Jesteś tutaj: Home » Kultura » Felietony » Justyna Karolak - Wstęp do dziennikarstwa obywatelskiego 

Justyna Karolak - Wstęp do dziennikarstwa obywatelskiego

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wstęp do dziennikarstwa obywatelskiego

W Polsce źle się dzieje – wszyscy o tym wiemy. Wszyscy, którzy patrzymy na świat, na życie przytomnie. Wszyscy, którzy żyjemy w realnej rzeczywistości – a nie w rzeczywistości surrealnej. Ta ostatnia – piękna jest w kategorii sztuki, lecz w prozie dnia codziennego: nie sprawdza się ani trochę.

Ale nie wiedzą o tym ani politycy, ani przedstawiciele skorumpowanych mass mediów – dla jakich surrealizm w podejmowanych działaniach jest na porządku dziennym. Politycy udają logicznych, opanowanych i kluczowych. Natomiast przedstawicieli mass mediów – trudno określić mianem „dziennikarzy”, ponieważ głoszenie wszem i wobec populistycznej papki, najpewniej opłaconej z boku i pod stołem opasłymi tantiemami, do miana dziennikarstwa, a tym bardziej rzetelnego opiniotwórstwa, pretendować się nie godzi.

Każdy człowiek, który co dzień wstaje do pracy (lub chciałby do niej wstawać – gdyby nie fakt, że Polskę zżera bezrobocie i niebawem wszyscy będziemy żebrakami), dobrze widzi tę maskaradę polityczno-pseudo-dziennikarską, która otacza go i towarzyszy w każdej chwili od bladego świtu. I nie ma sposobu, by nie karmiono nas wszystkich, tzw.: „szarych zjadaczy chleba”, tą właśnie żałosną, łykowatą, przepełnioną niedociągnięciami i przekłamaniami – papką. Nie da się przed nią uciec, osłonić, ani schować.

Debaty polityczne i głupawe, tendencyjne pytania wielu prezenterów telewizyjnych – wyzierają i łypią na ludzi nieomal z każdego kąta. Przewijają się nie tylko w tak zwanych „wiadomościach” i „dziennikach”. Daleko posunięty kretynizm, inercja intelektualna i
pseudo moralizatorskie-idiokratyczne-gadki-szmatki – wyzierają też (jak kościotrupy z szaf) z większości narzucanych nam z góry reklam; z większości „międzywersów”, prasowych komunikatów i publicznych wystąpień.

W telewizji śniadaniowej były minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski (podpisany na banerze jako najbardziej obiecujący prawnik w Polsce) – uśmiechając się do ludzi przez sterylny, przekoloryzowany ekran telewizora, opowiada z namaszczeniem o ciężkiej pracy, o konsekwencji w życiu i o tym, że w najbliższych dniach wybiera się z żoną i dziećmi na narty.

Co mnie obchodzą Pana narty, Panie Krzysztofie? Mam się wzruszyć? Też bym pojeździła – ale mnie nie stać.

Bez udziału woli, bez pytania nikogo o zgodę – karmi się nas codziennie praktycznie wymiocinami, w jakich żadnej wartościowej treści pokarmowej – po prostu być nie może. Wynika to zresztą z samej definicji wymiocin – będących de facto wyplutą z głębi flaków, poprzetrawianą na wskroś i pomieszaną z żółcią porcją tego, co pierwotnie było pokarmem. W tym, co słyszymy od polityków oraz w tym, co słyszymy od prezenterów i niby-publicystów – nie ma już nic, na co powinniśmy zwracać uwagę, na co powinniśmy nastawiać uszu. Po prostu nic – ani jednego sformułowania, ani jednego zacnego, normalnego, trzeźwego zwrotu i zdrowego osądu sytuacji. Dlatego, że to wszystko – to wymiociny. Nic niewarte, strawione, papkowate, luźne resztki.

Po co rząd podniósł granicę wieku emerytalnego? Dlaczego ludzie, obywatele, Polacy – jeżą się na takie postanowienia? Czyżby jeszcze byli wśród nas naiwni, ufający w to, że naprawdę na kogoś głosujemy w wyborach – myślimy, że naprawdę mamy jakikolwiek wybór? Serio? Zastanówmy się nad tym poważnie.

A poświęcając choćby chwilę na takie głębokie zastanowienie, na refleksję nad tym, co się dzieje za naszymi oknami – dojdziemy do w miarę prostych wniosków. Przykrych, strasznych, przerażających – ale prostych.

Pierwszy wniosek wynika z owego podniesienia granicy wieku emerytalnego. Dlaczego rząd postanawia coś podobnego i absurdalnego? Ponieważ rząd(zący) – są chodzącymi absurdami. Stąd nie działają na korzyść społeczeństwa, ani z myślą o społeczeństwie i o jego dobru w przyszłości. Myślą o swojej władzy, o własnej wygodzie – tu-i-teraz i jutro. Zawsze; rano, w południe i wieczorem – równo 24 h/d: ludzie u tak zwanej władzy – myślą wyłącznie o sobie. O swoich korzyściach w pracy, i o swoich weekendowych wypadach na narty – ze szczęśliwymi żonami u boku i rozradowanymi dziećmi. Ich dzieci są wszak ważniejsze od zwykłych (tj.: od dzieci
nie-polityków) i wszystko im się należy.

Ale dlaczego niemożność doczekania się w tym kraju emerytury – miałaby nas zdumiewać, czy tym bardziej niepokoić? Przecież motywy ludzi u władzy są tu nadzwyczaj czytelne. Zrozummy to nareszcie:

Jeżeli już rząd musi zapewnić ludziom otrzymanie jakichkolwiek świadczeń ze strony państwa – to przecież oczywiste, że opóźni wszystko i ukarkołomni całą procedurę najlepiej, jak będzie umiał. A w dziedzinie mataczenia i siania chaosu i bałaganu – potencjał ma bardzo duży.

Po co dać ludziom emerytury – o sensownym czasie? Tym ludziom, których – choć są już w nader stosownym wieku – można zaprząc na kolejne, dodatkowe, nadprogramowe roboty tak, jak robiono to niegdyś z końmi pociągowymi i galernikami. Bo właśnie to obecnie się z nami dzieje. Państwo nie będzie tworzyło dla nas warunków – trzymało nierobów, kalek i starców. Wszyscy oni muszą tyrać na diety poselskie – bo z czego taki poseł (osioł) pojedzie sobie na narty kontemplować na stoku o własnej konsekwencji i wytrwałości w sukcesywnym dążeniu do celu? Przecież to oczywiste, że jego inteligencja oznacza tyle, co sprawne zorganizowanie dla swoich czterech liter ciepłej, kapitalnej posady, wokół jakiej rój niewolniczych mrówek (nas – społeczeństwa) będzie uwijał się i ręce urabiał do krwi i po łokcie, w tym samym czasie gdy ów cwany idiokrata popierdzi sobie w stołek stylizowany na Bidermaiera.

Uświadommy sobie to w końcu: rząd, który wybraliśmy – to czysta iluzja, surrealizm. Nie mieliśmy żadnego wyboru.

Najlepszy, podręczny i namacalny, dowód na nasz brak wyboru – to ACTA, o której to ustawie trąbi się tyle, że więcej chyba już się nie da. Wszyscy samodzielnie myślący, normalni ludzie – powiedzieliśmy ACTA – NIE. Ktoś nas wysłuchał? Ktoś wziął pod rozwagę, czego pragnie naród, w jaki sposób naród postrzega komfort życia i spokój?

Oczywiście, że nikt nie wziął niczego podobnego pod uwagę. Bo po co? Żeby stracić darmową siłę roboczą? Niewolników – żeby wolno puścić? Galerników – pchnąć w świat otwarty? Po co? Przecież byłoby to sprzeczne dalszemu kultywowaniu SŁUŻBY SOBIE. Po co – któryś z p-osłów miałby pokalać się kroplą empatii, czyż nie? Jaki miałby z tego (osioł) zysk? Kiedy zarabia się kupę forsy – wówczas problemy takie, jak opłacenie podstawowych rachunków (prąd, czynsz etc.) nie wydają się już istotne, prawda? Tymczasem większość z nas boryka się z takimi właśnie problemami. Ponad nasze możliwości – nienaturalnie wysokie rachunki, rosnące ceny żywności i wszelkich kosztów życia – spędzają nam niejednokrotnie sen z powiek. I na tym całym tle niewolniczego, paskudnego systemu – chcielibyśmy choć we własnym domu mieć poczucie spokoju, i radości wynikającej z dzielenia się i wymieniania różnymi informacjami. Chociaż w tej dziedzinie – chcielibyśmy móc decydować o czymś, mieć wybór, móc rozwijać swoje suwerenne myślenie. Ale po co mamy móc je rozwijać?

Jesteśmy wszak tylko galernikami. Robotnikami w przymusowych kamieniołomach. Bezimiennymi robakami w obozach pracy. Szczurami doświadczalnymi państwa policyjnego, świata orwellowskiego totalitaryzmu i średniowiecznej inkwizycji. Bez perspektyw. Bez prawa do swoich przemyśleń. Do marzeń. Do niczego.

W tym chorym, sztucznym świecie zrodzonym z miłości własnej i miłości do niewolniczego systemu (taka miłość jest zrozumiała, jeśli należy się do rasy panów): starsi – zacharują się nieomal na śmierć, żeby w końcu dostać emeryturę, coś, jakiś ochłap, który już dużo wcześniej im się należał.

W tym samym czasie młodzi – w pocie czoła kończą studia tylko po to, by później nie było ich stać na wyprowadzenie się od rodziców. Kształcimy się, żeby nie móc samodzielnie opłacać rachunków za nawet śmieszne mieszkanko bez żadnych specjalnych wygód. Gdzie w tych warunkach pomyśleć o tym, żeby założyć rodzinę? Nie ma mowy. Nikt z nas młodych, będących (jeszcze będących – dopóki żywcem nie zeżre nas system) przy zdrowych zmysłach – nie zdecyduje się świadomie na rodzicielstwo. To byłby bowiem wręcz niewyobrażalny stres – ryzyko tak wielkie, że aż nie do pomieszczenia nigdzie – ani w sercu, ani w rozumie.

Potem dziwimy się tylko mrożącym krew w żyłach historiom takim, jak Madzia z Sosnowca. Z matki Madzi czynimy kozła ofiarnego – osobę niegodną niczego, żadnych praw; nie zasługującą na nasze współczucie. Nie chodzi o usprawiedliwienie złego uczynku – chodzi o jego zrozumienie; o zastanowienie się nad prawdziwymi przyczynami dramatu, który się wydarzył. Lecz z jakiegoś powodu – nie stać nas na wysiłek, by spróbować coś zrozumieć, by zajrzeć głębiej, by dotrzeć do genezy. Dzieje się tak dlatego, że znieczula nas system. Stajemy się znieczuleni i stopniowo przestajemy odróżniać prawdę od fikcji. W całym potopie ciężaru i smutku, które gotuje nam rząd, system, pod jaki podlegamy, w jakim żyjemy – przestajemy zauważać w osobach takich jak matka Madzi – człowieka, który też jest ofiarą systemu. Tak: ofiarą. Co bowiem musiało dziać się w jej głowie, jak bardzo musiała się bać życia, że posunęła się do tak dalekich kłamstw? Jak to się stało, że nie wiedziała, jak należy zareagować w sytuacji, kiedy dziecko ma wypadek? Dlaczego nie zadzwoniła na pogotowie? Ktoś nie nauczył jej tego wszystkiego. Ktoś nie pokazał jej wzorca, jak należy reagować. Gdzieś jest winny tragedii, która spotkała Madzię – i jej rodzinę. Ta wina nie w całości spoczywa w matce dziewczynki.

I tak – jedyne, co posiadamy, co jest naszym ciepłym światem; jedyne, dzięki czemu możemy poczuć się choć trochę u siebie, na swoich własnych warunkach – to Internet, informacja; a mówiąc ściślej – swobodny, nieocenzurowany przepływ wielu dowolnych informacji.

Normalni ludzie nazywają ten rodzaj szerokiej komunikacji sieciowej – dzieleniem się własnością intelektualną, która faktycznie jest wspólna. Mówimy tu o treściach, które już od dawna są na tyle powszechne, że można opowiadać sobie o nich w nieskończoność – i postrzegać je jako naturalny wzorzec, szablon, pewien pierwotny rdzeń-zasób intelektualnego dobra, z jakiego wszyscy możemy korzystać (bez żadnych – niekompatybilnych z sytuacją – odgórnych ograniczeń). Taka jest idea Internetu. A przynajmniej – taka była do tej pory.

Tak działał Internet. Dzięki tym jego funkcjom, rolom społecznym – mieliśmy w rękach proste narzędzie, przy pomocy jakiego czuliśmy się wolni. I nawet jeżeli poczucie tej wolności – było, jak wiele innych spraw w życiu, pewną iluzją, to nad tym światem (nad swoją bytnością w necie) mieliśmy kontrolę; sami tworzyliśmy tę iluzję, czerpaliśmy z niej pozytywną energię i uodparnialiśmy się dzięki niej na brutalną-surrealną rzeczywistość, jaką gotują nam politycy i „dziennikarze” na co dzień. Teraz nie mamy już nawet tego. Żadnej dziupli, by się ukryć przed złem tego świata – żadnej niszy, żadnego bezpiecznego, wolnego od tyranii domu.

Jedyną drogę do samoocalenia, do rozwijania w sobie słusznego poczucia, że jednak wszyscy mamy na coś wpływ, że możemy o czymś decydować, że sami możemy kreować swój świat – zamknięto nam podpisując ACTA. Był to oczywisty, brudny, nikczemny, perfidny zamach na społeczeństwo – na wszystkich nas razem i każdego z osobna.

Teraz wmawia nam się, że podpisano coś tak obłudnego, okrutnego i wstrętnego – dla naszego dobra? Żeby rzekomo – usprawnić oddzielanie „ziarna od plew”? Pierwowzór od repliki? Cytat od plagiatu? Jak można zdrowym na umyśle ludziom wciskać coś takiego?

Jedynym realnym sposobem na bronienie się przed papką, którą nam się wprasowuje do głów na siłę z mass mediów – była aktywność w necie, nasze osobiste (za pośrednictwem klawiatury) wypowiadanie się, komentowanie i wytykanie palcami tych błaznów i oprawców, którzy tworzą prawne absurdy rzekomo z myślą o nas. Mogliśmy z nimi walczyć i obśmiewać, kreując swoją wolność osobistą i społeczną, swoje prywatne podwóreczko – właśnie tu: w Internecie. Mogliśmy wynosić prostolinijne, naturalne komentarze na światło dziennie i swoimi szczerymi słowami piętnować katów-polityków. Mogliśmy przeciwstawiać się miałkości wielu spośród aktualnych „dziennikarzy” - dzięki temu, że mieliśmy sposobność wynosić dziennikarstwo obywatelskie na wyżyny i manifestować za jego pośrednictwem, że każdego z nas stać wewnętrznie na TWORZENIE OPINII. Na tym polegał cud Internetu. Dzięki ci, Panie Boże, za Internet. Na tym polegał ten cud. W tej krainie wszyscy byliśmy równi, i każdy z nas miał jednakowo wysokie prawo do „mentorstwa”. Mogliśmy głosić – i być słuchani. Mogliśmy się ze sobą dzielić, bo zawsze dzieliliśmy się tym, co już było wspólne. Mogliśmy się jednać i dyskutować.

Podczas gdy w świetle ACTA – wszystko, dosłownie wszystko można zastrzec, opatentować w taki sposób, by potem wmówić dowolnemu człowiekowi, że coś sobie przywłaszczył, że ukradł. Jest to nie do pomyślenia. I nic nie da się z tym zrobić.

Nie łudźmy się – jesteśmy przegrani. Nie możemy wygrać z systemem. Dlatego będziemy szli na dno, kopani i opluwani każdego dnia mocniej, i coraz to ewidentniej. I niczego nie można na to poradzić.

Zastanówmy się logicznie:

czy to jest normalne, że pracując po dwanaście godzin dziennie – człowieka nie stać praktycznie na nic?

Co można wymiernie zrobić z wynagrodzeniem około 1000 PLN/miesiąc?

Można uregulować kilka rachunków – na tyle, żeby od razu nie wyrzucono z mieszkania. W jednym miesiącu zapłacić czynsz – w drugi za prąd.

Zostaje na papier toaletowy i pastę do zębów.

Żeby się wyżywić, trzeba iść po kanapki do mamy.

To nie jest normalny świat. I nikt z pozycji „równiejszego” od nas – nie będzie nam opowiadał o rozwoju polskiej gospodarki, o dzielnym opieraniu się kryzysowi ekonomicznemu, ani o poziomie europejskim.

Czy jest owa unia – przymierze europejskich narodów?

Jest iluzją, absurdem i surrealizmem. Ta unia – też upadnie, jak upadnie kiedyś wiele z nieszczerych, niespójnych, nikomu i niczemu nie służących teatrów, czyli oblicz tak zwanej władzy.

Dlatego dobrze to zrozummy:

tu-i-teraz jesteśmy całkowicie przegrani. A jedyne, co możemy zrobić, to głośno mówić NIE.

Jedyne, co możemy wykonać dla siebie samych, aby wspomóc wiarę i przekonanie co do słusznych wartości – to nigdy więcej nie iść na żadne głosowanie; nigdy w życiu nie wziąć udziału w jakichkolwiek wyborach; nie pozwolić sobie dłużej wmawiać, że to jest nasz obowiązek obywatelski.

To nie jest demokracja. To nie jest odpowiedni system. To absurdalność, surrealizm i pomieszanie z poplątaniem. Nie ma w tym nic pozytywnego – nic wartego naszej uwagi, naszej tolerancji, nie mówiąc o akceptacji.

Pogódźmy się z tym: nie mamy na kogo głosować. To nie jest ten ustrój, o jaki nam chodziło. Ten ustrój należałoby obalić. Należałoby zepchnąć tę władzę, tę iluzję do cienia – i pozwolić wypłynąć światłu dziennemu na powierzchnię.

Nie powinniśmy głosować, przydawać komukolwiek z obecnych na politycznych i publicznych arenach – swojego poparcia, przyzwolenia na to, co się z nami wyprawia.

Czy należy powyższe pojmować jako wezwanie do rewolucji? Czy czeka nas rewolucja, czego jeszcze nie dopuszczamy do myśli, czego się lękamy?

To obecnej władzy i tragicznego, niesprawiedliwego podziału ról (podziału na równych i równiejszych) – powinniśmy się obawiać. To tego, co mamy już teraz – powinniśmy się lękać i wstydzić. To się dzieje już teraz. Właśnie w tej chwili.

Co się dzieje? Dzieje się źle. Jesteśmy żywicielami dla struktury wszelkiej władzy, korporacji i systemu w bardzo negatywnym rozumieniu tych pojęć. Jesteśmy żywicielami dla struktury pasożytów, którzy żywią się nami, jedzą nas – przy jednoczesnym podszywaniu się pod szlachetnych stróżów prawa i porządku. Nie dajmy się dłużej zwodzić tym pozorom.

Każdy z nas może mówić, co myśli i czuje – i w każdym z nas, w zwykłych ludziach, tkwi ogromny potencjał upoważniający do tworzenia opinii, poglądów i wartościowych komunikatów. Nie powinniśmy pozwalać sobie, aby pomiatali nami starsi panowie ze wzbudzającą szacunek siwizną na skroniach. Czy należy ich szanować za to, że spędzili ćwierćwiecze w takiej lub innej gazecie?

Czymże obecnie jest papierowa „poważna” gazeta? Co dzieje się z czasopismami?

Jest w nich coraz mniej ludzi kreatywnych, rzetelnych – i przede wszystkim mądrych. A my – nie jesteśmy gorsi w niczym od tych, którzy śmią zwać się „opiniotwórcami”, orząc przez swoje ćwierć wieku w populistycznej papce. Orzą i mataczą, by potem patrząc ludziom w oczy – ustawić siebie samego w jednym szeregu jako dziennikarza z Kisielem albo Kapuścińskim. Niedowiary.

My w odróżnieniu od nich – mamy blogi. I otwarte, nie spaczone niczym – głowy.

Stać nas wewnętrznie na rzetelne, słuszne opinie. Każdego z nas. Bo jesteśmy przytomni i dobrze widzimy, co się wokół dzieje. Nie mamy zamiaru trzymać buzi na kłódkę. Mimo że
tu-i-teraz jesteśmy przegrani, nie można odebrać nam jednego: wiary w sprawiedliwość.

I to jest nasza niezatapialna wolność osobista. A także wolność myśli, słowa, czynu; wolność wszelka: wiara w sprawiedliwość.

I sądzę, że wielu podziela ze mną tę wiarę, żywiąc jednocześnie nadzieję, że może nie potrzeba nam kos, z którymi pewnego dnia będziemy musieli wyjść na ulice naszych miast. Może nie o taką rewolucję tutaj chodzi...

Może wystarczy, jeśli będziemy wierni samym sobie i temu, co naprawdę myślimy (co widzimy i co przeczuwamy). Może wystarczy, gdy konsekwentnie – będziemy mówili NIE?

 

Justyna Karolak.

---