Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak – “Dziewczyna z kamieniem” – Odcinek nr 8 

Justyna Karolak – “Dziewczyna z kamieniem” – Odcinek nr 8

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

Rozdział VIII.

 

- ...Fajnie. – ucieszył się Olaf...

 

 

     W niedzielne przedpołudnie nie było jeszcze ulicznych korków, zatem – mimo siąpiącego deszczyku – Pola odbyła szybką i łatwą trasę powrotną do Warszawy. Zaraz po wejściu do domu wskoczyła do gorącej kąpieli z dodatkiem eterycznego olejku waniliowo-pomarańczowego. Potem ubrała się w dres oraz grube, marszczone w kostce skarpety, i zapaliła papierosa. Paląc, poczęła się przechadzać po drewnianych parkietach – w samych skarpetkach. Bardzo to lubiła. Ta prosta czynność uspokajała ją i pomagała zyskać jasność myśli. Nagle uznała, ż w mieszkaniu jest bałagan, chociaż wcale tak nie było, bo nawet w pracowni po ostatnim malowaniu wszystko miała posegregowane; szczelnie pozakręcane tuby z farbami, starannie domyte pędzle i dobrze oczyszczoną pilśniową płytę, służącą za paletę. Weszła więc do sypialni, gdzie w zabudowanej wnęce urządziła sobie garderobę, składającą się z trzech szaf o standardowych rozmiarach i podwójnych suwnych drzwiach, pokrytych lustrami. Poczuła ochotę, aby w nich posprzątać. Otworzyła je, jedną po drugiej, i całą zawartość wyrzuciła na podłogę. Wystawiła też z jednej z szaf karminową szkatułkę z listwowego drewienka w kształcie płaskiego prostopadłościanu z foremnym ośmiokątem w podstawie, która stała na dnie obok różnych par butów. Nie otworzyła jej, bo dobrze wiedziała, co jest w środku: krótki sznur pereł z dnia kościelnego ślubu i kilka innych biżuteryjnych drobiazgów, pozostawionych jej przez mamę. Przetarła szmatką wierzch pudełka zamkniętego na mały srebrny haczyk i odstawiła je spowrotem. Układała ubrania, paski, chustki, szale i torebki, oglądając je z zegarmistrzowską skrupulatnością, a później sytuując uważnie na odpowiednich półkach i wieszakach. Miała poczucie, że podświadomie czegoś szuka, ale w miarę sprzątania zrozumiała, że nie szuka niczego, bo każdą z rzeczy znała na pamięć i wiedziała, gdzie leży. „Masz bałagan w głowie, nie w domu.” - pomyślała pod koniec porządkowania, za które się zabrała, chcąc najwyraźniej zbudować ład wewnątrz siebie. W istocie tylko się zmęczyła, bo szafowe manewry pochłonęły jej parę godzin.

     Po szesnastej znów zaczęło solidnie padać i całkiem się ściemniło. Przegryzła coś i wypiła kawę, a potem usiadła w wiklinowym fotelu w pracowni, z węglem i blokiem rysunkowym A3 na kolanach. Właśnie uprzytomniła sobie, że w najbliższych dniach czeka ją dużo pracy. Wystawa na Pradze, mająca trwać do końca roku, zaczynała się za niecały tydzień. Jeżeli natomiast z wiosną Pola zamierzała podbić stolicę nowymi obrazami, to na ich przygotowanie pozostało jej mniej niż pół roku. Było to nader mało czasu, zważywszy, że Pola sprawdzała się w miarę dużych formatach: 200 X 170 cm, 250 X 190 cm, 280 X 200 cm. Poza tym tego popołudnia odczuła chęć kategorycznej zmiany kierunku i stylu swych obrazów. Ta chęć nie była jeszcze potrzebą i nie posiadała żadnej zewnętrznej formy, ale dała o sobie znać jako bliżej nieokreślony zamysł nadciągającej przemiany. Siadła więc ze szkicownikiem na kolanach, próbując w skupieniu nadgonić brak naturalnego światła i chociaż zarysować nowy charakter przyszłych malunków.

     Szkicując, starała się zachować dotychczasową tematykę swoich obrazów (człowiek we wnętrzu, człowiek i świat, człowiek i okno...), upatrując nowatorskości dopiero w późniejszych zestawieniach kolorystycznych oraz technice prowadzenia pędzla. Ale ręka jej nie słuchała. Węglowa kreska przestawała być konkretna i syntetyczna na rzecz nieoczekiwanej miękkości i rozmazania. Szkicowana postać zmniejszyła się w proporcji do wcześniejszych obrazów, stając bardziej odległą i przez to mniej ludzką. Otaczające ją niebo, ziemia i podłoga rozrosły się na wzór kubistycznej mozaiki – zamiast się podporządkować, bądź co bądź obecnemu na pierwszym planie, człowiekowi. Z każdym szkicem ów człowiek tracił ludzkie rysy, upodabniając się do widma ludzkiej istoty. Plany z założenia poboczne i dopełniające – jak fragmenty ścian lub cienie mebli w pomieszczeniu, a także tło – widok za oknem, głównie niebo – rozciągały się, wydłużały i deprymowały perspektywę, ze szkicu na szkic zyskując impresję wymarłego domu lub odludnego pejzażu. Z dawnej wciągającej dekadenckiej stylistyki charakterystycznej dla siebie, przeszła do statycznego, płaskiego, ospałego osamotnienia, charakterystycznego bardziej dla obrazów Giorgio de Chirico, niż dla niej. Nie była z tego zadowolona. Do dwudziestej trzeciej miała około piętnastu rysunków i bezwzględne zero satysfakcji. Prędko zaliczyła wieczorną toaletę, a potem przebrała się w pidżamę i z poczuciem przegranej, niczym bezimienny płód, schowała w miękkiej macicy pościeli. W głowie nie miała żadnych słów, ani myśli, tylko liczne, przemykające jak kratki kliszy fotograficznej, ilustracje. W którymś momencie klisza w wyobraźni się zastopowała, świadomość  zgasła, a w umyśle Poli pozostała jedna ilustracja: czysta, senna, nieruchoma emocja, pozbawiona dźwięków. Był to obraz Paula Delvaux pod tytułem „Cienie”, z tą różnicą, że wszystko, co w oryginale zostało oparte na błękitach, w głowie Poli przybrało barwę turkusu, jakby jej mózg w czasie snu pokrył pierwotny obraz zielonym laserunkiem. Poza tym wszystkie detale się zgadzały: opuszczona, drewniana stacja kolejowa z wagonem na torach donikąd; ciemne, proste, centralne drzewa bez koron, rzucające cienie jak kobiece sylwetki z rozpostartymi ramionami; i chłodna niewiasta w sinobiałej halkowej sukni, siedząca jak anonimowa ikona na tle otwartych dwoistych drzwi, prowadzących przez pomost do lub z morza. Może oprócz różnicy w głównej aurze kolorystycznej, włosy tej niewiasty też nie były zimno białe, lecz ciemniejsze, podobne do mokrego piasku. Ponadto niewiasta ze snu była na pewno młodsza od kobiety z dzieła znanego surrealisty, choć identycznie „mleczna” i „księżycowa, z równie nieskończonym, tkliwym rozmazaniem w oczach, zadumana nad swoim osamotnieniem. Tyle, że oblana turkusowym światłem, którego na prawdziwym obrazie nie było.

     W poniedziałek rano Błażej uporządkował swoje notatki i maszynopisy, a także po raz ostatni, na czysto, narysował plan fragmentu miasteczka, w jakim stał się śmiertelny wypadek. Na rysunku umieścił odpowiednie strzałki i oznaczniki, wskazujące na drogę, którą 14.września 1999 roku szły Tamara i Pola. Obok rysunku, z boku kartki, rozpisał legendę:

 

 


Rozwiązanie tajemnicy śmierci dziewiętnastoletniej Tamary Witenki, które wpadło mu do głowy wczoraj, w miarę jak porządkował sobie myśli tego ranka – wydało mu się genialne. Jednak z policyjnego punktu widzenia – było osadzone w nierealnym świecie. Nie mógł przecież udowodnić czegoś, na co po prostu wpadł, nie mając do dyspozycji żadnych śladów lub sygnałów z przeszłości, jakie mogłyby stanowić potwierdzenie słuszności jego dedukcji. Jedynym takim potwierdzeniem mogła być Pola. „Pola Renik równa się prawda obiektywna.” - pomyślał Błażej. Oto było brakujące spoiwo, którego poszukiwał od samego początku. I paradoksalnie rzecz ujmując, mimo iż wiedział, że to właśnie w Polę należy wsłuchiwać się najmocniej, klucz do zagadki odnalazł między wierszami jej dawnych przyjaciół. Nie mając o tym pojęcia, to oni wskazali na obiektywną prawdę, której źródłem była Pola.

- Jak zamierzasz udowodnić swoją rację? - spytała Katarzyna – I skąd wiesz, że się nie mylisz?

Błażej uśmiechnął się swobodnie. Promieniste, grubo wykrojone, mimiczne bruzdki wokół jego oczu zaznaczyły się jeszcze bardziej.

- Wiem. - odparł – Po prostu mam do tego nosa.

- Ale jak zamierzasz to udowodnić? - spytała po raz drugi, z szacunkiem, a jednocześnie rezerwą wobec jego pewności.

- Nie zamierzam.

- Jak to? - zdziwiła się.

- Nie mogę niczego udowodnić, bo jedyna namacalna rzecz, która może potwierdzić mój scenariusz, jest przy Poli. - powiedział.

- Tej malarce?

Potaknął skinieniem głowy.

- I ta namacalna rzecz też nie jest żadnym dowodem. Ale może być łomem, który rozłupie skostniałą skorupę pamięci. - tłumaczył z wyraźnym zadowoleniem – Dlatego jedyne, co mogę zrobić, to wpłynąć na Polę, aby wzięła do ręki ten łom.

Katarzyna zmrużyła oczy.

- Nie poznaję cię. - rzekła oszołomiona, zachwycona – Nigdy nie widziałam cię takim spokojnym. I nie bardzo pojmuję, o co ci chodzi. - przyznała – Nie chcesz wsadzić sprawcy za kratki? Przecież to jednak morderstwo, prawda?

- Tak kochanie, morderstwo... - odrzekł lekko, jakby unosił się nad podłogą i patrzył na żonę z góry.

- Więc co z wymierzeniem kary?

Błażej nie odpowiedział, ale znowu się uśmiechnął.

- Niedługo będzie po wszystkim. Kiedy pomyślnie z tym skończę, zrozumiesz, co się wydarzyło w Zgierzu 14.września 1999 roku.

- Wróciłam do punktu wyjścia. - podsumowała Kasia z zawodem w głosie – Jak chcesz to zakończyć?

- Muszę się zastanowić, jak i gdzie spotkać się z Polą. To delikatne spotkanie, chcę wybrać właściwy moment.

- Masz jakiś pomysł?

- Nie. - odpowiedział – Ale już mnie to nie martwi. Czas sam stworzy okoliczność.

Kasia ponownie nie poznała swojego męża, chociaż spodobał jej się ten ciepły, a zarazem świadomy życia, nowy ton.

- Już nie żal ci każdej minuty? Już się wcale nie spieszysz? - zapytała zdziwiona, by upewnić się, że dobrze interpretuje jego słowa.

- Festina lente. /(przyp.red.: z łac.: Spiesz się powoli.)/  - odparł, wstał od stołu, ugryzł jabłko i dorzucił – Chociaż właśnie zaczynam się spieszyć. Uciekam do pracy. Narazie, skarbie.

- Narazie. - odrzekła i zamyśliła się.

Chciała jeszcze przypomnieć, żeby włożył grubszy sweter, ale zamiast tego – zamyśliła się. Była zadowolona z tego, co przyniosła Błażejowi oddana przez nią niedziela. I zamyśliła się nad tym, co przyniosą następne – nieprzewidywalne dni wspólnego życia.

     Dzień w komisariacie zaczął się tradycyjnie od dużego kubka rozpuszczalnej kawy z mlekiem i dużą ilością cukru i od przejrzenia porannej gazety. Nieoczekiwanie w dziale „Kultura” zobaczył nagłówek, który go zaintrygował: NA DNIE SZAFY. Zniżył wzrok i przeczytał lid:

„CI, KTÓRYCH ZNUDZIŁA CODZIENNA DOSŁOWNOŚĆ, NIECH ZAJRZĄ WGŁĄB SIEBIE. UMYSŁ CZŁOWIEKA JEST JAK SZAFA Z WIELOMA PÓŁKAMI: NA NIEKTÓRYCH ZNAJDUJĄ SIĘ WSPOMNIENIA SŁONECZNYCH DNI, NA INNYCH LĘK PRZED JUTREM, NA JESZCZE INNYCH – TERAŹNIEJSZA PRAWDA O NAS SAMYCH. MĄDRY OBSERWATOR ŻYCIA WIE, ŻE ONE WSZYSTKIE ZNAJDUJĄ SIĘ W JEDNEJ „SZAFIE””.

- Co to u licha znaczy? - zdumiony, zapytał na głos i zaczął czytać ciąg dalszy:

      „Tegoroczna jesień na warszawskiej Pradze przybrała nasycone barwy czerwieni, fioletu, zieleni, błękitu, pomarańczy i bieli. To za sprawą wystawy prac olejnych 27.letniej Poli Renik, zatytułowanej „Na dnie szafy”, której otwarcie nastąpi w piątek, 2.listopada b.r. o godz. 19.00 w Miejskiej Bibliotece Publicznej Warszawa-Praga.

     Młoda zdeklarowana kolorystka poszła o krok dalej, wychodząc poza akademicką rzetelność, dotykając obszaru „mroków duszy” (stąd tytuł wystawy). Harmonijnie skontrastowane, żywe barwy nie oddają rzeczywistości realistycznie, lecz kreują ją i jakoby narzucają, zmuszając widza do refleksji nad sobą. Jednocześnie zróżnicowana, w pełni uzasadniona faktura obrazów zatrzymuje autorkę o krok przed wejściem w abstrakcjonizm. Bohater i sceneria, w jakiej świadomie został osadzony, sugeruje przynależność do autentycznego świata. Pejzaż, przewijający się przez obrazy jako „pocztówkowe” tło za oknem, pomieszczenie, w którym kuli się człowiek, aż wreszcie człowiek, koronny akcent obrazów, mimo że bliżej nieokreślony (Kobieta? Mężczyzna? Dziecko?) - podane są widzowi dosadnie i unikalnie; ilustrują niekończącą się walkę człowieczej myśli ze światem zewnętrznym. Czystość, świeżość i świetlistość kolorów z założenia przeczy nastrojowi dekadencji lub przekazowi destrukcji, lecz nie w tym przypadku. Poli Renik, mimo iż głównym nośnikiem jej artystycznej siły jest kolor, udało się połączyć te dwa aspekty, splatając je ze sobą na płaszczyznie płótna. To dlatego tak trudno zakwalifikować ją do pojedynczego, konkretnego gatunku, chociaż jej nietuzinkowa syntetyczność i wielowarstwowość potwierdzają jednoznacznie, iż Pola Renik jest jednym z najbardziej frapujących odkryć plastycznych ostatnich lat w Polsce.

     Warszawa po raz kolejny wystawia zbiór prac dyplomowych tej malarki, uzupełniony o 8 nowych obrazów, powstałych w ciągu ostatniego roku (wszystkie formaty – ok. 200 X 180 cm; w sumie: 19 prac). Redakcja działu „Kultura” jednogłośnie wyraża nadzieję, iż województwo łódzkie, z którego wywodzi się artystka, nie pozostanie w tyle i umożliwi obejrzenie ww prac ludziom z mniejszych miejscowości. Wycieczkę do biblioteki na warszawskiej Pradze polecamy niemniej wszystkim – nie tylko typowym miłośnikom sztuki. Zagłębić się w hipnotyczny, smutny, defetyczny świat Poli Renik – znaczy ujrzeć siebie: cudzymi i własnymi oczami. Bo każdy umysł ludzki jest jak szafa...”.

Błażej zlustrował tekst od góry do dołu, wyhaczając wzrokiem niektóre linijki, nie mogąc zaufać temu, co właśnie przeczytał. Nigdy nie był idealistą, lecz realistą, a jednak musiał w końcu uwierzyć w swoją intuicję oraz oddziaływanie opatrzności. „Perfekcyjna okazja do delikatnego spotkania.” - pomyślał i z podekscytowania miał ochotę podskoczyć. Oto czas stworzył dogodne miejsce na decydującą rozmowę. Błażej nie mógłby wymyślić lepszego miejsca.

 

     W ten sam poniedziałek około trzynastej na podjeździe domu przy Letniej 23a zaparkował morskoniebieski Seat Toledo. Agata miała ochotę wypruć na ganek, żeby się przywitać, ale zamiast tego stanęła pośrodku przedpokoju, niepewna i czekająca. Od rana bardzo się starała, by dom wyglądał nienagannie. W tym celu kupiła sto żółtych gerber i rozsiała je po wszystkich pokojach w pękatych kamionkowych wazonach. Ugotowała także ulubione danie Szymona (pstrąg w sosie winno-imbirowym) i przyłożyła się do wykonania bukietu pięciu surówek (z zielonej i żółtej papryki, selerowo-orzechowej, z kapusty pekińskiej z kukurydzą w zalewie jogurtowej, z buraczków z chrzanem oraz marchwiowo-groszkowej). Teraz zastygła pośrodku przedpokoju w rudej, dzianinowej dopasowanej sukience do kolan, z rękawami za łokcie i cienkim golfem, który podkreślał jej długą, zgrabną szyję; z włosami spiętymi w niski kucyk i z brzoskwiniowym różem na policzkach. Wkrótce drzwi się otworzyły i do wewnątrz wbiegła dziewczynka w dżinsowych ogrodniczkach i w purpurowym sweterku w serek.

- Mamo, mamo, ale tu pachnie! - zawołała od progu i śmiesznie rozdęła okrągłe skrzydełka nosa, wąchając kwiatową woń.

Zawiesiła się Agacie na szyi, a ona podniosła ją i przytuliła całym ciałem. „Moja Jagoda.” - pomyślała i pocałowała wierzch ciemnej dziecięcej główki.

- Rozsznuruj buciki. - poleciła, odstawiając ją na podłogę – I biegnij umyć rączki.

- Znajomi taty mają wielkiego, miękkiego, srebrnego psa! - zawołała Jagoda z przejęciem, chcąc natychmiast podzielić się z mamą wrażeniami z weekendowego pobytu – Wcale nie padało! Tatuś kupił mi wielką watę na patyku i jechałam na różowym kucyku! Tatuś strzelił w środek kółka i dał mi wielkiego, żółtego misia w czerwonej kamizelce!

Agata roześmiała się czule.

- Idź, umyj ręce, kotku, potem wszystko mi opowiesz. - poprosiła.

Jagoda westchnęła, trochę zawiedziona, chociaż nie przestała się uśmiechać i grzecznie poszła do łazienki na górze. Wtedy do przedpokoju wszedł Szymon, wnosząc niedużą torbę podróżną na ramię, mały dziecięcy plecaczek w kształcie głowy małpki i żółtą, pluszową maskotkę.

- Gdzie zanieść rzeczy Jagody? - zapytał.

„Cześć. Jak się masz? Miałaś spokojny, dobry weekend?” - pomyślała Agata, rozczarowana brakiem powitania z jego strony.

- Postaw je tutaj. - odparła i wzruszyła ramionami – Później je sprzątnę.

Szymon postawił rzeczy, minął Agatę i wszedł do kuchni. Zdziwiona, poszła za nim.

- Nie wracasz do auta po resztę bagażu? - spytała.

- Nie. - odrzekł, kręcąc się po kuchni i nalewając wody do elektrycznego czajnika – Wypiję tylko kawę i uciekam spowrotem. Szczerze mówiąc, chcę zabrać więcej swoich rzeczy. Między innymi książki i płyty.

Agata mogła się tego spodziewać, a jednak poczuła się odsunięta i znieważona, że mąż wyjeżdża spowrotem już tego samego dnia.

- Myślałam, że zjemy razem obiad. - powiedziała.

- Nie. - odrzekł – Kwiaty, ulubiona suknia, pyszne jedzenie. - skomentował, spoglądając jej w twarz – Chybiłaś dziś z tym wszystkim. Potrzebuję pobyć sam. To dlatego wracam do Wiktora i Weroniki.

- Jak długo u nich zostaniesz?

- Chyba ze dwa tygodnie. - odrzekł – Pojadę Fordem, a Seata ci zostawię. Jak przyjadę, porozmawiamy i zobaczymy, co dalej. Może zjemy razem obiad?

- Jak chcesz. - odparła już bez napięcia w głosie.

Odwróciła się i poszła na górę do córki.

- Nie tak, kochanie. - powiedziała do Jagody, która bezskutecznie pokręcała plastikowym kółkiem wokół szyjki z dozownikiem mydła w płynie – Trzeba po prostu przycisnąć dzióbek, o tak. - wytłumaczyła.

 

     Poniedziałek był dla Olafa cyklicznie najtrudniejszym dniem tygodnia, ponieważ w bieżącym roku szkolnym plan lekcji został ustawiony tak, że od ósmej rano prowadził cztery godziny w klasach informatycznych, a później jeszcze parę godzin w zwykłych. Tego dnia również wyszedł ze szkoły grubo po osiemnastej, wypompowany niczym po intensywnym bieganiu. Na przystanku obok szkoły czekał około dwudziestu minut, bo autobus się spóźniał. Do swojej skromnej kawalerki w starej kamienicy przy Prusa dotarł dopiero przed dziewiętnastą. „Niedługo przymus korzystania ze środków miejskiej komunikacji będzie tylko przykrym wspomnieniem.” - dodał sobie w myślach otuchy, zdjął kurtkę i rozpostarł się na całej długości tapczanu, który stanowił główny mebel wypoczynkowy jego mieszkania. W ciągu najbliższych dni zamierzał pozytywnie zakończyć transakcję z kolegą z pracy, który sprzedawał mu swojego żółtego Volkswagena Polo w bardzo dobrym stanie. Sąsiad z przeciwnej strony ulicy, mieszkający z żoną w prywatnej mini-willi, z którym Olaf w piątkowe wieczory grywał w szachy, wkrótce się przeprowadzał i z tej okazji podarował Olafowi nowy garaż, dobudowany po zewnętrznej stronie posesji. Spisali już umowę darowizny, a Olaf zadbał o odpowiedni do umowy najmu swej kawalerki aneks, który umożliwi mu pełnoprawne korzystanie z garażu z momentem zakupienia samochodu.

     Chyba zasnął na chwilę. Kiedy otworzył oczy, było całkiem ciemno. Spojrzał z niesmakiem na upiaszczone, traktorzaste półbuty, w których położył się na łóżku. Rozsznurował je pobieżnie i ściągnął, a potem poszedł do bufetu we wnęce pokoju, która tworzyła kuchenny aneks. Zagotował wodę na makaron, wyjął z szuflady pod bufetem sztućce i jakieś przyprawy w papierowych torebkach. Po otwarciu lodówki chwilę się zawahał. Były w niej tylko jajka, masło i napoczęty karton mleka. Z wiszącej nad lodówką białej szafki, przypominającej bardziej apteczną niż kuchenną, wystawił cukier i kawę rozpuszczalną.

- A na kolację niestety kluski przysmażone na maśle. - powiedział na głos.

Nim na serio zajął się przygotowaniem jedzenia, wrócił do pokoju i włączył radio. Pigułowy spot wiadomościowy poinformował go, że dochodziła druga minuta po dwudziestej, a zatem musiał być faktycznie wyżęty tym poniedziałkiem, skoro przespał około godziny, bynajmniej nie zdając sobie z tego sprawy.

     Zjadł, trochę poserfował po kanałach telewizyjnych, a około dwudziestej pierwszej – znużony i zmęczony – sięgnął do szuflady surowej czarnej komódki, stojącej obok biurka z komputerem, i wyjął z niej stos albumów ze zdjęciami oraz parę notatników A5, wyglądających na typowe szkolne kajety. Ze stosem usiadł po  turecku na dywanie i kartkował po kolei pięć posiastnych albumów, wyciągając z nich wszystkie fotografie, na których widniały Tamara razem z Polą. Następnie obrzucił poważnym spojrzeniem zeszyty. Rozpostarł je przed sobą jak talię kart. Było ich w sumie cztery. Wszystkie jednakowe: granatowe, cienkie, lekko wymięte okładki i gruba zawartość, blisko stukartkowa – na jeden zeszyt. Ale to nie były szkolne zeszyty jego uczniów, lecz zeszyty z wierszami Tamary, które pisywała w okresie liceum. Po jej śmierci państwo Witenka podarowali je Olafowi. Nie chcieli ich czytać, podejrzewając, że zawartość okaże się dla nich zbyt ciężka i przygnębiająca. Teraz Olaf otwierał je jeden po drugim i energicznie wertował, szukając jakiegoś oznacznika na stronach okładek czy konkretnego tytułu wiersza. Na pożądany zeszyt natrafił w trzecim podejściu. Chociaż nie zaglądał do nich od pięciu lat, to pamiętał dobrze: poszukiwane hasło zostało wykaligrafowane przez Tamarę z ogromną starannością w górze wnętrza okładki i brzmiało - „Dla Poli”. Zeszyt ów stanowił odręczny tomik poezji, stworzony dla najbliższej przyjaciółki w latach 1998 – 1999. Końcowy wpis został opatrzony datą 2.września 1999 roku. Olaf zamknął w zeszycie sześć zdjęć, wyłuskanych przed chwilą, i odłożył całość na wierzch biurka. Resztę posprzątał i ulokował we wcześniejszej szufladzie, wymoszczonej zielonym atłasem. Przykrył je brzegiem tkaniny i lekko głasnął. Potem zasiadł przy biurku, zaświecił boczną lampkę i zaczął czytać.

 

     W poniedziałek Pola wstała o siódmej rano. Przed ósmą była już w pełni gotowa do działania: po prysznicu, po śniadaniu, ubrana i uczesana. Usiadła na pufie przy stoliku z telefonem i umieściła zakładki na trzech odpowiednich stronach notesu z danymi tele-adresowymi.

     Mimo że raptowność ostatnich dni dała jej psychice do wiwatu, tego ranka Pola postanowiła wziąć się w garść. Zbyt wiele wysiłku kosztowało ją dotychczasowe malowanie, by zaprzepaścić je teraz, całą energię przelewając w osiem lat wstecz. Pamięć o zmarłej przyjaciółce – to jedno, a bieżący rytm życia – to drugie. Pola uznała, że musi te dwie sprawy kategorycznie rozdzielić. I przede wszystkim – nie dać się zwariować. Może rzeczywiście przeszłość nie do końca została rozszyfrowana i podsumowana, ale teraźniejszość również wymagała zaangażowania. Pola wiedziała, że fakt okrzyknięcia jej plastycznym odkryciem ostatnich lat nie zwalniał od pracy nad sobą i nazwiskiem. I, że jeśli odpuści sobie teraz, być może życie zupełnie wymknie jej się spod kontroli. A drugiej szansy nie będzie. „Być może to naprawdę był zwykły, okropny przypadek? W każdym razie, ja na pewno jej nie popchnęłam. Może nie wszystko pamiętam, ale jej nie popchnęłam.” - zastanowiła się przez chwilę, po czym przystąpiła do dzwonienia.

     Pierwsza zakładka oznaczyła numer do znajomej firmy, zajmującej się przeprowadzkami. Prowadziło ją dwóch miłych braci, których Pola poznała w czasie studiów. Umówiła się z nimi na jedenastą. Mieli przyjechać do Poli solidnym samochodem dostawczym i przetransportować do biblioteki na Pradze dziewiętnaście – dokładnie dwadzieścia, wliczając ostatni, nie w pełni wykończony – wielkich obrazów. Mimo pakowności wozu, Pola szacowała, że trzeba będzie wykonać dwa kursy. Druga zakładka została włożona na stronę z danymi Igora. Chociaż było wcześnie, więc Igor na pewno jeszcze nie pracował, włączyła się poczta głosowa. Pola musiała mu nagrać wiadomość:

- Wiem, że jesteś na mnie zły i masz do tego prawo, ale po ochłonięciu z emocji doszłam do wniosku, że nie warto rozstawać się w gniewie. Wiem, że nigdy nie byliśmy parą na wyłączność, ale nie powinniśmy rozstawać się w gniewie. Chcę, żebyś wiedział, że to nieprawda, że wstydzę się pokazywać z tobą w miejscach publicznych. Na dowód tego zapraszam cię na mój wernisaż, w najbliższy piątek o dziewiętnastej, w głównej bibliotece miejskiej na Pradze. Oddzwoń, proszę.

Nie rozumiała, dlaczego wygłoszona jednym tchem mikro-mowa lekko rozdygotała jej serce. Przecież nie była niczym ważnym – a na pewno niczym koronnym. Westchnęła, podpaliła sobie papierosa i wystukała trzeci spośród zaznaczonych numerów.

- Halo? - usłyszała miły, męski głos w słuchawce.

- Pola Renik.

- Ach, witam. - ucieszył się głos – Co słychać?

- Praca, praca, praca. - odrzekła – Potrzebuję jeden.

- Służę. - ucieszył się głos – Kiedy?

- Jutro około dwunastej. - powiedziała – Może jedenastej? – żachnęła się.

- Nie ma problemu. Cały dzień siedzę w domu. - zgodził się głos – Od razu go zapakuję, żeby był gotowy. Wystarczy wpaść i odebrać.

- Super. - teraz to Pola się ucieszyła – Będę jutro przed południem.

Zadowolona, że udało jej się rozpocząć tydzień od wdrożenia konkretnego harmonogramu, poszła do pracowni i zajęła się szykowaniem blejtramów do drogi. Każdy z osobna zawijała w szary papier, po czym oklejała taśmą po cztery sztuki. Po dwóch godzinach płótna były gotowe do przewózki. Okazało się, że chociaż ściśle i stabilnie zapakowane, rzeczywiście trzeba było je przewozić sporym  furgonem na dwa razy. Do szesnastej zawisły na ścianach odnowionego, białego pomieszczenia biblioteki zgodnie z porządkiem chronologicznym. Dyrektor biblioteki był zachwycony.

- Będzie mi smutno, kiedy po nowym roku rozstawimy tu regały z książkami. - powiedział z uznaniem – Aż żal wjeżdżać tu ze stołem z szampanem, żeby nie zepsuć atmosfery napięcia, sztuki.  - dodał półżartem, taksując wzrokiem udekorowane ściany.

- A tak poważnie, to gdzie będzie stół? - spytała Pola.

- Cóż, uczciwie mówiąc, to on nigdzie nie pasuje. - odparł dyrektor, delikatnie skonsternowany – Myśleliśmy, żeby postawić go tutaj. - dodał i zatoczył obszerny łuk ramieniem, pokazując miejsce tuż obok drzwi: około pięciometrowy klin, mierząc od wejścia do wnętrza sali.

Pola pokiwała głową.

- Znakomity pomysł. - pochwaliła – Szwedzki stół ustawiony w tak luźny sposób będzie mniej absorbujący i odciągający uwagę, niż gdyby wpasować go pod ścianę.

Dyrektor uważał tak samo.

- Na pewno ma być tylko szampan i truskawki? Zdążylibyśmy jeszcze domówić jutro jakiś mały katering, gdyby zmieniła pani zdanie. - zaproponował.

- Tylko szampan i truskawki na przezroczystych białych paterach. I białe papierowe serwetki. - przypomniała – Elegancka czystość i surowość, i smutek na ścianach, to wszystko.

- Jest pani niezwykle konsekwentna.

- Miło mi, jeżeli sprawiam takie wrażenie. - odrzekła dyplomatycznie i wyciągnęła rękę – Wpadnę jutro z rana zobaczyć, jak to wygląda.

Dyrektor uścisnął jej małą, silną dłoń.

- O dziewiątej postawią już stół, naczynia i serwetki. - powiedział – Nie będzie mnie przy tym, ale panie może śmiało podjechać i sprawdzić, jak to wypadło.

- Dziękuję, tak właśnie zrobię. - odparła.

 Justyna Karolak

Ciąg dalszy nastąpi...


 

---