Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak – “Dziewczyna z kamieniem” – część 9 

Justyna Karolak – “Dziewczyna z kamieniem” – część 9

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


-          ... Dziekuję, tak właśnie zrobię. – odpowiedziała Pola...

 

Rozdział IX.

 

      Następnego dnia pojawiła się w bibliotece około wpół do dziesiątej. Miała na sobie białą bluzkę ze stójką, błękitne połyskujące spodnie w kant, szary tweedowy płaszcz i błękitny wełniany, gładki berecik (bez „antenki”). Po wczorajszej fizycznej robocie z wnoszeniem i zawieszaniem obrazów, panie bibliotekarki w pierwszym odruchu nie rozpoznały efektownie ubranej Poli. Chłodne kolory ubrania zabawnie korespondowały z miedzianością włosów, oliwkową karnacją i burą zielenią oczu, nadając Poli doroślejszego, wynioślejszego wyrazu. Kiedy weszła do wystawowej sali, akurat kończono ustawiać stół. Po prawo, przy drzwiach wejściowych z głównego holu, stykając się ze ścianą krótszym bokiem, mimo niezaprzeczalnej wielkości (7 X 1,20 m), stół prezentował się niepozornie, chociaż szykownie. Generalnie Pola nie lubiła uginających się pod ciężarem słodyczy, koreczków i tartinek, opasłych stołów w galeriach na otwarciach wystaw – zarówno własnych, jak i cudzych. Przekonując się oto naocznie, jak niewinnie zrealizowano techniczną oprawę tego wernisażu, poczuła ulgę, a nawet delikatne podekscytowanie. Obserwując przez moment świeżo wniesiony stół, na dobre się uspokoiła, że nie przeciąży on ascetycznego charakteru pomieszczenia i wagi płócien.

- I jak się pani podoba? - usłyszała znajomy kobiecy głos.

Najstarsza bibliotekarka, około sześdziesięcioletnia pani Stefania, musiała stać za Polą od dłuższej chwili, ponieważ Pola nie usłyszała jej kroków. Spojrzała w lewą stronę, skąd dochodził przyjazny ton, a pani Stefania – już tam była.

- Przed każdym wernisażem czuję obawę, czy organizatorzy nie usadowią moich prac między zielonym groszkiem a kotletami de volaille. - powiedziała otwarcie – Ale tym razem wydaje mi się, że będzie ładnie, przejrzyście, godnie.

Pani Stefania zachichotała.

- Jeśli będziesz się pilnować, dziecinko, i robić swoje, nigdy nie trafisz między przekąski ani susz konferencyjny. - powiedziała wesoło, po czym dodała à la konspiracyjnym półszeptem – Muszę się pani przyznać, że ja też nie lubię fanfar i przesytu. I bardzo się cieszę, że ta sala ma taki układ, że nie było gdzie postawić gościom krzeseł. Ja tam się nie znam, ale tak sobie myślę, że jak ktoś szczerze wielbi sztukę, to z przyjemnością wysłucha mowy i toastu na stojąco, a nie przyjdzie się za darmo nakarmić niczym świnia, a potem siądzie w stylizowanym bidermaierze i będzie udawał, że klaszcze, jak najedzie na niego jakaś kamera.

Pola roześmiała się radośnie. Chociaż tym razem też będą obecne media, pomyślała, że już dawno nie miała wystawy w sympatycznej skromnej bibliotece.

- Muszę pani powiedzieć, że zawsze chciałam, żeby tak było: biała sala, bez krzeseł, i tylko szampan i truskawki. - oznajmiła cicho – Jestem wdzięczna losowi, że ktoś gdzieś po raz pierwszy nazwał to, co robię, sztuką, dlatego nigdy nie protestowałam, gdy sponsorzy brali sprawy w swoje ręce i pokazywali obrazy w atmosferze przepychu.

- Jednak mega-galeria to nie to samo, co biblioteka, prawda? - podsumowała Stefania zalotnie.

- Nie chcę być hipokrytką. Przecież to na tych galeriach zarobiłam prawdziwe pieniądze. Dzięki galeriom dowiedzieli się o mnie potencjalni i faktyczni kupcy. - przyznała Pola – A jednak krzepi mnie to, co tutaj widzę. - dodała – Bardziej niż tamte pieniądze. I galerie.

Pani Stefania spojrzała na Polę z aprobatą.

- Nie jesteś hipokrytką, dziecinko. - powiedziała.

- Może ja chociaż pomogę z kieliszkami na wino lub obrusem? - zapytała Pola, zerkając w stronę stołu.

- A w życiu! - zaprotestowała Stefania – Wygląda pani tak ślicznie, że bałabym się, że coś się pani wymnie albo umorusa.

- Och, dziękuję, ale...

- Żadne „ale”. - przerwała Stefania – Skoro nie ma pani negatywnych uwag, nalegam, aby sobie pani już poszła. Same przypilnujemy reszty. Chłopak się pani nie doczeka.

- Chłopak? - Pola nie zrozumiała.

- To oczywiste, że musi być pani z kimś umówiona. Wygląda pani tak ekskluzywnie. I jeszcze te pomarańczowe włoski i niebieska czapeczka... mniam! - pani Stefania znowu zachichotała przyjaźnie.

- Zatem do zobaczenia w piątek. Dziękuję za wszystko. - odparła Pola i spontanicznie objęła Stefanię za szyję.

     „Chłopak – akurat.” - pomyślała Pola z wątłym ukłuciem rozczarowania, odpalając swojego Peugeota. Po ostatniej ulewie i ugrzęźnięciu w błotnym piachu przydałaby mu się zdecydowana kąpiel, ale Poli zabrakło na nią czasu i werwy. Oto znów gnała do Zgierza – tym razem do dzielnicy nowobogackich willi na Rodunkach. Zgodnie z umową, dotarła na miejsce przed dwunastą. Wysoki, misiowaty szatyn niemal na progu wręczył jej pudełko w kształcie sześcianu o krawędzi 30cm i odebrał zapłatę.

- Proszę otworzyć i sprawdzić, czy to na pewno ten. - powiedział.

- Ależ na pewno ten. - odparła pospiesznie – Zawsze jest ten, dziękuję serdecznie i do widzenia.

Przezornie postawiła pudełko na podłodze przed przednim siedzeniem, żeby uniknąć ewentualnego zsunięcia  z fotela i rozbicia, i ruszyła w drugi koniec miasta, na osiedle Dubois. Zaparkowała na strzeżonym parkingu między blokami, wzięła pudełko pod pachę i poszła osiedlową uliczką na skróty. Po pięciu minutach wyszła prosto na frontową bramę cmentarza. Minęła ją i na pamięć przebyła krótką, ale mocno serpentynową ścieżkę pomiędzy grobami. Zatrzymała się przed jednym, pokrytym pomnikową płytą i przystrojonym krociem białych lili. Przeczytała napis z nagrobkowej płyty; choć znała go co do joty, czytała od nowa za każdym razem:

Choć odeszłaś – zostałaś:

w sercu, w głowie, w duszy.

Bezmiar katuszy nie wróci nam Ciebie,

bo odeszłaś.

Niech Pan święci pokój Twej duszy,

choć przedwcześnie Cię zwerbował.

Miał powód, Aniołku, w Niebie Cię potrzebował.

Zasiliłaś Jego szeregi, bo odeszłaś.

Zostałaś – w sercu, w głowie, w duszy.

Ś.P. Tamara Witenka:

3 grudnia 1980 roku – 14 września 1999 roku.

Dopiero teraz otworzyła pudełko: był taki jak zawsze – klarownie zielony i baśniowy. Postawiła znicz u wezgłowia grobu, po środku dwóch wmurowanych wazonów z kwiatami, i podpaliła knot. Rozejrzała się dookoła, czy nikt nie patrzy, czy aby cmentarz na pewno jest pusty, a potem zapaliła papierosa i  usiadła ze skrzyżowanymi nogami przed grobem; w eleganckim płaszczu, na mokrej, zimnej trawie.

- Cześć, słonko. - powiedziała do grobu – Nie wiem, czy wiesz, ale ostatnio rozpętała się wokół ciebie prawdziwa burza. Jest taki jeden gość, który uparł się, że tamtego wieczora rzeczy odbyły się inaczej, niż zeznałam osiem lat temu. Ale nie przepytywał mnie teraz zbyt dokładnie, nie jestem więc pewna, do czego tak naprawdę zmierza. Pod jego wpływem jednak sama zwątpiłam przez chwilę we własną uczciwość i zaczęłam sobie wyobrażać, że wepchnęłam cię pod kółka tamtemu durniowi. Chociaż to istne szaleństwo. Obie przecież wiemy, jak było. Och, gdybym mogła cofnąć czas... - Pola mocno przełknęła ślinę – Ale nie mogę. Muszę żyć dalej i jedyne, co mam, to bolesne wnioski, które póki co doprowadziły mnie donikąd. - w tym punkcie Pola wzniosła oczy do nieba, jakby pod nim właśnie wisiała niewidzialna ściana, do której dobrnęła. Spojrzała spowrotem na grób i zmieniła wątek monologu – Przepraszam, że nie przyjdę do ciebie 1.listopada, ale przecież wiesz, że nie lubię tłoku na cmentarzu. Wolałam odwiedzić cię dzisiaj i widzę, że dobrze zrobiłam, bo jesteśmy zupełnie same.

          Wiesz, powinnaś się dowiedzieć, że na początku byłam na ciebie zła, że tak nagle mnie zostawiłaś. Ale potem mi przeszło i pozostał tylko żal i wyrzuty sumienia, ciągle nie wiem, z jakiego powodu. Przedwczoraj widziałam się z Olafem, a wcześniej z Agatą. Oni też, szczególnie Olaf, byli na mnie w pierwszym odruchu źli. Bo ja też ich zostawiłam. Mimo, że żyję, to opuściłam ich identycznie, jak ty mnie. Widząc w niedzielę Olafa, pojęłam dokładnie źródło jego złości, tak jak i swojej wobec ciebie, o której on mi niechcący przypomniał. Wiesz, to nieoczekiwane spotkanie z Olafem zadziałało na mnie jak pobyt w „Beczce Śmiechu”. Dzisiaj widzę wyraźnie swoją hermetyczność, chociaż może uzasadnioną, to jednak bezsensowną i przerysowaną. I powiem ci szczerze, że twoją także. - tu Pola uśmiechnęła się boleśnie – Nie, nie dlatego, że umarłaś. Gdy żyłaś, gdy trzymałyśmy się razem, obie byłyśmy jak hermetycznie zamknięte dwa, podobne sobie, byty. Dopiero dzisiaj zaczynam to rozumieć. To dlatego nikt tak naprawdę nie wie, co się stało wtedy, 14.września. Nikt nie wie, nie dlatego, że we dwie wyszłyśmy z imprezy, lecz dlatego, że to wyłącznie nasza sprawa.

     Jeśli więc w okolicznościach twojej śmierci było coś, o czym zapomniałam albo czego nie zauważyłam, to daj mi jakiś znak. Pomóż mi pamiętać prawdę, inaczej zapomnę siebie i już nigdy się nie otrząsnę. Pozwól, słonko, pozbierać mi się, tak prawdziwie, nie na niby. - westchnęła i potarła oczy wierzchem nadgarstka – Cóż mogę ci więcej powiedzieć? Wiesz, nigdy nie myślałam nad lokalizacją twojego ducha, ale dziś przychodzi mi do głowy, że mieszkasz sobie na miękkich chmurkach. Chciałabym, żeby tak właśnie było. A przede wszystkim mam nadzieję, że mile cię tam traktują i, że dobrze dopasowali ci skrzydła.

- Nie potrzeba skrzydeł w świecie składającym się z czystej energii, moja   słodka wariatko. Dusza to jedyne istniejące perpetum mobile. Posiada własny, niewyczerpany napęd. - Pola usłyszała naraz głos Tamary.

Nie rozejrzała się jednak wokół, ani nie zdumiała. Już kilkakrotnie wcześniej, stojąc przy grobie, słyszała jej głos wewnątrz swojej głowy jakby brzmiał rzeczywiście. Z czasem uznała to za wytłumaczalne, bo jeśli ktoś był dla kogoś bardzo bliskim, po śmierci zwykle zyskiwał miejsce w jego głowie. Nie w rzeczywistym świecie, tylko w wyobraźni. Po prostu Pola była z Tamarą zżyta, a zatem zdawało się logiczne, że mówiąc do jej grobu, czasem łapała się na iluzji słyszenia jej werbalnych odpowiedzi, podczas gdy konstruowała je sama w myślach. Znając styl bycia Tamary, mogła się przecież spodziewać, jakich słów użyłaby ona w ich wspólnym dialogu.

     Uśmiechnęła się do swoich myśli, a potem wstała i pocałowała, wygrawerowane na nagrobku, imię i nazwisko. Tym gestem zawsze żegnała się z grobem. Otrzepała tył płaszcza i zebrała pojedyncze suche listki dębu, leżące wśród lilii. Wyszła z cmentarza, wyrzucając je po drodze do narożnego śmietnika.

     Zatoczyła kółko wokół osiedla i zatrzymała się przed tutejszym marketem. Poczyniła prędkie zakupy i zawróciła do centrum miasta. W piętnaśnie minut później zaparkowała na ulicy Długiej. „Może cała sytuacja z Koniecznym ma tylko taki sens, żebym odkurzyła stare półki, żebym mogła zachować twarz?” - zastanowiła się. Wzięła kolorową reklamówkę i weszła do klatki starej kamienicy, w której nie była od czasów liceum. Nie było to dla niej przyjemne, a jednak poczuła, że w końcu musi tu przyjechać. Wbiegła na drugie piętro i przycisnęła odnowiony guzik dzwonka przy mieszkaniu nr 12. Nie usłyszała żadnego dźwięku, więc przycisnęła jeszcze dwa razy. Drzwi uchyliły się stosunkowo szybko, ale nieśmiało. W małej szparze między krawędzią drzwi a zewnętrzną futryną pojawiła się znajoma, trójkątna buzia siwej kobiety.

- Słucham? - zapytała kobieta.

- Dzień dobry. Wiem, że zjawiłam się nagle, ale czy mogę na chwilę wejść? - przywitała się Pola.

Kobieta zmarszczyła brwi.

- Przykro mi, ale nie wpuszczamy akwizytorów. - odparła i obrzuciła wzrokiem politowania, trzymaną przez Polę, reklamówkę.

Pola oblała się rumieńcem zażenowania.

- Ależ to ja, Pola, Pola Renik! - zdążyła zawołać, nim drzwi zatrzasnęły się przed nią.

Wykrzyknięcie nazwiska podziałało. Pani Witenka szeroko rozwarła drzwi, a zaraz potem – ramiona.

- Nie poznałam cię, kochana. - rzekła ze łzami wzruszenia – Wejdź, skarbie, niech cię przytulę i obejrzę.

Weszła, a pani Witenka objęła ją tak zamaszyście, że Poli spadła czapeczka.

- No tak, to przez ten kolor. - rzekła pani Witenka, patrząc na jej włosy – Zmieniły się nie do poznania. Wyglądasz bardzo dojrzale i w ogóle światowo.

- Gdzież tam. - sprzeciwiła się Pola – Proszę przyjąć ode mnie ten drobiazg w ramach przeprosin, że nie odwiedziłam państwa od... - Pola urwała niezręczną wypowiedź i wyjęła z torby eleganckie, podłużne, metalowe, w kolorze kości słoniowej pudełko czekoladek oraz butelkę białego wytrawnego wina.

- Nie trzeba było. - pani Witenka machnęła ręką i pogładziła Polę po policzku – Szkoda, że mąż w odwiedzinach u siostry za miastem. Będzie mu przykro, że nie mógł cię zobaczyć.

- Niech go pani pozdrowi ode mnie jak najcieplej. - rzekła Pola lakonicznie, zdejmując płaszcz i wchodząc za gospodynią do gościnnego pokoju.

Pani Witenka rozpieczętowała bombonierkę i zaparzyła kawę. Pola streściła jej swoje bieżące życie, ale nie wspomniała słowem ani o policjancie, ani o złych myślach, które szarpały nią w ostatnich dniach za jego przyczyną.

- Agatka systematycznie pokazuje nam zdjęcia twoich obrazków. - powiedziała pani Witenka – Masz nieprzeciętne zdolności. Jesteśmy z mężem bardzo z ciebie dumni. Agatka i Olaf też.

Pola poczuła się zakłopotana. Zapchała sobie usta pieniącą się czekoladką i nerwowo rozejrzała po pokoju.

- Nie bądź przesadnie skromna. - poprosiła pani Witenka i poklepała ja w kolano – Życie czasami zadaje ciosy, a czasami nagradza. Musisz nauczyć się hołubić swoje sukcesy. To stworzy ci tarczę i ochroni przed ciosami.

Pola z trudem przełknęła czekoladkę, pociągnęła łyk kawy i zdobyła się na odwagę, aby zapytać:

- Jak można osłonić się przed ciosami z przeszłości?

- Nie można. - przyznała pani Witenka i uśmiechnęła się cierpko – Ale można znaleźć pocieszenie.

- Ale chyba nie w zawodowych sukcesach?

Pani Witenka wzruszyła ramionami i zastanowiła się.

- Niektórym może się to udaje, choć po twojej minie sądzę, że ty do nich nie należysz. - odrzekła.

- Może ludzie, którzy próbują zajmować się sztuką, muszą cierpieć wciąż z tych samych powodów? - spytała Pola ogólnikowo.

Pani Witenka popatrzyła na nią współczująco.

- Nie wiem, kochanie, jak układają się proporcje smutku do profesji, którą uprawia dany człowiek. Wiem natomiast, że na temat cierpienia nie wymyślono dotychczas niczego mądrzejszego ponad to, co zawiera się w „Księdze Hioba”. - odpowiedziała – Ja właśnie tam znalazłam swoje pocieszenie.

Pola spojrzała na swoją rozmówczynię z podziwem.

- A ja nie potrafię się pocieszyć. - otworzyła się – Ostatnio intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej zastanawiam się, dlaczego Tamara zginęła. Próbuję sobie przypomnieć, czy na pewno to było nieuniknione. Chciałabym dociec prawdy, żeby wreszcie uwolnić się od jej ciężaru. Ale nie mogę pojąć, dlaczego to była Tamara. Dlaczego właśnie ona?

Pani Witenka schowała dłoń Poli w swoich dłoniach, a potem wzięła ją za rękę i poprowadziła w kierunku drzwi do przeciwległego pokoju.

- Chodź ze mną, coś ci pokażę. - rzekła po drodze.

- To jej pokój. - orzekła Pola, kiedy stanęły przed zamkniętymi drzwiami pomieszczenia.

- Czyżby? - spytała tajemniczo siwa jak mleko, chociaż wcale nie drastycznie stara, kobieta.

I widząc zagubienie w twarzy Poli, nacisnęła klamkę.

- Wejdź. - zaproponowała – Jestem przekonana, że nigdy tu nie byłaś.

Zdezorientowana Pola – weszła do środka. I nie zobaczyła niczego, co mogłaby znać z dawnych wizyt u swojej przyjaciółki. Na wszystkich ścianach gęsto wisiały półki z książkami, a w centrum stał okrągły stolik z szachownicą, otoczony pięcioma pufami.

- Myślę, że strata własnego dziecka jest najtrudniejszą z możliwych strat. Dlatego, że odwraca kolejność działań w schemacie natury. Każdego dnia strofuję się w myślach, żeby mnie nie poniosło, i żebym nie zabluźniła przeciw Bogu. Każdego dnia pilnuję się, żeby nie zadać Bogu tego retorycznego pytania, które Ty zadałaś przed chwilą. - rzekła pani Witenka dziwnie uduchowionym tonem – Są takie pytania i prawdy, których lepiej nie zadawać i nie dotykać. Gdybym choć raz spytała: „Dlaczego zabrałeś mi dziecko?”, prawdopodobnie dzisiaj nie rozmawiałybyśmy ze sobą. Bo odpowiedź na takie pytanie, lub sama próba znalezienia odpowiedzi, mogłaby mnie zabić czy doprowadzić do choroby psychicznej. W każdym razie nie wydaje mi się, by ktokolwiek przełknął wstrętną żółć takiego myślenia.

Pola z dużym skupieniem wsłuchała się w te słowa. Była pod dużym wrażeniem pani Witenki, która zaimponowała jej nieoczekiwaną wyrozumiałością. Pani Witenka jakby bezbłędnie odczytała jej myśli, bo uśmiechnęła się serdecznie i powiedziała:

- Nie patrz na mnie jak na Matkę Teresę z Kalkuty. Nie jestem taka miłosierna i wcale nie wybaczyłam temu człowiekowi, że zabił mi córkę.

- A mówi pani takie rzeczy, jakby całkiem mu wybaczyła. - rzekła Pola ze zdziwieniem.

- Ech, nie potrafiłabym wybaczyć czegoś takiego. Dlatego od ośmiu lat zmuszam się, żeby nie myśleć o śmierci mojego dziecka w kategoriach winy i kary.

- A w jakich? - spytała Pola.

Dotychczas nie przypuszczała, że można patrzeć na tę tragedię z innego punktu.

- Staram się myśleć o śmierci Tamary nie jak o splocie przyczynowo-skutkowym, lecz po prostu jak o śmierci. To wszystko. Niczego nie rozważam i nie rozstrzygam. - wyjaśniła pani Witenka – Mówię ci, że są na świecie prawdy, których lepiej nie drążyć. Lepiej zostawić Boskie sprawy Bogu. Niech On osądza i ocenia. Ja nie chcę.

- Ale przecież dociekanie i ocenianie są wpisane w naturę człowieka. To nawet logiczne, skoro jesteśmy „na Jego obraz i podobieństwo”.

- W naturę człowieka jest wpisane, że rodzice umierają pierwsi. I spójrz, co mnie spotkało. - rzekła pani Witenka w odpowiedzi, a zaraz potem rozejrzała się po pokoju i dodała – Rok temu usunęliśmy z mężem jej rzeczy. Zostawiliśmy tylko zdjęcia, niektóre książki i takie tam, wszystko, co wiąże się z dobrymi wspomnieniami. Ubrania oddaliśmy na PCK. Widzisz więc, skarbie, że nie ma prawd absolutnych i oczywistych. Bo w naszym przypadku nie jest tak, jak czasem czytuje się w gazetach, że pokój dziecka na wieki pozostał nietknięty, jakby w dowolnym momencie miało powrócić i zasiąść do odrabiania lekcji.

- Kto mieszka teraz w tym pokoju? - zapytała Pola.

- Ja na zmianę z mężem, albo żadne. - odparła pani Witenka – To jest teraz zabawowy pokój. W soboty grywamy w nim z Agatą i jej małą w karty, a raz na jakiś miesiąc wpada tu Olaf i przycina z mężem partyjkę szachów.

- W jej pokoju. - skomentowała Pola.

- Właśnie dlatego chciałam ci go pokazać. - wyjaśniła pani Witenka – Żebyś zobaczyła, że to nie jej pokój, tylko nasz. Ona go już nie potrzebuje. Byłoby absurdem zadręczać się widokiem przedmiotów i ciuchów, których ona już nigdy nie dotknie.

- Bo nie powróci. - zrozumiała Pola.

- Ano, nie. Ale mam ją żywą, o, tu. - to powiedziawszy, pani Witenka dotknęła swoich skroni – Nie potrzebuję już żadnych materialnych wytycznych, żeby o niej pamiętać.

„I nie potrzebuje nikogo obwinić, żeby zasymilować jej śmierć.” - pomyślała Pola z uznaniem, ale nie powiedziała tego na głos. Nie chciała nadwyrężać gościnności pani Witenki, żerując na bezpośredniości jej osobistych wyznań.

     Wizyta przebiegła łagodnie i dopiero na jej skutek Pola poczuła, że stres ostatnich dni z niej opada.

- Wstyd mi, że tak zwlekałam z odwiedzinami. - przyznała Pola na koniec, kiedy już stała w płaszczu i berecie, gotowa do wyjścia – Bo przecież obiecałam, że będę państwa odwiedzać. Jestem wdzięczna, że nie zatrzasnęła mi pani drzwi przed nosem. To spotkanie tyle mi dało, a przez mój egoizm mogło wcale się nie odbyć.

Pani Witenka roześmiała się szeroko.

- Wy młodzi ciągle zdumiewacie mnie swoją radykalnością. Jeszcze dużo wody musi upłynąć, nim zrozumiesz, że nie wszystko w życiu jest białe albo czarne. Brzmi to śmiesznie, bo na co dzień zajmujesz się kolorem. Ale chociaż twoje obrazy są wspaniałe, ty sama wyłapujesz wzrokiem jeszcze bardzo mało odcieni. - skwitowała pani Witenka, a widząc, że Pola dziwi się tym słowom, niezupełnie pojmując ich przesłanie, dorzuciła bardziej pogodnie – Jesteś jeszcze dziecinna. Nie gniewaj się, kochanie, że ci to mówię, bo w twoim przypadku to zaleta. Chodzi o to, że z wiekiem człowiek pokornieje, a czas rozciąga się i na wszystko jest więcej miejsca. Na przykład dla mnie liczy się, że spełniłaś obietnicę, a nie, ile czasu z tym zwlekałaś.

- Dziękuję pani. - odrzekła Pola i przytuliła się na pożegnanie.

Swobodnie i mocno.

 

     W ten sam wtorek po południu Agata odwiozła Jagodę na nocleg do swoich rodziców. W drodze powrotnej kupiła słodki wermut i oryginalne kubańskie cygaro, a potem pojechała do szkoły i zaparkowała na ulicy, tuż przed wjazdem na teren licealnego gmachu. Zgodnie z planem, równo o piętnastej, otworzyła się żelazna furtka i na chodniku w odległości jakichś sześciu metrów od niej, pojawił się Olaf obładowany po pachy arkuszami papieru A4. Po raz pierwszy od tygodni dzień był w miarę słoneczny i Olaf przez dłuższą chwilę mrużył oczy, rozglądając się dookoła. Zatrąbiła więc, a kiedy odruchowo spojrzał w stronę źródła dźwięku, pomachała mu przez przednią szybę. Nie mógł jej odmachać, bo ręce miał zajęte – więc uśmiechnął się i czym prędzej podszedł do samochodu. Otworzyła mu drzwi i, przewieszając się przez pasażerskie siedzenie, odebrała od niego część zbitych kartek, jakieś książki i pomogła ułożyć je na tylnej kanapie.

- Nie spodziewałem się, że przyjedziesz Seatem. - usprawiedliwił się na powitanie, sadowiąc w środku – To dlatego gapiłem się na boki jak fajtłapa. - dorzucił, zapinając pas.

- Szymon zostawił mi Seata. Najwidoczniej już dawno postanowił, co z nami będzie, bo bez ceregieli zostawił mi bardziej rodzinny wóz. - rzekła posępnie i przekręciła kluczyk w stacyjce.

- Czyli klamka zapadła? - upewnił się Olaf.

- Dzisiaj rano. - odparła i westchnęła – Nie mówmy o tym po drodze.

- Nie skręcaj. - poprosił Olaf – Podrzucisz mnie na sekundę do domu, to zostawię ten szkolny majdan.

Agata wyłączyła migacz, zadowolona z natychmiastowej zmiany tematu. Z Olafa był dobry przyjaciel: nie trzeba mu było dwa razy powtarzać. Przejechała skrzyżowanie na prostej i przycisnęła gaz.

- Co to za kartki? - spytała.

- Klasówki. Do piątku zostały mi do sprawdzenia jeszcze czterdzieści dwie.

- Aż tyle?

- Byłoby mniej, ale nie lubię tej roboty i zawsze z nią zwlekam do ostatniej chwili. A dodatkowo wczoraj wieczorem zająłem się czym innym i teraz będę musiał przysiąść nad nimi, żeby w piątek rano nie obudzić się z ręką w nocniku. - przyznał.

- Nie gaś silnika, zaraz będę spowrotem. - powiedział, kiedy zatrzymała się na Prusa.

Zatoczyli kółko do centrum i odbili w lewo w kierunku Letniej. Do domu Agaty zajechali od drugiej strony lasu, poczynając od dużych numerów tej peryferyjnej ulicy. W milczeniu zjedli obiad, po czym przenieśli się do salonu na parterze. Agata nastawiła po cichu analogową płytę Sade. Rozsiedli się wygodnie na leniwych białych fotelach w kwiaty rozmieszczonych naprzeciw siebie po dwóch mniejszych łukach jajokształtnego, przysadzistego stołu.

- Odkorkuj. - poprosiła Agata, wręczając Olafowi butelkę wermutu.

Przez chwilę wnikliwie czytał etykietę.

- Nie wiem, czemu zawsze robię takie rzeczy. Przecież znam się tylko na komputerach. - zakpił z siebie, żeby rozchmurzyć koleżankę.

Ale kiedy podawał jej siermiężny, pucharkowy kryształ z alkoholem, zamiast uśmiechu zobaczył dwie bezgłośne grube strugi łez na jej twarzy.

- Pij. - powiedział, trykając swoją szklankę z krawędzią jej szklanki – I płacz, jeśli chcesz. Dziś i tylko dziś możesz sobie na to pozwolić.

Uśmiechnęła się krzywo i przetarła oczy mankietem swetra. Wzięła dużego chausta i lekko  zakasłała.

- Słodkie, ale mocne jak nie wiem. - stwierdziła.

Napoje procentowe sączyła wyłącznie od wielkiego dzwonu: zawsze, aby coś uczcić, zaś nigdy z rozpaczy. W każdym razie na pewno miała słabą głowę i wszystko, co nie było kompotem, mogło dać jej kopa.

- Dzisiaj po raz pierwszy w życiu się upiję. - uprzedziła Olafa – Bądź gotów na najbardziej ekstremalne wynurzenia.

- Jestem gotów, zaczynaj. - powiedział żartobliwie i klepnął ją w ramię.

- Wyczułam, że coś kategorycznie trachnęło, kiedy Szymon zaczął się pakować spowrotem do Wrocławia już w niedzielę. Trafiło mnie, że wziął małego Forda. Ale jeszcze nie traciłam nadziei. Dał mi do zrozumienia, że za dwa tygodnie, kiedy przyjedzie, sensownie pogadamy, co i jak. Myślałam, że czeka nas może małżeńska terapia, wypad za miasto, nie wiem, co. - Agata pociągnęła solidny łyk, po czym kontynuowała – Coś, co pomoże nam skleić się na nowo, mentalnie i fizycznie.

- To co się właściwie stało? - zapytał Olaf i też się napił – Co przesądziło o waszym kryzysie?

Na to pytanie Agata aż zakrztusiła się łzami.

- Jak wiesz, psuło się między nami już od wielu miesięcy. I to na wszystkich frontach. - odparła, kiedy udało jej się opanować kolejną falę płaczu – Najpierw przestaliśmy ze sobą sypiać, a potem rozmawiać. Myślałam, że to przejściowe kłopoty spowodowane jego napięciem w pracy. Widzisz, przyjaciele Szymona z Akademii Medycznej dwa lata temu otworzyli prywatną klinikę chirurgii plastycznej we Wrocławiu.

- To ci sami, u których teraz siedzi?

- Nie całkiem. Ale po kolei. W czasie gdy między nami zaczęło się sypać, Szymon już jeździł do nich do pracy. - opowiadała Agata, raz po raz przerywając sobie popijaniem wermutu – Brali go do niektórych konsultacji z pacjentami, a w ciekawszych przypadkach operował.

- Mówiłaś, że razem skończyli medycynę w Łodzi. Co pognało tych dwoje w tamte strony? - wtrącił Olaf.

- Wrocław to ich rodzinne miasto. - wyjaśniła i zaraz wróciła do głównego wątku – Szymon wyjeżdżał do nich na dwa-trzy dni i nieźle zarabiał. Był zadowolony. Zdawkowo chwalił warunki i atmosferę kliniki. Wspominał coś o chirurgicznych wyzwaniach, które brał z powodzeniem. A równolegle do tego, między nami było coraz gorzej: totalny rozłam. Jakieś dwa tygodnie temu znienacka wymyślił, że zabierze Jagodę na któryś weekend do Wiktora i Weroniki.

- Do tych przyjaciół, tak?

- Właśnie. - przytaknęła – Uznał, że jest wystarczająco duża na taką wycieczkę, że pokaże jej wrocławskie zoo i wilczarza, olbrzymiego super łagodnego psa, którego tamci mają.

- I zgodziłaś się.

- Czemu nie? - odrzekła – Szymon zawsze miał fantastyczną relację z Jagodą. Nie widziałam przeciwwskazań do tej wyprawy. Poza tym między wierszami czułam, że Szymon chce ode mnie odpocząć. Służbowe wyjazdy za miasto to jednak nie to samo, co weekendowy wyjazd z córką, bez zrzędzącej żony u boku. Pomyślałam, że może coś takiego jest mu potrzebne.

- Więc co poszło nie tak?

- Cóż, wczoraj wczesnym popołudniem przywiózł mi Jagódkę, pozbierał więcej osobistych rzeczy, zapakował się do Forda i spruł spowrotem. - rzekła, wzruszając ramionami i wychylając z kryształu resztę alkoholu – Nalej jeszcze odrobinę. - poprosiła, przerywając sobie na chwilę – I wyobraź sobie, traf chciał, że Jagoda dzisiaj od świtu zaczęła pokasływać. Przetrząsnęłam torbę z jej rzeczami, które mieli ze sobą podczas weekendu. Pamiętam, że włożyłam do niej syrop na kaszel. Dzisiaj rano spokojnie wytrzepałam wszystkie rzeczy, ale syrop gdzieś wcięło. Wykręciłam numer na komórkę Szymona, żeby się zapytać, i odebrała jakaś babka. Aż mnie zatkało. Mówię jej, że chcę rozmawiać z Szymonem, a ona na to, że Szymon nie może podejść do telefonu, bo bierze prysznic. Zapytałam ją, czy rozmawiam przez przypadek z Weroniką, a ta idiotka mi na to: „Nie, tu Zuzanna, przyjaciółka Szymona. Czy coś przekazać?”.

Olaf ze zdumienia aż otworzył usta.

- I co jej odpowiedziałaś?

- Że proszę, aby przekazała, że dzwoniła żona. - odrzekła Agata – A ta Zuzia na to się nie rozłączyła, tylko zakryła ręką słuchawkę. Niezbyt szczelnie. Usłyszałam w tle głos Szymona, który pytał, z kim ona rozmawia. A ona na to: „Tak mi przykro, kotku, myślałam, że to komórka służbowa. Mam twoją żonę na linii. Co mam powiedzieć?”. I wtedy się rozłączyłam. Zamknęłam się w łazience i rozpłakałam w ręcznik, żeby nie obudzić Jagody.

- Jesteś bardzo dzielna. - pochwalił Olaf i pogłaskał ją po ramieniu.

Zasłoniła sobie dłonią oczy, ale już nie kapnęły z nich nowe łzy.

- Oddzwonił do mnie po dziesięciu minutach. - dokończyła historię po zdecydowanej pauzie, kuląc się w fotelu – Oznajmił mi po prostu, że trzy miesiące temu poznał kogoś i, że to coś na serio. Znajomy prawnik przygotował już papiery rozwodowe. Szymon zostawia mi dom, Seata i w sumie sporo środków do życia. Zależy mu na Jagodzie, więc chce, żeby nie brakowało jej niczego, mnie również. Powiedział, że zawsze będę matką jego dziecka. Ma świadomość, że zarwałam medycynę przez miłość do niego i ciążę, dlatego chce zapewnić mi opiekę finansową, przynajmniej póki Jagoda nie dorośnie.

- Chociaż w tym względzie nie okazał się ostatnim złamasem. - orzekł Olaf i raz jeszcze pogłaskał ją po ramieniu.

- Przyznał się, że z tchórzostwa zwlekał z powiedzeniem mi prawdy. Zależy mu, żeby rozegrać to mądrze z uwagi na Jagódkę. We wtorek przyjedzie do mnie z tym adwokatem. Chce ustalić warunki rozwodu i przede wszystkim podział obowiązków i praw rodzicielskich.

- Nie podpisuj niczego pochopnie. - upomniał ją Olaf.

- Szymon powiedział, że będę miała tyle czasu na zastanowienie, ile będzie mi potrzeba. - odrzekła Agata – I Jagoda oczywiście zostanie ze mną.

Mówiła coraz wolniej. Alkohol z pewnością miał w tym swój udział, chociaż Agata rozluźniała się systematycznie w miarę zwierzania. Widząc, że mocno podkurczyła kolana i oparła się o nie czołem, Olaf pomyślał, że jest senna, i że w zasadzie spełnił swoje zadanie.

- To prawda, że szumi mi w głowie, ale wcale nie jestem śpiąca. - powiedziała nagle, jakby czytała mu w myślach.

Uniosła głowę i spojrzała na niego półprzytomnymi, spuchniętymi oczyma.

- Powiedział mi, że zdrada z samej definicji jest pozbawiona klasy, dlatego chciałby, aby nasz rozwód miał klasę. - dodała zmęczona, tymi słowy stawiając kropkę nad meritum tego wieczoru.

„Jaki on szarmancki.” - pomyślał Olaf z kpiną.

- Jesteś silna i dlatego wyjdziesz z tego obronną ręką. - podsumował na głos.

Przefrunęło mu przez myśl, że sam może także uniknąłby depresji, gdyby po śmierci ukochanej zamknął się w pokoju z butelką wina, włączył płytę Björk i zwyczajnie pozwolił sobie przeżyć swój ból.

- Bardzo go kochałam. - szepnęła Agata, zamykając oczy i zwijając się w zdecydowany kłębek – Kupiłam dzisiaj takie samo cygaro jak to, które on czasem popalał wieczorem, czytając książkę i siedząc przy kominku.

- Agata, nie usypiaj. - powiedział Olaf, pochylając jej się nad uchem – Musisz wstać i zamknąć za mną drzwi. A ja muszę wracać do domu.

- Zostań ze mną. - poprosiła i zapadła się w sen.

Nie był rad z takiego obrotu sytuacji, ale nie miał już wyboru. Przeniósł Agatę na sofę i opatulił wierzchnim kocem. Wyłączył sprzęt muzyczny, posprzątał ławę i poszedł na górę poszukać jakiegoś koca dla siebie. Szczęśliwie trafił na stos upranych rzeczy, ułożony na szafce na prawo od schodów. Po chwili wrócił na dół i spreparował sobie posłanie na dywanie niedaleko sofy. Zdjął sweter i spodnie i zagrzebał się w kilku kocach, pachnących proszkiem do prania, uprzednio wygaszając wszystkie światła. „I znowu nie sprawdzę ani jednej klasówki. Żebym wiedział, że tu zostanę, nie zawoziłbym ich do domu. - pomyślał ze złością – Jestem uziemiony, a nie ma jeszcze dwudziestej pierwszej. Srał to pies.”. Nie był jednak zły na Agatę, tylko na Szymona, na Rafała Piekowskiego, i trochę na Polę.

 

     We wtorek o dziesiątej rano Błażej obdzwaniał po kolei wszystkie nośne kwiaciarnie w Łodzi. Po dwunastej próbie, zakończonej fiaskiem, był bardzo bliski zrezygnowania z pomysłu, który jeszcze godzinę temu wydawał mu się znakomitym. „Ostatni raz. - przekonywał się w myślach, wystukując następny numer z książki telefonicznej – Niech będzie to szczęśliwa trzynastka.”.

- Potrzebuję jednej pięknej, olbrzymiej, mocnej róży. - powiedział kobiecemu głosowi, który odezwał się w słuchawce.

- Mamy szeroki wybór róż. - odrzekł głos – Czy ma pan coś szczególnego na myśli?

- Szczerze mówiąc, tak. - odparł – Szczególnego i charakterystycznego. Coś, co momentalnie zapada w pamięć. Róża musi być niemiłosiernie długa, umiarkowanie kolczasta, z minimalną ilością listków i dosyć wyraźnie rozwinięta, chociaż nie całkiem. - wyliczył jednym ciągiem – Nie chciałbym, żeby płatki opadły jej zaraz po dwóch dniach. Mawiają, że nie ma róży bez kolców, ale mnie się zdaje, że tu chodzi raczej o płatki, rozumie pani. No i kolor, najważniejszy jest kolor.

Kobiecy głos w słuchawce roześmiał się sympatycznie.

- Jaki kolor pana interesuje? - zapytał głos – Mamy róże w przenajróżniejszych odcieniach czerwieni, cytrynowożółte, w kolorze kości słoniowej, pąsowe, bladoróżowe, herbaciane z beżowym szlaczkiem na obrzeżach płatków, a nawet, bardzo rzadko spotykane, ekskluzywne czarne róże.

- Słyszę, że po żmudnych bezowocnych poszukiwaniach dotarłem wreszcie do kogoś kompetentnego. - Błażej schlebił głosowi i wziął głęboki wdech, aby po raz kolejny wygłosić najtrudniejsze zdanie – Potrzebuję turkusowej róży.

Po raz trzynasty usłyszał  chichot.

- Ależ proszę pana, nie ma turkusowych róż. - odrzekł głos.

- A Kopernikowi mówili, że ziemia jest płaska. - żachnął się lekko.

- Są róże niebieskie, nawet jasnobłękitne, ale nie turkusowe. - powtórzył głos.

- A ja myślę, że nie ma prostych odpowiedzi na pytania, natomiast mogą się zdarzyć turkusowe róże, jeśli zaproponować odpowiednią zapłatę. - Błażej nie dawał za wygraną.

Głos zawiesił się na chwilę, po czym zapytał:

- O jaki turkus panu chodzi: morskozielony czy, jakby to powiedzieć, bardziej jak niebo?

- Bardziej chyba to drugie... - zawahał się – Wie pani, jak wygląda kamień szlachetny- turkus? - spytał.

- Uhmmm. - przytaknął głos.

- To świetnie, właśnie takiej róży szukam.

- Na kiedy jest panu potrzebna? - zapytał głos.

- Piątek przed południem. Czy to oznacza, że ją u pani dostanę?

- Bladego pojęcia nie mam. - odrzekł głos – Ale tak mnie pan zaintrygował, że muszę pomówić z kierownikiem. Może coś dla pana wyczarujemy. Proszę zostawić mi numer do siebie, oddzwonię za jakąś godzinkę.

Błażej przedyktował głosowi swój numer komórkowy.

-          Z góry dziękuję. - powiedział na koniec z zadowoleniem – Proszę wyczarować mi różę, to ja wyczaruję dla pani nieprzyzwoicie wysoką prowizję.

 

Justyna Karolak 

Ciąg dalszy nastąpi...

 

---