiem, że próbowałaś żyć bardzo racjonalnie, ale twoja artystyczna natura usiłuje zabrać głos. Próbowałaś pewnie nie myśleć o tym w ten sposób, ale twoja natura jest cwańsza i silniejsza od świadomej woli. I dziś rano wyrwało się z ciebie to pierwotne, straumatyzowane myślenie. Sądzisz, że jakimś nadrealnym cudem było was o jedną za dużo. A ponieważ tego wieczora zamieniłyście się ciuchami, myślisz, że to tobie była pisana śmierć. To dlatego wciąż cierpisz. To dlatego kupujesz jej tyle zniczy. Masz wyrzuty, że ukradłaś jej życie i teraz żyjesz nią, bo zdaje ci się, że ty miałaś zginąć pod tamtymi kołami. Tylko, że to wszystko nieprawda. Widzisz, Pola, nie miałam z tobą kontaktu przez osiem lat. Takiego prawdziwego, a i przed tobą nie znałam żadnego artysty. Ale na podstawie tego, co mówi o artystach historia sztuki i na podstawie dzisiejszego poranka widzę, że wy artyści jesteście straszliwie dumni. Z odległości mogło się zdawać, że przez te osiem lat okiełznałaś swój żal, ale to tylko pozór. To duma przeszkadza ci żyć, nie przeznaczenie, nie wiara i nie parapsychologiczne przypuszczenia. Dumnym artystom z trudem przychodzi godzenie się z faktem, że naszym życiem często rządzi głupi, banalny przypadek. Przykro mi to mówić, bo rozmawiamy tu o naszej Tamarze, ale tak właśnie było: zginęła przez głupi przypadek. Jej śmierć, poza nieograniczoną stratą, nic nie wniosła i nic nie znaczy. Pogódź się z tym. A jeśli nie potrafisz, zapisz się do psychologa. Wy artyści jesteście tacy dumni i inteligentni, że wydaje się wam, że ze wszystkim sami sobie poradzicie. Olaf nie jest mniej inteligentny od ciebie, ale żeby oswoić swój smutek, przez dwa lata chodził do psychologa. Odważył się. Może ty też powinnaś? Nie mieszaj swojej artystycznej strony do kwestii przypadku. Przyjmij go za głównego sprawcę tragedii. I żyj dalej. Swoim życiem. Innego nie masz. Nie żyj Tamarą.

Pola poczuła się udobruchana tymi słowami, chociaż nie mogła pozbyć się coraz silniejszego wrażenia, że śmierć Tamary, której Pola była jedynym świadkiem, została spowodowana czymś o wiele bardziej złożonym niż zwykły przypadek. Poczuła się uładzona, bo żyli ludzie tacy jak Agata, potrafiący uzasadnić zaistnienie tragedii właśnie banalną przypadkowością. Z drugiej jednak strony wiedziała, że żyli też tacy jak Błażej Konieczny. On przecież także – jak Agata – kierował się racjonalnym sposobem myślenia, a jednak oddał w swoich myślach zdecydowany margines prawdopodobieństwa teorii Piekowskiego. Czy Błażej także – jak wątpiąca w samą siebie Pola – mógł być w błędzie? Czy Piekowski – mógł być w błędzie? I też umarł na próżno? Pola znów zawiesiła wzrok w widoku za oknem, próbując w nim odnaleźć odpowiedź na pytanie, jaka jest prawda.

- Widzisz tam kogoś? - znienacka spytała Pola.

- Gdzie? - Agata odwróciła się przez lewe ramię i spojrzała na drzewa i drogę za oknem.

Spodziewała się ujrzeć tam osobę, którą poprosiła o pomoc w wyciągnięciu z bagna samochodu Poli, ale nie zobaczyła nikogo. Ciężkie od wczorajszej ulewy gałęzie dębów i młode brzózki kołysały się na jesiennym wietrze, ale obok nich nikogo nie było. Drobna Pola wyprężyła się na krześle i zmarszczyła brwi, próbując dokładniej wytropić wzrokiem postać, którą spostrzegła przed sekundą.

- Tam, obok tego starego dębu. - rzekła i wskazała dłonią najgrubszy korpus drzewa, spośród rosnących po drugiej stronie drogi przed domem – Jestem pewna, że ktoś stał obok niego, trochę z tyłu, jakby chowając się za pniem.

- Nikogo nie widzę. - odrzekła Agata – Jesteś przekonana, że ktoś tam był? Kto?

- Nie mam pojęcia. - odparła, wstydząc się za wszystkie wypowiedziane przez siebie tego ranka słowa. Pomyślała, że zarówno świadomość, jak i pamięć, a teraz nawet wzrok, tak niezwykle ważny dla plastyka, były całkiem niepokorne, a wręcz z niej szydziły – Ale wydawało mi się, że widziałam jakiegoś gościa w grafitowej kurtce z kapturem, z wysoko postawionym kołnierzem. Wydawało mi się, że czaił się za tym drzewem i spoglądał ze smutkiem w naszą stronę.

Agata wzdrygnęła się i raz jeszcze wyjrzała przez okno.

- Nie strasz mnie. - powiedziała – To bezpieczna okolica, ale nigdy nic nie wiadomo.

Pola wzruszyła ramionami.

- Pamięć robi sobie ze mnie dzisiaj żarty. Wyobraźnia pewnie też. - powiedziała trochę skołowana, chociaż wyraźnie spokojniejsza niż jeszcze kilka minut temu – Pewnie mi się wydawało. Patrzyłam przecież bez przerwy, odkąd go spostrzegłam, na to drzewo, a jednak widziałam go tylko przez sekundę. Nie miał dość czasu, by uciec w środek lasu lub, tym bardziej, wyjść na drogę i odejść. A przecież nie  rozpuścił się na mżawce. To może dowodzić tylko jednego: w rzeczywistości nikogo tam nie było.

Nie miały jednak sposobności rozstrzygać o tym dłużej, bo rozległ się świergoczący dzwonek u drzwi. Agata zerknęła na zegarek.

- Dochodzi dziewiąta. - orzekła – Przyszedł punktualnie. Czujesz się na siłach, żeby jechać do domu? Wyciąganie twojego auta na pewno nie potrwa długo, więc wkrótce będzie gotowe do drogi. Zanim otworzę drzwi, chciałabym się upewnić, czy nie jesteś zbyt roztrzęsiona, żeby wsiadać za kółko.

- Wszystko gra. - odparła Pola, skłaniając się do uśmiechu.

Agata poszła więc otworzyć i po chwili wróciła do kuchni w towarzystwie wysokiego ciemnego blondyna. Pola poderwała się z krzesła, żeby się przywitać i podziękować nieznajomemu za fatygę. Zmieszana, wyciągnęła do niego rękę, zaskoczona jego przystojnością. W tej okolicy spodziewała się, iż pomocy udzieli jej prędzej jakiś stary, gruby sąsiad Agaty wyposażony w traktor, niż młody, wizualnie interesujący mężczyzna. Na pierwszy rzut oka, który zazwyczaj jest nieomylny z racji swej szczerości, nieznajomy wydał jej się tak modelowy, że – wyciągając do niego rękę – mocno zmrużyła oczy odruchem wszystkich plastyków. Miał około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i był bardzo szczupły. Cienkie, niezwykle proste włosy w kolorze mokrego piasku lekko opadały mu na linię brwi, płatki uszu i kark. Twarz była pociągła, z długim, prostym  nosem, zadartym pod kątem stu piętnastu stopni i z mocno zaznaczonym, owalnym konturem szczęki. Oczy były szare, ale czyste, głęboko osadzone, w kształcie smutnych księżyców. Wyraźne usta, ani wąskie, ani pełne, zastygły w powierzchownym grymasie, którego Pola w pierwszej chwili nie rozszyfrowała, i wyglądały jak sklejone pohamowywaną koniecznością wypowiedzenia jakichś słów. Wyciągając do niego rękę, podchodząc do niego blisko, zamarła na chwilę, uświadamiając sobie, że surowy grymas ust oznacza dezaprobatę, podszytą głęboką pretensją. Nie był to bowiem ktoś obcy, tylko Olaf.

     Rozpoznawszy dawnego kolegę, bezwiednie opuściła rękę i poczuła się nabrana. Agata mogła ją uprzedzić, że zobaczy dziś człowieka, którego śmierć Tamary – tak bliskiej i cennej dla ich trojga – złamała najmocniej. Ale z jakichś przyczyn, które naraz przestały się liczyć, nie uprzedziła jej wcale, stojąc teraz  z boku i obserwując w napięciu ich –  mówiący wszystko i nic –  wzrok, wlepiony w siebie wzajemnie po raz pierwszy od lat.

     Pola spojrzała na Agatę i zobaczywszy w jej oczach lustrzane odbicie niezręczności zaistniałego spotkania, odwróciła twarz spowrotem do Olafa i po raz drugi, dużo bardziej zdecydowanie, wyciągnęła do niego rękę.

     Dłuższą chwilę stał nieruchomo, czy wręcz cofnął się lekko, chłodny i nieprzejednany. Pola chrząknęła i zmusiła się, by podnieść ramię jeszcze wyżej.

- Nie podasz mi ręki? - spytała wprost.

Podał: krótko, ślisko, niemal ostentacyjnie. Po raz  pierwszy w życiu poczuła się durnie i nie wiedziała, jak się zachować. Bardzo chciała mu podziękować za wspaniałe zdjęcia obrazów, które obejrzała wczoraj, spontanicznie zaprosić go na najbliższy wernisaż, żeby był jej honorowym gościem, powiedzieć, że go podziwia za to, jaki jest dzielny –  wrażliwy, a jednak dzielny i stanowczy. Ale wszystkie elementy tego nagłego chcenia były przecież awykonalne i nawet w wyobraźni rysowały się tragikomicznie. Powiedzieć coś podobnego na głos byłoby szczytem arogancji.

- Bardzo się zmieniłeś, Olaf. - powiedziała więc, mając na myśli fakt, iż z chudego, delikatnego okularnika stał się ciekawy facet.

- To ty się zmieniłaś. - odrzekł krótko – Ja zmieniłem tylko okulary na szkła kontaktowe. - dodał cynicznie, żeby podkreślić, iż doskonale pojmuje jej bolesną próbę nawiązania dialogu.

I, że ma gdzieś tę próbę.

- Proszę, nie sądź mnie po pozorach. - powiedziała cicho.

- Muszę. Zostawiłaś Zgierzowi tylko pozory. Esencja Poli wypłukała się z ciebie gdzieś po drodze do „warszawki”.

- Nie myślisz tak naprawdę, skoro fotografowałeś moje obrazy na wystawach w Warszawie. - odparła, czując, że ostatni zarzut był przesadzony.

- Nie przejmuj się, to tylko pozory.

- Nie, twoje zdjęcia są rzetelne, dobre. - zaprzeczyła, próbując nadać swojemu głosowi jak najcieplejszą barwę sympatii – Chyba nie myślisz, że...

- Nie zrozumiałaś. - przerwał jej, zniecierpliwony – Miałem na myśli twoje obrazy: to tylko pozory.

Usłyszawszy tę ostrą wypowiedź, Pola zapragnęła zapaść się pod ziemię. Już dawno nie czuła się równie tępo zdruzgotana i chyba niczyje krytyczne słowa nigdy dotąd tak silnie jej nie uderzyły. Zdało jej się, że kątem oka widzi, jak Agata zasłania sobie dłonią oczy, skrępowana tym, co usłyszała – neutralna, milcząca, a przecież obecna.

- Nie wiesz, jaki jestem, ale możesz być pewna, że mówię dokładnie to, co myślę naprawdę. - dodał po chwili, przypieczętowując swoją dezaprobatę wobec Poli, jednocześnie przemykając słowami tylko po powierzchni autentycznej pretensji – Gdzie ugrzązł ten wóz? - zwrócił się z pytaniem do Agaty, jakby Pola wyparowała mu sprzed oczu.

- Pola? - łagodnie spytała Agata – Możesz opisać Olafowi to miejsce? - poprosiła.

Pola wróciła na swoje krzesło i usiadła na nim jak szmaciana lalka.

- Około 150. metrów w stronę początku Letniej. Przy małych świerkach. - rzekła głosem wypranym z uczuć.

- Poproszę kluczyki. - zażądał Olaf.

Pola nie zareagowała, zawiesiwszy wzrok na noskach pluszowych pantofli Agaty.

- Daj kluczyki. Posiedzisz sobie z Agatą, a ja zajmę się samochodem. - wyjaśnił – Nie bój się, nie jestem ogarniętym nienawiścią szaleńcem i nie zamierzam zrobić nic głupiego. Przyjechałem pomóc.

- Dziękuję ci. - odrzekła, nie przestając patrzeć  na kapcie i nie ruszając się z miejsca.

- Przyjechałem, bo Agata mnie prosiła. Nie robię tego dla ciebie. - sparował, wyraźnie zniechęcony i zdenerwowany, po czym ponownie zwrócił się do Agaty – Czy ona może dać mi kluczyki?

Agata kucnęła przed Polą, opierając się łokciami o jej kolana.

- Pola. - powiedziała półszeptem – Kluczyki.

Pola sięgnęła do tylnej kieszeni dżinsów, wyjęła z niej klucze i wreszcie podała je Olafowi, jakby dopiero fizyczna bliskość Agaty wydobyła ją z paraliżującej ponurości.

- Pomarańczowy Peugeot 306. - rzuciła Agata w stronę wychodzącego Olafa.

- Jasne, taki jak jej nowe włosy. - usłyszały jeszcze dźwięk słów, cichnących między ścianami przedpokoju.

Agata westchnęła i usiadła na krześle obok Poli.

- Napijesz się herbaty? - zapytała.

- Nic już nie chcę. - odparła i pokręciła głową – Za dużo kłód do przesuwania jak na jedną dobę.

- Och, nie możesz przecież odbębnić ośmiu lat w 24 godziny. - podsumowała Agata.

- Szkoda.

- Olaf był jedyną osobą, do której mogłam zadzwonić przed ósmą rano w niedzielę i powiedzieć, jak mają się sprawy. Z twoim samochodem i w ogóle. - wytłumaczyła Agata. Jej głos zabrzmiał pogodnie, jakby chciała nim rozkruszyć całe zło tego świata – Celowo nie powiedziałam ci, że dziś się spotkacie. Wiedziałam, że nie będzie to przyjemne. Sądziłam, że jeśli ci powiem, może być jeszcze gorzej.

- Chyba na to zasłużyłam. - przyznała Pola – Na wszystko, za wyjątkiem obśmiania mojego malarstwa.

Agata uśmiechnęła się miłym uśmiechem Mony Lisy.

- Olaf uwielbia twoje malarstwo. - powiedziała.

- Czy ty na pewno byłaś przy naszej rozmowie? - upewniła się Pola.

- Ależ ty jesteś okropnie dumna. - odrzekła miękko – Nie podlega pod dyskusję, że Olaf za bardzo wrzucił sobie na luz. Ale zrozum, że naprawdę ci się należało. Z naszej przyziemnej perspektywy wyglądało to tak, że zwyczajnie nas olałaś. Jakby Tamara była dla ciebie wszystkim, a my niczym. Jakbyśmy my nie cierpieli, ty zaś niczym Winkelried.

- Nigdy tak nie uważałam.

- Powiedziałam: z naszej perspektywy, nie twojej. - powtórzyła Agata – Dzisiaj wiem, że miałaś swoje sposoby na radzenie sobie z traumą. Wybrałaś samotną, pionierską, ambitną drogę, która niestety doprowadziła cię do twardej ściany. Ja i Olaf wspieraliśmy się nawzajem i tylko dlatego udało nam się obejść tę samą ścianę i wyjść na nową, czystą drogę. Olaf przeszedł z pozytywnym skutkiem przez ciężką depresję, a ja znalazłam miłość i urodziłam dziecko.

- A ja się zgubiłam. - odparła Pola – Nie porzuciłam was, tylko siebie. Bo się zgubiłam.

- Aż tu nagle pojawił nam się ten glina, przygnany podejrzeniem Piekowskiego co do ciebie. I chcąc, nie chcąc, zapragnęłaś wrócić do domu, chociaż jeszcze ci się wszystko miesza, aż w tobie kipi. - ciągnęła Agata – Tylko zrozum, że czasem powroty są bardzo trudne.

- Albo w ogóle niemożliwe.

- Po śmierci Tamary twoja przyjaźń była Olafowi bardzo potrzebna. Bardziej niż czyjakolwiek inna. Ale nie miałaś dla niego czasu. Dziś zaczynam rozumieć, dlaczego. - ciągnęła Agata – Nie chciałaś być echem tej, którą kochał, a która umarła. I odeszłaś, prawie jak ona. Zostawiłaś nam, zwłaszcza Olafowi, tylko pozór siebie.

- Obrazy. - dokończyła Pola.

Agata kiwnęła głową.

- Nie mówmy już o tym. - skwitowała – Za dużo.

- Za dużo. - przytaknęła Pola – Chodźmy zobaczyć, co z moim autem. Muszę w końcu wrócić do siebie.

„Porzucić siebie, nie wrócić.” - pomyślała Agata, ale pozostawiła to dla siebie. Założyły kurtki i wyszły z domu. Na werandzie Pola zapaliła papierosa, pierwszego od wielu godzin, i poczuła tonujący zawrót głowy. Agata przekręciła klucz w zamku i poszły w kierunku przydrożnych świerków na początku Letniej.

     Peugeot stał już zaparkowany frontem do miasta, a Olaf kończył sprzątać z drogi żerdzie i patyki, które podłożył wcześniej pod zablokowane   koła.

- Ugrzęzłaś trochę w tym soczystym błocie, ale samochodzik jest na tyle zrywny, że wystarczyło podłożyć mu pod kółka  chrustu. - powiedział Olaf, oddając Poli kluczyki.

- Dziękuję. - odrzekła, po czym zwyczajnie spytała – Co powinnam zrobić, żebyś porozmawiał ze mną jeszcze kiedyś normalnie?

- Z Agatą poszło ci łatwo, bo jest dobra, otwarta i serdeczna. Szybko wybacza i, szczerze mówiąc, próbuje tym zarażać. - odpowiedział – Ale ja nie chcę z tobą rozmawiać.

- Olaf, trochę mniej jadu. - poprosiła Agata – To nasza Pola.

Spojrzał na Agatę z wyrzutem.

- Auto czeka na pasie startowym – rzekł twardo.

- Powinnam więc lecieć. - odrzekła Pola ze smutkiem – Dziękuję za wszystko, przepraszam za wszystko, i do zobaczenia.

Agata klepnęła ją w ramię.

- Trzymaj się, malutka. - powiedziała.

Chwilę stali w milczeniu, patrząc jak pomarańczowy samochodzik znika im z oczu.

- Chodź na kawę, zgorzknialcu. - powiedziała Agata.

- Niepotrzebnie bawisz się w mediatorkę. - odrzekł.

- Och, potrzebnie. - sprzeciwiła się Agata i zaczęli iść spowrotem w stronę jej domu – Gdyby Pola nie była ci potrzebna, byłbyś dla niej dziś obojętny. Tymczasem brakowało ci tylko zapałek do powbijania jej za paznokcie.

- Naprawdę byłem aż tak złośliwy? - zapytał.

W odpowiedzi Agata spojrzała mu w oczy z politowaniem.

- O, ty zawsze panujesz nad emocjami? - zapytał w samoobronie.

- Oczywiście, że nie. - odparła – Chcę tylko, żebyś przyznał, że nie do końca ją skreśliłeś. Że masz ochotę z nią pogadać. Zreasumować jej ośmioletnią nieobecność między nami. Powiedzieć jej, co sądzisz o liście Piekowskiego.

Olaf zawahał się, ale ostatecznie przygryzł dolną wargę, nic nie odpowiadając.

- Niekoniecznie namawiam cię, byś wywalił przed nią całą duszę. - wyjaśniła, kiedy weszli na ganek – Ja także po dwóch spotkaniach nie mogłam powiedzieć jej wszystkiego.

- Nie powiedziałaś jej o Szymonie?

- Nie. - odrzekła spokojnie – Takie informacje nie są w tej chwili dla Poli.

- Kiedy Szymon wraca?

- Jutro. Przywozi mi Jagodę, a potem jedzie spowrotem do Wrocławia. - odpowiedziała, zerkając na Olafa spode łba – Nie jesteś jednak mistrzem zmiany tematu. Pola jeszcze wiele razy przewinie się w naszych rozmowach. I mniemam, że w końcu z nią pogadasz.

- Nie chcę. - zaperzył się.

- Chcesz, chcesz. - odparła bardziej radosnym tonem i otworzyła drzwi – I ona też. Oboje tego chcecie.

- Skąd możesz być taka pewna? - spytał, wchodząc do środka.

- Bo czytam z kodów ciała, głupolu. - odrzekła całkiem już swobodnie – To równa dziewczyna. Jeszcze się miota, jeszcze ma wątpliwości, ale po wczorajszym dniu widzę, że jest równa.

- E tam. - żachnął się – Dla ciebie wszyscy są równi.

- Nieprawda. Widzę na przykład, że lewe ramię masz trochę niżej od prawego. - zażartowała i roześmiała się dźwięcznie.

- Ha ha. - przedrzeźnił ją – Rozpuszczalną z mlekiem i cukrem poproszę. I coś do prostowania barków. - dodał, siadając przy drewnianej ławie w kuchni.

Zdjął kurtkę i przewiesił przez krzesło. Agata wstawiła wodę.

- Nie pogardzę też kromką z tym czymś słodkim, co czuję w atmosferze. - dodał po chwili, mocno zaciągając się powietrzem – To maliny?

- Uhmm. - przytaknęła.

- Twoje przetwórstwo?

- Uhmm. - przytaknęła z dumą – I zbieractwo też. Mam ich całą zamrażarkę. Dam ci trochę do domu.

- Fajnie. - ucieszył się i zadumał nad czymś – Fajnie. - powtórzył mechanicznie.

 Justyna Karolak

Ciag dalszy nastąpi...

 

---