Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Seks w (nie)wielkim mieście: Wywody o seksie – dowodem życia 

Seks w (nie)wielkim mieście: Wywody o seksie – dowodem życia


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W wielu publicystycznych tekstach na temat seksualności można przeczytać tezę, że przepaść poglądowa, dotycząca tej sfery życia, dzieląca rodziców od dorastających dzieci – nigdy nie była równie głęboka, co dzisiaj. Podobno dzisiejsi nastolatkowie dysponują wiedzą z zakresu seksu, która do tej pory była zarezerwowana dla doświadczonych w tej materii wysoko ponad przeciętną. Tylko – tak naprawdę, kto ustala poziom owej przeciętnej? Kto dysponuje miarodajnym narzędziem poznawczym? Kto przepytał rzesze ludzi dojrzałych i podlotków, mając przy tym pewność, że odpowiedzieli szczerze? Czy rzeczywiście ankietę bądź podobne badanie opinii publicznej można uznawać za rzetelne źródło informacji?

 

Oto zagwostka, co jest wiedzą wynikłą z empirycznego poznania, samoświadomością – a świadomością seksopochodnych frazesów, od których i w Internecie, i w mediach – się roi, gra i buczy. Czy oddzielenie tych prawd od fikcji także podlega pod badanie społeczeństwa za pośrednictwem wiele mówiących ankiet? To pytanie można sformułować też i tak:

 

jaka jest różnica między świadomością a wypłukaniem umysłu strumieniem złudnych, papkowatych danych na temat seksu, krzewiących się wszędzie? Pewnego razu, choć nie było to wcale dawno temu – owe złudne, papkowate dane kwalifikowane były jednoznacznie do pornografii. Obecnie ów wypasiony strumień danych przybrał tak czytelny i przystępny format, że zda się, iż hasło „pornografia” już nie istnieje. Zalewanie prostackimi, oczywistymi, nieomal wytrzewionymi obrazami modelek i innych humanoidów (chyba metroseksualnych) ubranych w stroje Adama i Ewy, względnie w sznurkopodobne skrawki lateksu – nikogo nie dziwi i nie krępuje. A powódź tych obrazów i krótkich form niby publicystycznych na temat seksu – namnaża niedomówienia i z minuty na minutę zapycha podstawowy dzisiaj kanał komunikacyjny: Internet – głowa. W tym kontekście trudno wyobrazić sobie prawdziwą pornografię – bo co pornografia obecnie miałaby oznaczać, co zawierać? Nie ma sensu dopytywać o to – wszak pojęcie jest już nieaktualne, nieobecne. Zważyło się jak jogurt przydługo trzymany w lodówce. Najgorsze, że tę regresyjną powódź seksoidalnej chały liczni publicyści zwą „kultem ciała” albo „wzrostem świadomości młodzieży i ogółu społeczeństwa”. Poważnie?

 

I tu wracamy do wątków zawiązanych na wstępie: czy już zdajemy sobie sprawę, na czym polega różnica między doświadczeniem, wyobrażeniem, świadomością a merytoryczną wiedzą?

 

I dalej: czy cała owa papka ma być chlubą młodzieży a wstydem rodziców? Czy propagowanie, aż strach użyć w tym przypadku słowa – ale dobrze, niech będzie: idei wyzwolenia ciał z oków (powiedzmy o tym delikatnie, miękko) sztywnych golfów, kołnierzy, spódnic maxi i spodni szwedów – a zatem; czy propagowanie tej nazbyt dosłownie pojmowanej „idei” wyzwolenia nie jest aby mylone z jednym z praw fizyki – z drugą zasadą dynamiki?

 

Druga Zasada Dynamiki – przyp. red.: Ciało raz puszczone – puszcza się stale.

 

Innymi słowy – pornografia, to dzisiaj – po prostu grafia. Przedrostek przebrzmiałego słowa opadł w dziejowej ścieżynce człowieczeństwa jak zeszłoroczny liść z drzewa. A szkoda. Zdaje się, że zbyt wiele pojęć traci na wyjściowym znaczeniu – lecz w ich miejscu brakuje nowości. Czy brakuje dlatego, że szanownym publicystom, a więc środowisku rzekomo opiniotwórczemu, nie chce się ruszyć głową? A może ich opiniotwórstwo – między półki odłóżmy, a najlepiej wysoko na zakurzony, z rzadka odwiedzany strych. Czy ktokolwiek oczekuje jeszcze od mediów sensownego kierunku? Czy ktoś tęskni za tworzeniem przez media sensownej, rasowej opinii?

 

Po co miałby tęsknić – przecież wszyscy wiemy o wszystkim – prawie wszystko. Korci, by dopowiedzieć, że bardzo modne od pewnego momentu stało się porzekadło – „prawie” czyni sporą różnicę. No-ale: mielibyśmy potrzebować, chcieć wiedzieć więcej, i więcej – po co? Czemu? W jakim celu? Wszak tyle już wiemy, nie wspominając o dorastającej młodzieży – ich znajomość tematu bije minione pokolenia jak pięciu torreadorów ubiłoby wściekłe, bycze monstrum jednym ciosem spięciokrotnionej ręki... Zbierzmy fakty do jednego pudełka.

 

Media trąbią, że:

  • współczesna młodzież przewyższa świadomością seksualną – świadomość rodziców w tym temacie o kilka pokoleń

  • młodzież zawsze była szybsza (o jedno zwyczajowe pokolenie) od swoich rodziców i wiedziała od nich dużo więcej i wcześniej (przyp.red.: na temat seksu) – była od rodziców dużo bardziej świadoma

  • monogamia seryjna prawie nie różni się od monogamii – prawie. Jedyna różnica tkwi we fraktalnej samopowtarzalności tego układu chaotycznego (ot – nader mały szczegół; któż by się przejmował?)

  • między pornografią a erotyką właściwie nie ma różnicy – to tak, jakby uciec się do chwytliwego fortelu, już wskazanego powyżej, pod tytułem: „Prawie – czyni sporą różnicę”. Albo jednakowo jak nie ma różnicy między postacią Calineczki a megierą.

 

A teraz sprostowanie, wyjaśnienie i prawdomówne nazwanie powyższych punktów po imieniu – w zgodzie z następującym przekazem: oddzielmy ironię i żarty od powagi sytuacyjnej. A mianowicie:

 

to nieprawda, że młodzi ludzie zawsze byli więcej świadomi dziedziny seksu od swoich rodziców. Takie opisywanie sprawy jest niedorzecznością i atrapą pojęć. Dlatego, że łykanie i wchłanianie sieciowej papki niby informacyjnej nie ma nic wspólnego ze świadomością. Świadomość to wysepkowa struktura ludzkiej jaźni, która ustanawia się wprost proporcjonalnie do procesu dojrzewania i wrastania w dorosłość. Świadomość to głębokie, stopniowo budujące się pojęcie. Nie sposób wytworzyć świadomości jak gadżetu na taśmie produkcyjnej przyspieszając jej obroty kliknięciem pojedynczego guzika włącz-wyłącz („lubię” – „nie lubię”). Natomiast fakt, że każde kolejne pokolenie rozwija się szybciej i wcześniej niż pokolenie poprzednie – jest zjawiskiem należnym do nauki biologii i nie oznacza, że można je uogólniać do pojęcia „wyjątkowo dużej świadomości seksualnej młodzieży XXI wieku”.

 

Tym bardziej nie jest prawdą porównanie tej międzypokoleniowej różnicy w poziomach do formatu przepaści kilkupokoleniowej. Medialny natłok rozchełstanych, nic nie wnoszących, ociekających seksualnością nawet nie tyle treści – co sugestii lub spłaszczonych obrazów nie oznacza, że świat przyspieszył, a świadomość – wzrosła jakoby rykoszetem od tego niewiadomego pochodzenia kopa. Natłok głupot – to nie łatwo dostępność do merytorycznych źródeł. To pomieszanie z poplątaniem – i pomylenie z obłąkaniem wyrżnięte na jednej matrycy wedle ogólnego szablonu pt.: „Seks”. Ale w rzeczywistości miałkości te nagie i wyzierające ze wszystkich kątów jak cielesne mary – oscylują koło seksu, nie w jego centrum. Dlatego trudno tu mówić o wiedzy.

 

Po trzecie – fakt, że ludzie spotykają się i wiążą z wieloma partnerami zanim trafią do partnera trwałego, docelowego – nie musi wzbudzać obłudnych manifestów, ni odezw moralizatorskich. Ale nazywanie takiej okoliczności „monogamią” i oprawianie jej jakże oszczędnym i skromnym epitetem „seryjna” – jest bez wątpienia skondensowaną, gorzką, zawiesistą esencją idiotyzmu.

 

I po ostatnie – pornografia od erotyki, rzecz jasna, różni się jak dzień od nocy, jak kluska od makaronu, jak pomidorowa od kartofli z omastą aż po brodzie cieknie, jak piękno od brzydoty, jak blizna od otwartej rany i jak walkman grundig od wieży technics (i również jak Kod Leonarda da Vinci od Pieśni nad pieśniami). Pierwsze pojęcie – wyparowało z naszej świadomości, bo powódź widoków i wzmianek pornograficznych rozpasła się na wszystkie strony i zżarła wszystko po drodze jak wygłodniała plaga szarańczy. Otępiła w ten sposób zmysły odbiorców na tyle, że kierując się pojemnością swojej „świadomości” – teraz pornografię zwiemy erotyką. Pierwsze słowo zostało wykasowane z rozumu jak odinstalowuje się wadliwy program z komputera. Drugie natomiast słowo (erotyka) dryfuje – najzupełniej bezwiednie, jak to w przypadku dryfu zwykle przebiega, gdzieś po mrocznych, szerokich wodach nieświadomości, i na światło dzienne wydostać się nie może, gdyż jest nadto małe i nieśmiałe.

 

Bo po co wyłaniać jakąkolwiek wartość czy źródło z tych mroków zaspanego intelektu? Po co mamy z powszechnego własnego uśpienia się wybudzać, wymykać, wydostawać?

 

Nie ma realnych wskazań po temu, ponieważ wszystko wokół – ma dla nas jawny, czytelny „ład”. A młodzież wie już tyle, że więcej jej nie trzeba (pewnie dlatego w szkołach ciągle nie ma porządnego wychowania seksualnego – ale przy „takim” pułapie świadomości i wiedzy, po co – prawda?).

 

I tak dzień za dniem – jak gangrena trawi świadomość współczesnych nowoczesne i nośne przeświadczenie, że nie to atrakcyjne, ciekawe, co się komu podoba, lecz to, co odarte z tajemnicy, na stronę główną wystawione i dostępne na wyciągnięcie ręki – niczym sklepowy towar.

 

Stąd nazywanie obecnych czasów przesyconymi kultem ciała, wypacza antyczną ideę umiłowania fizycznego piękna, czyniąc z ówczesnej poezji śmieszną wydmuszkę i banialuk, a ówcześnie żyjących – zmuszając do tego, by w grobach się przewracali.

 

Bowiem tak jak Calineczka od megiery, jak wiedza od domysłu, jak kult ciała od dys-kultu ... – tak różnią się prywatny gust i smak od próby przydawania samemu sobie życia dowodów, i jak po prostu: życie, przeżywanie i kochanie od rozmyślań nad życiem i kochaniem.

 

Justyna Karolak.

---