Jesteś tutaj: Home » Moda » Ulica modowo » Modowo na cmentarzu 

Modowo na cmentarzu

Pan w płaszczu z futrzanym kołnierzem, z doniczkami chryzantem pod pachami, za nim postawna żonka w karakułach z reklamówką zniczy w obu rękach przeciskają się nerwowo wąską alejką wśród grobów, zapach naftaliny miesza się z zapachem lekko zbutwiałych liści i dopalających  się świeczek -  to pierwsze skojarzenie, które przychodzi mi na myśl o  dniu Wszystkich Świętych. Odkąd pamiętam 1- go listopada,  kiedy cała Polska wychodzi na cmentarze,  nieformalnie rozpoczynał się sezon zimowy w ulicznej modzie. Czy na niebie ładnie czy brzydko, zimno czy ciepło należało zaprezentować nowe lub wyciągnięte właśnie z szaf i pawlaczy kożuchy, futra, zimowe kurtki i buty. Przez jakiś czas zarzuciłam bywanie na cmentarzach tego dnia, teraz  jednak postanowiłam skonfrontować wspomnienia z rzeczywistością. Wybór padł na jedną z warszawskich nekropolii na prawym brzegu Wisły.

Przy wejściu jak zwykle - stragany: kwiaty, znicze, jest też pańska skórka i ciepłe lody, ale za cmentarną bramą tłumy ludzi wydawały się jakieś inne. Podczas gdy polska ulica nawet zimą jest  już kolorowa tu dominowały czerń i szarości. Na darmo jednak wypatrywałam pana w futrzanym kołnierzu, karakułów i kożuchów, widziałam tylko płaszcze i kurtki, panów często w dżinsach i adidasach, panie w czółenkach, na ogół jednak w wygodnych wysokich zamszowych muszkieterach, oczywiście czarnych. Lekko rozczarowana zadzwoniłam do siostry do Krakowa by skonfrontować rzeczywistość warszawskich nekropolii z krakowskim klimatem. Było wpół do pierwszej, czyli pora gdy większość krakusów tego dnia odwiedza groby bliskich. Nie myliłam się – siostra właśnie taszczyła wodę ze studni do kwiatów na grobie. – A dajże spokój! – odezwała się z miłym dla mojego ucha krakowskim akcentem – Nic ciekawego nie widać. Gorąco jest – relacjonowała- ludzie pozdejmowali nawet kurtki, widzę swetry albo jakieś szare żakiety. Zwyczajnie. No właśnie,  mam wrażenie, że na co dzień polska ulica nie wygląda jednak tak czarno-szaro i nijako, że widać na niej szaleństwa, kolory, pogoń za trendami, a czasem nawet i eksperymenty modowe. A tu nic z tych rzeczy! Już miałam pod nosem wyrazić swoje rozczarowanie panującymi obyczajami gdy przed sobą zobaczyłam zażywną panią w długim szarym, a jakże, płaszczu, która ciepłym, ale zdecydowanym głosem zwróciła się do gromadki w czarnych kurtkach: „A teraz chodźmy jeszcze do dziadków Baczyńskich” i jakimś burym parasolem wyznaczyła kierunek przyjaźnie ze sobą rozmawiającej rodzinie. Takich gromadek czarno-szaro-dżinsowych skupionych wokół grobów bliskich widziałam jeszcze sporo, na tyle by zdać sobie sprawę, że polskie cmentarze w listopadzie przestały być rewią mody, ludzie ubierają się po prostu praktycznie i wygodnie, co u nas wciąż niestety znaczy szaro-buro, ale za to idą na groby nie po to by się zaprezentować lecz z szacunku i pamięci dla bliskich i żeby po prostu pobyć ze sobą. A to już jest coś!

Maria Czarna                                                                                                                                                                                               


 

 

 

---