Jesteś tutaj: Home » Kultura » Publicystyka » Naukowcy, czyli zdeprawowana machiavelliczna sekta 

Naukowcy, czyli zdeprawowana machiavelliczna sekta

Bycie naukowcem w dawnych czasach było bardzo nobilitujące. Dzisiaj już tak nie jest. Obecnie nauka kojarzy się z okrucieństwem, cwaniactwem, plagiatowaniem, brakiem etyki i perwersją. 

W XX wieku nauka uznana została za niemoralną, bo stworzyła napalm, cyklon B i bombę atomową. Nawet podbój kosmosu możliwy był dopiero po kolaboracji z nazistami. Pierwszy lot w kosmos wykonało śmiercionośne V2, a projekt rakiety Saturn V, która wyniosła ludzi na Księżyc, opracował niemiecki sturmbannführer – Verner Von Braun.

W XXI z nauką jest już tylko gorzej – to znaczy głupiej. Tytuły naukowe rozpowszechniły się, zdeprecjonowały i zwulgaryzowały. Żeby je uzyskać, nie trzeba już być wybitnym, tylko wystarczająco upartym i zdeprawowanym. Nie ma znaczenia wiedza i myślenie koncepcyjne, lecz atrakcyjność fizyczna, dyspozycyjność i zdolność podlizywania się gronostajom.

Postępująca komercjalizacja, skostnienie, formalizm i zżerająca wszystko biurokracja. Wszystkie one sprawiają, że nauka coraz bardziej zaczyna przypominać kościół. Hierarchowie arbitralnie decydują o przyznawaniu tytułów, faworyzując epigonów i kupcząc stygmatami prestiżu. Sami ciągle napawają się pośredniczeniem w sacrum, korporacjom i biurokratom pozostawiając brudy. Zapełnianie grantami koryta, nieustanna, wyczerpująca walka o dotacje, czyli dzielenie świń na równe i równiejsze na podstawie kryteriów ustalanych przez fundatora. Działalność naukowa coraz częściej sprowadza się do umiejętności prowadzenia chlewa.

Nie ma takiej rzeczy, której doktorant nie zrobi dla uzyskania tytułu. Dla niego to nie tylko praca, lecz całe życie, kierunek indywidualnego rozwoju w przyszłości i niespłacone kredyty. Młodzi zdolni naukowcy ciężko harują więc na promotorów. Przekopują papiery, żmudnie tworzą zestawienia, gromadzą i sprawdzają informacje, by na końcu pisać prace, pod którymi nawet nie będą mogli się podpisać. Rytualnie okadzają guru i składają ofiary. 

Atrakcyjne studentki służą za zabawki spełniające fantazje seksualne niezaspokojonych profesorów. W końcu zdeprawowana przez zbrodnicze XX-wieczne -izmy, podstarzała kadra naukowa, lata spędzone nad książkami musi sobie jakoś odbijać.

Współczesny naukowiec jak najszybciej musi dopchać się do pozycji, bo ta pełna jest interesownych wyzwolonych studentek i finansowych korzyści. Najprostsze, wymagające najmniej badań i myślenia zagadnienia, są dla niego najatrakcyjniejsze. Dlatego też codzienne, ponure i proste życie przeciętnych naukowców, pełne jest drapieżnej konkurencji. Szpiegostwo, kradzieże wyników, plagiaty, gry pozorów, frakcje, grupy nacisku i wzajemna wymiana pomówień i donosów są na porządku dziennym. Wszystko w imię wyrywania sobie ochłapów z deficytowego finansowego mięsa. Pieniędzy na granty jest zawsze określona ilość, przez co każdy inny naukowiec - to nie współpracownik, a potencjalny rywal.

 

Nauka z idei przekształciła się w biznes. 

Ideologia nauki z ewolucji światopoglądowej, stała się religią.

Naukowcy z pionierów myśli stali się szamanami globalnej wioski.

 

Rewolucja przemysłowa uświadomiła ludzkości, że technologia ułatwia życie, co umieściło inżynierów i naukowców na piedestale. W XX wieku nauka do przeżycia cywilizacji stała się konieczna. Wtedy też „niezbędnym” naukowcom poprzewracało się w głowach. Celem nauki przestało być głębsze rozumienie świata, rozwiązywanie problemów ludzkości, czy poszukiwanie wiedzy. Klerycy panplanetarnej wiary w naukę poczuli się ważni i silni, sankcjonując swoje przywileje podobnie jak politycy i urzędnicy. 

Dla podniesienia statystyk scholaryzacji obecnie zmusza się całą młodzież do studiowania. Propagandę uświęconego nimbu nauki dodatkowo wzmacniają wymagania matrymonialne i niespełnione ambicje gorzej wykształconych rodziców. Bez wyższego wykształcenia nie najmuje się już nawet konserwatorów powierzchni płaskich, a oprócz tego wiele firm do zatrudnienia czy stażu, wymaga posiadania statusu studenta.



 

Uczelnie przestały być wieżami z kości słoniowej – stały się przedsiębiorcze. Umasowiły się i otworzyły podwoje dla wszystkich, jednocześnie skupiając się na maksymalizacji wykorzystywania młodzieży z racji poboru opłat i czesnego. Nic dziwnego więc, że przymusowi alumni nieustannie borykają się z kłopotami na rynku pracy i brakiem pieniędzy.

Młode kobiety radzą sobie z tym problemem w najbardziej tradycyjny sposób, co jest, jak widać, na rękę amoralnemu ciału pedagogicznemu. Piękne asystentki pełnią nie tylko funkcje reprezentacyjne. Gładko znoszą też świntuszenie doktorów, molestowanie ze strony profesorów i bez słowa przełykają prostackie seksistowskie dowcipy.

Uniwersytucja jest w Europie zjawiskiem masowym. Badania profesora Jacka Kurzępy z Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej we Wrocławiu wskazują, że średnio co piąta polska studentka „angażuje się w różne odmiany prostytucji.”

Robią to, „żeby mieć czym zapłacić za studia”. 

Skończę z tym, jak obronię pracę magisterską. Wtedy znajdę dobrą pracę i zapomnę o tym, czym zajmowałam się na studiach”broni się jedna z uniwersytutek.

Nie ona jedna planuje zacząć normalne życie, kiedy tylko opuści swój elitarny i naukowy burdel. Inne zostaną w nim na dłużej, żeby dalej robić „karierę”. Jak powszechnie wiadomo, doktoratu bez „pomocy” pracownika naukowego obronić nie sposób, nawet gdy wszystko wykona się samemu. Z kolei rytualne namaszczenie dopuszczenia do szeregów wyższej warstwy naukowej wymagać będzie od dziewczyny wielu „talentów”, bujnej autopromocji i bardzo „osobistego” podejścia do potrzeb promotora.

Generalnie nie ma już powodów, żeby świat nauki nobilitować, nazywając go choćby religią. Od pewnego czasu wraz z „postępem” i wzrostem znaczenia członków, stał się on sektą – dewiacją klanu uprzywilejowanych, upokorzeniem skarlałych wyznawców i demoralizującym, zaordynowanym kultem dla mas.

Biegnące równolegle ścieżki nauki i wiary od zawsze próbowały się krzyżować i szukały punktu stycznego. Może powinniśmy ucieszyć się, że w XXI wieku nareszcie możemy podciągnąć je pod wspólny mianownik.

Być może dzięki świadomości tego mianownika, będziemy wiedzieć, dlaczego obecne uniwersytety zostaną podpalone przez pierwsze pokolenia ery informacji, czyli przez tak zwany rój. 

 

Zbigniew Galar

---