Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Justyna Karolak – Seks w (nie)wielkim mieście 

Justyna Karolak – Seks w (nie)wielkim mieście

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Seks w (nie)wielkim mieście

Kto pyta, nie błądzi – kto nie pyta...

ten przeżywa – zamiast analizować i sądzić

 

I o co ten krzyk? O seks? O co tyle hałasu? Czy doprawdy cała idea związku, tworzenia damsko-męskiego duetu – sprowadza się właśnie do tej i tylko do tej materii? Do cielesności? Dlaczego?

 

Fizyczny wymiar związku – jego wyobrażenie, jak i realny obraz – dla każdego oznacza co innego. Lecz dla większości ludzi – jest on jednakowo ważny, cenny, niezastąpiony. I właśnie o to tyle hałasu, powszechnego szumu i szemrania. Jedni mówią o seksie otwarcie, inni oblewają się rumieńcem, odwracając buzię w drugą stronę. Jednak tak jedni, jak i drudzy – w pewnym znaczącym sensie, w sumie oczekują tego samego od życia. Czego? Fizycznej bliskości, która poruszy niebo i ziemię, która sprawi, że szczęśliwi i usatysfakcjonowani wskutek uniesienia, będziemy mogli powiedzieć sobie: ach, więc o to tyle krzyku dookoła – czy świat wie, że to jest naprawdę możliwe?


 

Innymi słowy, wszyscy pragniemy wspiąć się na najwyższe szczyty i przeżyć wymiar fizycznego zbliżenia w taki sposób, by w krainie organiczności, uścisku dwóch ciał, pomieszaniu śluzu, płynów ustrojowych i spleceniu żył – odnaleźć zarazem przeżycie duchowe, wzniosłe, wybitne. Ale nie wszyscy przyznają się do tych oczywistych pragnień bez ogródek.

 

Część z nas obawia się przyznać przed samymi sobą, że w ślinieniu się i tarzaniu po podłodze bez ładu i składu (w tarzaniu się pełnym zapamiętania – czy może raczej zapomnienia?) - może tkwić coś szczególnego, coś istotnego, coś wartościowego, a i coś niesamowicie czystego. Wydaje nam się, że esencjonalna wartość naszej prawdziwej natury – odartej na chwilę z zewnętrznej, powierzchownej persony – nie ma prawa się ujawnić w sytuacji, gdy będziemy pozbawieni samokontroli. Staramy się uniknąć takiego ujawnienia. Boimy się zbliżyć do drugiego człowieka w sposób rzeczywiście najbliższy z możliwych – bo wówczas nie będziemy mieli w swym zasięgu żadnej z masek, do jakich przywykliśmy, z jakich korzystamy na co dzień. Z jakiegoś powodu najbardziej boimy się tego, czego naprawdę pragniemy. Z jakiegoś powodu boimy się przede wszystkim samych siebie – wyłonienia na światło dzienne zupełnie pierwotnego, najuczciwszego własnego „ja”. Boimy się pozwolić wyłonić mu się – bo wtedy nie będziemy mieli przed drugim człowiekiem żadnych tajemnic; on zobaczy nas takimi, jakimi jesteśmy w istocie, a i sami lękamy się uświadomić sobie, czym dokładnie jest nasza głęboka istota.


 

Inna część z nas wyznaje pogląd, że jeśli gotujesz z drugim człowiekiem owsiankę, widujesz go w domowym dresie, kiedy zerkając na wieczorne wiadomości, raz po raz podrapuje się za uchem – to z tym człowiekiem nie możesz już liczyć na seks „magiczny”, na seks „wywrotowy”, na „stań na głowie seks”. I tu psychologowie biją na alarm, ponieważ obecnie coraz częściej dochodzi do sytuacji, gdzie człowiek dokonuje swoistego rozwarstwienia różnych dziedzin życia, różnych funkcji i potrzeb życiowych, które „normalnie” - powinny pozostać ze sobą połączone, sprzęgnięte. Ale kto wie, co na tym świecie jest normalne?...


 

Wracając do meritum – aktualnie coraz częściej słyszy się o tendencji, gdzie człowiek z wyboru zostaje tak zwanym „singlem”. Taki aktywny zawodowo, samodzielny i niezależny młody singiel (czy to mężczyzna, czy kobieta), czy też – jak kto woli – szeroko pojęty yuppi: coraz częściej zamiast się wiązać z jednym partnerem (z którym prędzej czy później, oprócz super gorącego seksu będzie się zajmował również codziennym gotowaniem owsianki, względnie przygotowywaniem modnego sushi), wybiera „wiązanie się” z kilkoma partnerami. Mowa tu o „związkach”, gdzie człowiek posiada np.: zarówno przyjaciela płci przeciwnej – od bliskich rozmów (imitujących dialogi z partnerem, z małżonkiem), jak i przyjaciela – od seksu (tzw.: „personalne doraźne pogotowie seksualne”). Ten drugi, to właśnie osoba, z którą teoretycznie można sięgać po „magiczny” „stań na głowie” seks – bez większych zobowiązań. Mimo że tacy bliscy „partnerzy” się znają – ich relacja pozostaje w pewnym sensie anonimowa, oderwana od rdzenia osobowości. Tacy partnerzy nie mają oporów przed pozbawionym samokontroli, dzikim i ekspansywnym tarzaniem się po podłodze, ślinieniem, wyciem do gwiazd jak wilki, czy wbijaniem sobie paznokci i zębów, gdzie bądź. Kobiety w takiej relacji nie obawiają się, że zostaną ocenione jako wyuzdane czy potraktowane jak przedmioty – mężczyźni zaś nie mają z tyłu głowy myśli o nie wyrzuconych śmieciach czy setce innych spraw domowych. Z pozoru – rewelacja. Jednakże bez fundamentu w postaci więzi emocjonalnej – taka relacja jest iluzją dwojga ludzi tak samo, jak relacja, gdzie bliskie emocjonalnie osoby hamują same siebie przed okazaniem swej prawdziwej natury. Jedni i drudzy – po części albo w całości nieświadomie tworzą w tej głębokiej, podstawowej dziedzinie życia kolejne persony, kolejną maskaradę, kolejny teatr. Bardzo trudno jest bowiem dotrzeć do takiego punktu samego siebie, w którym można całkowicie uniknąć wejścia w jakąkolwiek rolę. Furtką do tego jest seks – ale chyba rzadko kiedy korzystamy z tej furtki tak, jak byśmy mogli i mieli ochotę.

 

Jeszcze inna część z nas z jakiegoś powodu namiętność, zwierzęcość, zdanie się na wewnętrzny instynkt w materii seksu – uznaje za pewnego rodzaju slogan, za przereklamowanie. Części ludzi – być może faktycznie wnikanie w siebie tak głęboko wydaje się zbyteczne.

 

Ta część z wypiekami na twarzy czytuje rozmaite artykuły, publikacje i powieści, jakich treści traktują z naturalistyczną precyzją o fizycznych zbliżeniach. Lecz zarazem relacje o tym, jak to jest, kiedy od ciała człowieka „odrywa się głowa”, kiedy człowiek „wie wszystko i nic jednocześnie”, kiedy „świadomość popada w niebyt – a wyostrza się coś innego”, kiedy ktoś „dokładnie wie, kim jest i przebywa zupełnie gdzie indziej – w jednej chwili”, kiedy „osiem godzin dzieje się tak intensywnie, jakby to była godzina”, kiedy „frunąc w kierunku łóżka, nie wiadomo jak – rozbiliśmy, pozamienialiśmy miejscami wszystkie meble” - te relacje część ludzi bierze do siebie przez wewnętrzny filtr, który nie pozwala im sięgnąć po to, co rzeczywiście ważne. Ten filtr nakazuje ludziom analizować – zamiast przeżywać. Nakazuje siać sceptycyzm, powątpiewać, zadawać pytania, które w efekcie końcowym – okażą się retoryczne.


 

A zatem – o co tyle krzyku, hałasu, pytań i wątpliwości?

 

Odpowiedź na to pytanie znają ci wszyscy, którzy przeżyli niekłamaną namiętność: sytuację, gdzie nieomal dosłownie „stracili głowę”, gdzie drugi człowiek mógł zrobić z nimi wszystko, a w nich samych pojawiał się nie sprzeciw, nie obawa, lecz coś kompletnie przeciwnego – całkowite przyzwolenie, zgoda i poczucie spełnienia wolnego od myśli, od zastanowienia, od jakiegokolwiek wahania. Ci ludzie poznali stan, w jakim wiele jest w zasięgu i jest „normalne”; w jakim czyny wynikają same z siebie bez konieczności opisywania ich słowami; w jakim dwa oddzielne umysły – łączą się ściśle i niezaprzeczalnie w rezultacie niepohamowanej bliskości dwojga ciał.


 

Tacy ludzie – przeżyli, zamiast się zastanawiać. I oni wiedzą, że przeżywanie, że dotarcie do porcji prawdy o samym sobie, że dotknięcie świata za pośrednictwem cudzej ręki tak, jakby to była własna ręka – że te wszystkie rzeczy są naprawdę realne.

 

I że wszystko, co „obrzydliwe”, „nieładne” i „nienormalne” - w gruncie rzeczy jest najwłaściwsze, najpiękniejsze i najczystsze, czego może dostąpić natura ludzka.

 

Justyna Karolak.

 

ilustracje - wybitna polska artystka Maja Berezowska

---