Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak – „Pędzący pociąg i tarcza strzelnicza” 

Justyna Karolak – „Pędzący pociąg i tarcza strzelnicza”

Po drugiej stronie lustra

Tropiąc Georgio de Chirico

 

Pędzący pociąg i tarcza strzelnicza

 

Pewna kobieta i pewien mężczyzna – lubią zespół Pink Floyd. Ulubioną płytą Floyd’ów
dla obojga jest „Athom heart moher”.

 

Aura płyty jest szczególna – i dla kobiety, i dla mężczyzny. Ta szczególność jest magiczna
w percepcji kobiety i mężczyzny w podobnie równy sposób. Ściślej ujmując:
oboje odczuwają i pojmują muzykę przedstawioną w danym albumie na bliźniaczo silnym
i wysokim poziomie wrażeniowości. Jednak istota wrażeń, krystalizująca się w wyobraźni pod wpływem wchłoniętych przez uszy dźwięków – jest różna u kobiety i u mężczyzny.

 

Muzyka dla obojga jest jedna i ta sama. Uwrażliwienie na muzykę u obojga – jest podobnie
to samo. Lecz w jednej i tej samej muzyce – co innego słyszy ona, a co innego – on.

 

Ona – raczej widzi, zauważa coś w muzyce. W wyniku słuchania melodii – jej umysł generuje obrazy.

 

On – słyszy za pomocą muzyki. W wyniku słuchania melodii – jego umysł generuje nuty. Słuchając melodii, mężczyzna wychwytuje niuanse dźwiękowe obecne w tle melodii.
Lub obmyśla nowe, wyostrzone dźwięki, jakie w pierwotnej melodii nie były zawarte
(czy wystarczająco czytelne). Pierwotnie nie były zawarte, lecz mężczyzna wyczuwa je
w unoszącej się nad melodią atmosferze. Wyczuwa je emocjonalnie (jak i kobieta
wyczuwa emocjonalnie obrazy). I myśli mężczyzny snują się wokół tych,
częściowo wyimaginowanych, nut.

 

Ona – wyczuwa emocjonalnie obrazy, których w pierwotnej melodii – obiektywnie: nie ma. Jednak ona je wyczuwa: widzi kolory, formy, postacie oraz przestrzenie.

 

To, co „odczytują” z muzyki oboje – jest bardzo subiektywne i indywidualne.
Dla niej – są to obrazy. Dla uproszczenia można nazwać te obrazy „widziadłami”.
Czy zwyczajniej – pejzażami. Dla niego – są to dźwięki. Dla uproszczenia można
nazwać je nutami. Chociaż to nie są nuty – a raczej „nutony”.

 

Potem dzielą się swoimi wrażeniami z odbioru jednej i tej samej płyty.
Wymieniają wrażenia w słowach.

 

Z góry wiadomo, że jedna i ta sama płyta dotarła do wnętrz obojga za pomocą
analogicznego kanału: przez uszy. Z góry wiadomo, że uszy kobiety i uszy mężczyzny przekierowują określony bodziec (w tym przypadku: „Athom heart mother”)
do środka charakteru, osobowości. Lecz w innym obszarze charakteru, osobowości zakotwicza ten sam bodziec u kobiety, i w innym u mężczyzny.

Bodziec dostaje się pod różne adresy – choć na tej samej poczcie zostaje nadany.
Przesłany przez uszy – jakby list. Różne listy przyniósł jeden listonosz.

 

Wyjściowy kanał komunikacyjny jest analogiczny: uszy. Jednak analogiczny, nie – ten sam. Dlatego, że innym kanałem są uszy kobiety, a innym uszy mężczyzny.

Droga poznania i późniejszego pojęcia (tak rzeczywistości, życia, jak i sztuki) jest bliźniaczo podobna i obiektywnie podobnie – odkryta i dostępna. Ale kobieta i mężczyzna
pokonują tę drogę w odmienny sposób. I różne wiadomości z tej drogi pobierają i przyjmują. Inny zbiór pamiątek z podróży przywozi ona, a inny on.

 

Wygląda to tak, że prawdopodobnie droga jest jedna i ta sama
(tak jak bodziec, który skłania i namawia umysł do pokonania danej drogi).

 

Chyba droga dla kobiety i dla mężczyzny jest ta sama – tak jak muzyka do wysłuchania
była najpierw ta sama. Lecz oboje przystępują do pokonania drogi
z dwóch przeciwstawnych kierunków. Czy po prostu – z odległych sobie kierunków;
nie z jednego i tego samego punktu.

 

Bodźcem jest jedna i ta sama muzyka.

 

Drzwi do indywidualnej percepcji bodźca – są podobne: uszy.

 

Punktem wyjścia do pokonania drogi (a więc do przełożenia percepcji odebranego bodźca
na jego pojęcie) – dla kobiety są w efekcie oczy, dla mężczyzny zaś – nadal pozostają uszy.

 

Potem kobieta i mężczyzna – konkludują.
Wymieniają się swoimi wrażeniami, werbalizując je. To jest trudne.
Nie wiadomo, co powiedzieć. Nie wiadomo, jak zacząć.

 

Wysłuchało się muzyki i się coś przeżyło na tej podstawie.
Coś powstało w środku człowieka (w środku kobiety i w środku mężczyzny) – i teraz
jest moment, żeby odłowić to na wierzch. Żeby o tym opowiedzieć sobie wzajemnie.
Co powstało w środku (kobiety i mężczyzny) trzeba ze sobą skonfrontować,
bo to są dwie osobne sprawy.

 

Athom heart mother.

 

Kobieta słucha. I natychmiast widzi.

 

Kobieta widzi swój pejzaż. Odbiera widziadło.

 

Tym widziadłem jest krajobraz wojenny.

 

Athom heart mother. Kobieta widzi opustoszałe miasto. Jakby – po wojnie.
Lecz w tej pustce są kolory. To jest półsenne melancholijne miasto.
Człowiek wydaje się w nim fizycznie nieobecny. Ale duch człowieka unosi się
nad opustoszałym miastem. A nawet więcej, niż unosi: człowiek
zawiera się w miejskich placach (pustych, rozciągłych, cichych),
na jakich rosną nienaruszone twarde wieże.
Człowiek przenika swoje miasto – mimo, że fizycznie go nie ma.
Dlaczego nie ma? Może poległ na wojnie. – myśli kobieta.

Kobieta słucha melodii i widzi krajobraz powojenny.
Widzi, że po wojnie (mimo śmierci wielu ludzi, co w wojnie jest nieuniknione) –
coś zostało zachowane (jakieś place, budynki, wieże, stoły).
Coś pozostało po wojnie – pewne przedmioty i ściany i okruchy kamieni.
A to, co pozostało, w pewnym sensie – ciągle jest żywe. Jest żywe, co pozostało po wojnie, bo kobieta wyczuwa w okruchach życiodajny puls.
Człowiek był na wojnie i zginął – ale nie wszystek i nie każdy.
W miejskie place i zabudowania wsiąkły krople krwi poległych i straconych –
i to jest ów puls i duch człowieka, który trwa w tym, co pozostało.
Trwa, mimo że fizycznie – człowiek został pokonany. Został pobity na wojnie,
lecz paradoksalnie – nie został zwyciężony. Była wojna, ale to nic nie szkodzi, że była.
Coś tam ocalało dla świata. Widać w miejskich placach i zabudowaniach
nadzieję na przyszłość – odbędzie się rekonstrukcja i nie ma potrzeby niczego opłakiwać. Skąd rekonstrukcja skoro nie widać człowieka?
No przecież widzi kobieta półsenne opustoszałe miasto (bez człowieka).
To prawda – opustoszałe. Ale nie wymarłe, nie wyludnione.
To tylko opustoszałe, uśpione miasto. Nie ma się czego bać:
kobieta wyczuwa, że pod spodem jej widziadła – są gdzieś bezpiecznie schowani ludzie. Zabunkrowali. Oczekujący. Cierpliwi. Niewielu, ale są.
Także dlatego wyczuła człowieczego ducha w dziwnym opustoszałym mieście.
W placach; w wieżach.

Naraz coś w widziadle drga i się przekształca.
Pod wpływem słyszanych dźwięków, płynących z płyty.
Kobieta rozumie, bo widzi: to nie jest po wojnie – to jest przed wojną.

 

Gra muzyka. To są przygotowania do wojny.
Na stole – obok karczochów – ląduje odcięta marmurowa głowa.
To jest fragment jakiegoś pomnika: biała kamienna głowa jakiegoś filozofa.

 

Dziwi się kobieta własnej wyobraźni, lecz nie może się oprzeć i brnie dalej.
Nie ma wyboru kobieta – wszystko widzi jej się samoistnie i nie ma innej rady,
niż obejrzeć całość po kolei. Obejrzeć, na koniec wyciągnąć wnioski.
Nie ma wyboru, to brnie w myśli swoje.

 

A zatem widzi i rozumie kobieta, że to są przygotowania do wojny.

 

Na wojnę nie można być prawdziwie przygotowanym.
Toteż kamienna głowa filozofa (zapowiedź wojny) zdaje się oczom kobiety więcej miękka
od karczochów (bezsilność człowieka – niemy, inercyjny bunt wobec nieuchronnego),
które wyglądają, jakby były z żelaza.
W oddali jest wysoka czerwona wieża – komin: jak gdyby magnes i cel zarazem.
Ten czerwony komin, to jest odległa przyszłość: konieczność-nieodzowność wojny.
Patrzy kobieta na swoje widziadło i rozumie: teraz słyszy dźwięki płynące z płyty,
które mówią jej jednoznacznie, że trzeba się przygotować do wojny.

 

No pewnie, że trzeba, nie ma innej rady. Kobieta to wie. Lecz widzi przy tym,
że wojna zawsze była i będzie dla ludzi zaskoczeniem.
Tymczasem wszelakość przygotowań do wojny jest i może być wyłącznie niczym więcej,
jak spacerem filozofa przez półsenne melancholijne miasto.

 

Gra muzyka. I znów wszystko się zmienia.

 

Kobieta słucha i widzi widziadło

 

Tak, miasto w tle jest to samo, choć szczegóły nie są podane na tacy.
Na pierwszym planie – znów głowa z kamienia.
Tym razem nie odcięta a zespolona z resztą człowieka. Tym razem nie filozof, a poeta.
Poeta ma ciemne okulary – jak ślepiec. Jest tutaj bardzo cicho i nie do końca zimno.
Niebo jest całe zielone, więc wygląda, że to spokojna okolica
i nie ma powodów do jakiegokolwiek niepokoju.

 

Lecz kobieta niepokoi się pomimo wszystko.
Dlatego, że wbrew powstałemu w widziadle klimatowi stacjonarności i odrętwienia –
na przekór nim i zupełnie absurdalnie: to właśnie jest obraz wojny.
Teraz (w widziadle) jest w mieście wojna – na przekór wszystkiemu i wbrew oczom świata.
Z pominięciem logicznych przesłanek: tak wygląda straszna wojna.
Świadczy o niej zaledwie nieznaczny czarny cień za plecami nie widzącego poety.
Ten cień, to jest twarz poety ujęta z profilu. Na skroni ma zarysowane kółko.
Prawie jest niedostrzegalne kółko, ale kobieta je zauważa.
I widzi, to wie – że kółko jest tarczą strzelniczą:
poeta zostanie postrzelony w to miejsce, w skroń.
Poeta może zginąć, bo to jest wojna.
Śmierć zresztą pasuje do poezji. Tak zbudowany jest świat.
Wojna się tutaj dzieje i toczy i trwa. Wojna na tym świecie.
Nieuchronna i nieunikniona jest wojna. – rozpacza w myślach kobieta.

 

Nagle zaprzestaje kobieta rozpaczy. Opływa ją ukojenie.
Dlatego, że przez uszy – do środka kobiety dostają się kolejne dźwięki,
melodyczne linie i zawijasy. Te dźwięki są nabudowane na bazie motywu przewodniego, który kobieta odczuwa przez skórę.
Kobieta wyczuwa ów motyw – ale nie słyszy, co to za motyw.
Wyczuwa za pośrednictwem skóry, że choć krajobraz przed-, w trakcie i powojenny – zmienia się i przeobraża z nastroju w nastrój, to istnieje do tej zmienności pewien klucz.
I tkwi precyzyjny hak, na jakim można by zawiesić myśli. Lecz kobieta nie widzi tego klucza. Nie widzi, dlatego że pasmo jej słyszalności jest za wąskie. Coś więc wyczuwa,
lecz nie potrafi tego zobaczyć, tym bardziej nie jest w mocy w pełni zrozumieć.

 

Pojmuje kobieta tylko tyle, że wszystkie trzy etapy wojny (wstęp, rozwinięcie, zakończenie) pasują do siebie idealnie, mieszając się w sugerujących je falach melodii. A skutkiem tych fal – jest harmonijny konglomerat. Lecz nie odczytuje kobieta z melodii
receptury na ten konglomerat. Nie widzi punktu kulminacyjnego. Nie widzi haka.

 

Widzi kobieta tylko tyle, że wstęp, rozwinięcie i zakończenie – są ze sobą pomieszane. Początek, środek i ogon potencjalnych zdarzeń – są dla oczu kobiety
włożone do jednej szuflady. Jak gdyby czasu nie było. Jak gdyby przygotowania do wojny,
i wojna, i rekonstrukcja po wojnie – mogły zaistnieć w jednym czasie. To jest abstrakcja.
To jest dzieło wyobraźni. To pejzaż – widziadło. Nie ma w nim zasadności, ani realnej spójni. Nie ma w nim niczego do przeanalizowania; niczego do zgłębienia.

 

Jednak kobieta brnie dalej w abstrakcję. Na koniec rozumie, że:

 

Tutaj wcale nie chodziło o wojnę.

 

Coś tam ocalało dla świata.

 

Nie ma powodu do niepokoju.

 

Dlatego, że sensem życia jest przeżywanie, nie przetrwanie.
Gdyby sensem życia było trwanie za wszelką cenę, świat składałby się z samych kamieni.

 

Sens nie w ocaleniu rzeczywistego, surowego świata – lecz w kroplach krwi,
które czasami muszą wsiąknąć w skały, w kamienne ściany. W tej krwi jest puls, czyli życie. A życie nie jest ową skałą, która pozostała, która przetrwała.
Nie chodzi o przetrwanie, ale o życie. O człowieczeństwo,
które jest kruche i niedoskonałe i stale zagrożone.

 

To brzmi dziwnie. Dziwi się kobieta samej sobie i wcale nie wie, dlaczego tak sądzi.
Nie rozumie, skąd biorą jej się abstrakcyjne myśli. Dlaczego w taki, a nie w inny sposób interpretuje kobieta słyszaną muzykę. Nie wie, co dalej sądzić.
Zgubiła się w sobie – dotarła do ściany.

 

No to pyta się teraz kobieta mężczyzny, co będzie dalej. Co powinna sądzić?

 

Mężczyzna nie wie, co powinna kobieta.

 

Mężczyzna wysłuchał kobiecej ballady o wojnie ze „świętą” cierpliwością.
I przyznał kobiecie rację.

 

Tak. – odpowiedział mężczyzna.

 

Athom heart mother. – powiedział mężczyzna do kobiety – To jest ballada o wojnie.

Ale w tej balladzie – dla mężczyzny było coś ważniejszego od wojny.

 

To był pociąg.

 

Słuchając „ballady o wojnie”, pobrnął mężczyzna wyobraźnią
w wibrujący w muzyce motyw przewodni.

 

W tle muzyki – przez muzykę: przez cały czas jechał pociąg.
To było dla mężczyzny na tyle ewidentne, że zasłuchał się w dudnienie kółek po torach – zasłuchał się niczym w mantrze. Dlatego nie wyobrażał sobie niczego obrazami, widziadłami.

 

Nie musiał mężczyzna doznać żadnych widziadeł ni epickich opowieści ni baśni o wojnie. Nie musiał, bo zasłuchany w motyw przewodni (pędzący pociąg) –
był mężczyzna bezpieczny. W motyw przewodni muzycznego tematu,
na który składała się wojna podzielna na trzy, następujące po sobie, etapy.

 

W umyśle mężczyzny – wojna skakała między swoimi poszczególnymi etapami
jakby po paciorkach różańca.
Nie było w tych skokach niebezpieczeństwa, ani nieuchronności.
Dla mężczyzny – wojna była tylko powierzchownie dziejącym się zjawiskiem.
Zjawiskiem, przez które (przez opustoszałe, półsenne, melancholijne miasto) pędził pociąg: realny, ciężki, z punktu A do punktu B, szybko – lecz spokojnie, po torach do celu.

 

Dla mężczyzny więc – cel był najważniejszy: przetrwanie.

 

Tymczasem dla kobiety najważniejszy był sens: przeżywanie.

 

Z początku nie miała kobieta pojęcia, jak należy cel z sensem powiązać.

 

Mężczyzna również nie potrafił tego dokonać.
Dlatego, że jego umysł był coprawda skuteczny w działaniu,
ale to było za mało do rozwiązania tej zagadki.

 

Efektywność – to było za mało.

 

Potrzebna była jeszcze – efektowność.

 

To znaczy – plastyczność, barwność umysłu.

 

To znaczy, umiejętność snucia widziadeł.

 

Do ostatecznego rozwiązania zagadki nie wystarczy zetknięcie atmosfery wokół zdarzeń –
z realnym kluczem do centrum tych zdarzeń.

 

W takiej wymianie zdań, wrażeń kobiety i mężczyzny – brakuje jeszcze
jakiegoś kleju, spoiwa, spawu.

 

Oboje wiedzieli, że brakowało im jeszcze czegoś. Ale żadne nie potrafiło
przebić się przez ścianę, do jakiej pierwsza dobiła kobieta. Nie wiedzieli, gdzie szukać drzwi.

 

To zamknęła kobieta oczy i wyobraziła sobie, że jest prządką. Ot, wyobraziła sobie.
Hej, abstrakcjo. Dziej się wola kobiety.

 

Kręć się, kręć, wrzeciono.

 

Nawinęła kobieta nitkę na palec.

 

Powiązała dane zebrane z umysłu mężczyzny oraz z własnego umysłu – w całość.

 

I zobaczyła, że pociąg pędzi w oddali przez jedno i to samo miasto.
Zobaczyła kobieta wspólny dla obojga (i dla świata) pejzaż:
było w nim pole otwarte i dla celu, i dla sensu.

 

Dwie (tylko z wierzchu – osobne) sprawy – w kleiła kobieta
do jednego i tego samego pejzażu. Jak znaczki do klaseru.
A ten pejzaż pasował do jednej i tej samej muzyki.
Wspólny pejzaż bujał się na falach dźwiękowych tej muzyki –
jak łódka z papieru na falach chłodnego jeziora.

 

A tę muzykę stworzyli Pink Floyd.

 

A pejzaż do tej muzyki namalował Georgio de Chirico.

 

A brakującym spawem, którego wymagało rozwiązanie całej zagadaki – była kobieta.

 

Na koniec się okazuje, że od początku całej zagadki –
był nie tylko jeden listonosz i jedna poczta. I list – był jeden, nie dwa osobne.
Dlatego, że jasno wynika, że w jednym liście można napisać
i o pędzącym pociągu, i o tarczy strzelniczej.

 

No ale, to można zrozumieć dopiero po pokonaniu drogi.
To znaczy, że na koniec – trzeba otworzyć kopertę i list przeczytać.
I to jest konieczne i nieodzowne. Nie można postąpić inaczej.

 

Dlatego, że sztuczka nie polega na samym nadaniu (listu na poczcie, przesłania, przekazu). Właściwą sztuczką – jest interpretacja.

 

Interpretując powyższe, można dodać, że:

 

Kobieta i mężczyzna różne pamiątki przywożą z jednej i tej samej podróży.

 

Ale mogą je przechowywać bez najmniejszych przeszkód ani przeciwwskazań –
na jednej półeczce, która naprawdę może pomieścić je wszystkie.

 

A ta półeczka – to jest wspólna wystawa: taki konglomerat, na jaki nie ma gotowej receptury.

 

Justyna Karolak.

 

 

 

 

---