Jesteś tutaj: Home » Kultura » Po drugiej stronie lustra » Wycieczka - Hanna Dikta 

Wycieczka - Hanna Dikta

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Człowiek - to istota, która się do wszystkiego przyzwyczaja,

i sądzę, że to najtrafniejsze określenie człowieka.

F. Dostojewski

 

         Kamienica zrobiła na Agacie przygnębiające wrażenie: szare ściany, które ktoś oszpecił dodatkowo wulgarnym graffiti, pajęczyny w oknach. Na niewielkim podwórku przewrócone kosze i piaskownica pełna umorusanych dzieci. Wiedziała, że nie trafi do hotelu, ale nie spodziewała się, że będzie aż tak źle.

Czy wszystko na pewno zostanie zrobione jak należy? Przed oczami zamajaczyło jej zdjęcie Geraldine Santoro, które zobaczyła parę dni wcześniej w Internecie. Śniła jej się potem kilka nocy z rzędu: naga, z zaschniętą krwią na wypiętych pośladkach. Z trwogą pomyślała, że może podzielić los nieszczęsnej kobiety.

         Nie powinna była przyjeżdżać tutaj sama. Komu jednak miała powiedzieć: mężowi, Piotrowi? Zaczerpnęła kilka głębszych wdechów i na miękkich nogach ruszyła w stronę drzwi. Były uchylone, wystarczyło popchnąć. Potem już ściśle według instrukcji: wspiąć się po schodach na drugie piętro i zapukać do mieszkania po prawej. Pamiętała doskonale: dwa uderzenia, trzy i znowu dwa. Prosty szyfr jak   na celę śmierci.

 

***

 

         Do znajomości z Piotrem nie przyznała się nawet najbliższej przyjaciółce. Taka już była:  doskonała słuchaczka i powierniczka, sama z niczego się nie zwierzała. Ani kiedy przeżywała swoje wielkie dramaty, ani gdy była szczęśliwa. A była, przynajmniej na początku.

         Ona, oddana żona i matka, kobieta, której wszyscy zazdrościli spokoju i  wewnętrznej równowagi, zakochała się jak małolata. W dodatku w kimś, kto zupełnie nie nadawał się na towarzysza życia: żonatym malarzu w wieku jej ojca. To nie mogło się udać, oboje od początku mieli tego świadomość, a jednak pozwolili, aby zaczęło się i trwało, jak wiele podobnych, beznadziejnych historii, z których nic nie wynika i donikąd nie prowadzą. Donikąd albo w miejsca jak to.

         Poznali się pewnej październikowej soboty, kilka miesięcy wcześniej. Jako matka niesfornych czterolatków rzadko wychodziła z domu sama, ale tym razem sytuacja była wyjątkowa: zaprzyjaźniona bibliotekarka zaprosiła ją na wernisaż znakomitego krakowskiego malarza – Piotra Praskiego. Agata znała jego obrazy z internetowych galerii, z radością skorzystała więc z propozycji.

         Praski okazał się nieszczególnie atrakcyjnym mężczyzną po pięćdziesiątce. Gdyby spotkali się na ulicy, w ogóle nie zwróciłaby na niego uwagi. Niski, krępy, o mocno już siwiejących skroniach, nie wyglądał na artystę, a tym bardziej na autora przepięknych kobiecych aktów. Kiedy jednak – już na bankiecie - zaczął opowiadać o swoich obrazach, nie mogła oderwać od niego oczu.  Mówił pięknie: z pasją i bez bufonady. Z przyjemnością odnotowała, że i on uważnie się jej przygląda. Kobieta czuje takie rzeczy, widzi w oczach mężczyzny tę zmianę, jakby pstryknięcie, po którym może poznać, że ją zauważył, wyłuskał z tła.

         Intuicja jej nie omyliła. Przy pożegnaniu poprosił o numer telefonu, już nawet nie pamięta, pod jakim pretekstem. Zadzwonił po kilku dniach.

 

***

 

         Drzwi zamknęły się z głośnym skrzypieniem i znalazła się w ciemnej, śmierdzącej zastarzałym moczem klatce schodowej. Nacisnęła włącznik światła i zaczęła powoli wspinać się po schodach. Na drugim piętrze były tylko dwa mieszkania. To po prawej miało solidne drzwi z kilkoma zamkami.  Zapukała trzy razy. Czekała parę minut, ale poza lekkim szelestem nic się nie wydarzyło. Przypomniała sobie, że przecież miała porozumiewać się kodem. Zapukała przepisowo jeszcze raz. Po chwili drewniane skrzydło uchyliło się i zobaczyła otyłą kobietę w średnim wieku.

-       Proszę usiąść, doktor zaraz przyjdzie – wymamrotała już w przedpokoju i zniknęła za mleczną szybą.

         Wnętrze niczym szczególnym się nie wyróżniało: dość ciasne, ale czyste, pomalowane na jasny kolor. „Brakuje tylko wianuszka pacjentek z entuzjazmem rozprawiających o powiększających się brzuchach” - pomyślała Agata z przekąsem. Jak bardzo zazdrościła im kiedyś tej radości i jak szczerze ich za nią nienawidziła!

         Zanim urodziła chłopców, przeżyła kilka poronień. Pierwsze rok po ślubie. Lekarz uspokajał, że to nic takiego, że się zdarza. Uwierzyła i bez większych obaw wróciła do starań. Zdarzyło się jednak jeszcze raz, potem kolejny. I znowu. Zarodki obumierały zawsze w tym samym czasie - oglądała na USG bijące serca, a tydzień później pojawiało się krwawienie.

Po czwartej stracie szanse na urodzenie dziecka wynosiły już tylko kilkanaście procent. A jednak udało się. Lekarz w końcu zdiagnozował problem i zaradził mu zastrzykami z heparyny. Wystarczyło wkłuć się codziennie w podbrzusze cienką igłą  i wpuścić pod skórę 0,4 mililitra leku. Chłopcy urodzili się przez cesarskie cięcie, ale zdrowi i w terminie. 

 

***

 

         Umówili się w niedużej restauracji przy trasie do Łodzi. Przytulne wnętrze w stylu retro i ujmująca bezpretensjonalność malarza sprawiły, że już po kilku minutach Agata poczuła się swojsko i bezpiecznie. Praski okazał się interesującym rozmówcą: błyskotliwym i dowcipnym. Miał przy tym klasę właściwą już chyba tylko mężczyznom w jego wieku.

Szarmancki i troskliwy potrafił sprawić, że towarzysząca mu kobieta czuła się jak królowa. Zadawał jej wiele pytań: o rodzinę, pracę, zainteresowania, potem z uwagą słuchał odpowiedzi. Sam, zapytany, czy ma żonę i dzieci, powiedział tylko, że kobietę, z którą dzieli dom, trudno nazwać żoną, choć, owszem, formalnie wciąż są małżeństwem. Przyznał się także do licznych romansów.

-       A ja nigdy nie zdradziłam męża – wyznała, zaskoczona, że to, co do tej pory wydawało jej się stanem naturalnym, z czego nawet bywała dumna, teraz wywołuje zażenowanie.

-       Najwyższa pora zacząć. - Uśmiechnął się.

         Kiedy postanowiła się pożegnać, zaproponował, że odprowadzi ją na parking. Zapłacił rachunek, a potem pomógł przy zakładaniu płaszcza.    

-       Dziękuję za wszystko, to był bardzo miły wieczór – powiedziała, podchodząc już do samochodu.

Zatrzymał się i złapał ją za rękę. Pod wpływem pożądliwego spojrzenia zaczęły mrowić ją biodra.

-       Tak, wieczór był wyjątkowo miły – odezwał się zmienionym głosem. - I dlatego wcale nie musi się kończyć.  - Palcami dotknął jej ust. Poczuła nagły skurcz w podbrzuszu.

-       Muszę już iść, dobranoc. – Wyminęła go i szybkim krokiem ruszyła w kierunku samochodu. Nie próbował jej zatrzymać. Stał i patrzył spokojnie, jak odjeżdża.

              Po tygodniu walki z samą sobą napisała sms-a. Zwyczajowe pozdrowienia, ale bez trudu odczytał właściwą intencję. Jeszcze tego samego wieczora umówili się na kolejne spotkanie.

         Od tamtej pory widywali się regularnie: co najmniej raz w tygodniu przyjeżdżał do niej, do Tomaszowa, zabierał ją spod M 1, gdzie parkowała samochód, a potem jechali do jakiegoś niedużego hoteliku na peryferiach miasta. Kilka razy Agacie udało wyrwać się do Krakowa.

Jeśli żony malarza nie było akurat w domu – pracowała jako przewodnik i często wyjeżdżała - Praski gościł ją w swojej willi w Zwierzyńcu. 

         Podczas drugiego pobytu w Krakowie, pokazał jej swoją pracownię. Pod ścianą, obok starszych obrazów, stało kilka nowych płócien.

-       To moje najnowsze dzieło – pochwalił się, wskazując na cykl niemal pornograficznych aktów. Kobiety miały różne twarze, lecz to samo ciało.  Agata ze wzruszeniem zauważyła, że Piotr przeniósł na płótno nawet wyraźną asymetrię piersi i poziomą bliznę po cesarce.

 

***

 

         Wątpliwości pojawiły się w marcu, po wypadku męża. Nic szczególnie poważnego: uraz kości śródstopia, ale podziałało na Agatę jak kubeł zimnej wody.  Po sześciu tygodniach w gipsie mąż wrócił do pełnej sprawności, lecz w niej coś się zmieniło:  pojawił się lęk i poczucie winy.

Nadal spotykała się z Piotrem, ale niewiele było już w tym radości i beztroski. Wróciły objawy nerwicy, z którą zmagała się w czasach starań o dzieci: duszności, drętwienie twarzy, kołatania serca. „Nerwica jest chorobą wewnętrznego konfliktu” - przypominała sobie słowa psychologa. Wiedziała, że aby wrócić do normalności, nie wystarczy kilka seansów akupunktury. 

         Chłopcy pojechali na weekend do babci, mąż na szkolenie, nic nie stało na przeszkodzie, aby odwiedziła Piotra w Krakowie. Zaprosił ją do drogiej restauracji przy Rynku, potem zaproponował spacer nad Wisłą. Był ciepły, majowy wieczór, co rusz spotykali jakąś zakochaną parę.

         Kiedy usiedli na ławce i próbował ją pocałować, odsunęła się.

-       Przepraszam... – Nie potrafiła wydusić z siebie nic więcej, choć wcześniej przygotowała na tę okoliczność całą przemowę.

-       Jesteś pewna? - zapytał po dłuższej chwili. Nagle poszarzały i skurczony, wydał jej się stary. 

W milczeniu skinęła głową.

      -     Rozumiem.

Do końca spaceru zamienili ze sobą tylko kilka słów - zaoponował, kiedy poprosiła, żeby zawiózł ją na dworzec.

       -    Nocne podróże są niebezpieczne, pojedziesz rano.

Pościelił sobie na kanapie, jej zostawiając łóżko w sypialni. Potem na pół nocy zamknął się w pracowni. Rano przygotował śniadanie i zamówił taksówkę.

-       Wolałbym, żebyś nie szukała ze mną kontaktu – poprosił przy pożegnaniu.

         Już wtedy poważnie spóźniał jej się okres, ale zlekceważyła to, zawsze miała nieregularne miesiączki. Test zrobiła dopiero po tygodniu.

         Jakimś cudem udało jej się tamtego dnia odebrać chłopców z przedszkola, ugotować obiad i, jak gdyby nigdy nic, rozmawiać z mężem przy kolacji. Kiedy jednak położyła się wreszcie do łóżka, przez godzinę płakała bezgłośnie, a potem, do samego świtu, szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w sufit. Nie miała żadnych wątpliwości:  to Piotr był ojcem,  w ciągu dwóch ostatnich miesięcy kochała się tylko z nim. 

Rano miała gotowy plan: nie będzie się leczyć i straci tę ciążę jak cztery pierwsze. Potrzebowała zaledwie kilku godzin, żeby przekonać samą siebie, że to, co wielokrotnie opłakiwała, po czym nawet zdarzyło jej się nosić żałobę, to tylko parę komórek, nic wielkiego.

Biologiczny odpadek, materiał. Szpitalne śmietniki i piece są ich pełne. Przez kilka następnych dni nosiła podpaskę, na wypadek, gdyby rozpoczęło się plamienie, ale minął siódmy tydzień ciąży, potem ósmy i nic się nie działo. Pojawił się za to ból związany z rozciąganiem macicy, a w końcu mdłości.

 

***

 

         Lekarz pojawił się mniej więcej po kwadransie. Około sześćdziesięcioletni, otyły, z niewielkim wąsikiem nad wydatnymi wargami, patrzył na nią zimno zza staromodnych okularów.

-       Zapraszam – powiedział znużonym głosem i, nie czekając na pacjentkę, wszedł do gabinetu. Zobaczyła, jak niedbałym ruchem wyjmuje z pudełka lateksowe rękawiczki.

         Poczuła ostry ból w klatce piersiowej i mdłości. Atak paniki – przerabiała to wielokrotnie. Próbowała zaczerpnąć głębszego oddechu, ale bezskutecznie, miała wrażenie, jakby ktoś zaciskał jej na szyi metalową obręcz. „Powietrza!” - głowę wypełniła jedna myśl.

Sięgnęła po torebkę i na chwiejnych nogach ruszyła do wyjścia.  Trzymając się mocno poręczy, zeszła na dół. Otworzyła drzwi i, nie mogąc opanować drżenia kolan, usiadła na brudnych schodach. Wyjęła papierosa. Zaciągała się raz za razem, aż poczuła, że odzyskuje władzę nad ciałem. Paliła rzadko, więc nikotyna szybko ją uspokajała. Rzuciła niedopałek na ziemię i otrzepała spodnie. Nogi same prowadziły ją na ulicę.

Była już za bramą, kiedy poczuła wibrowanie telefonu.  Sięgnęła do kieszeni: numer męża, pewnie chłopcy chcieli z nią porozmawiać. Wyobraziła sobie, jak kłócą się o to, który pierwszy usłyszy mamę, jak ,przepychają się, próbując dosięgnąć aparatu, niecierpliwi i stęsknieni. Dłuższą chwilę patrzyła na rozświetlony ekranik, a potem z impetem wrzuciła komórkę do torebki.

 

***

 

         Skrobanka niczym jej nie zaskoczyła. Było jak w szpitalu, gdzie po każdym poronieniu czyszczono jej macicę: musiała zdjąć spodnie i majtki, a potem położyć się pod wściekle jasną lampą, którą lekarz litościwie skierował w inną stronę. Zakładanie wenflonu, standardowe narzekanie pielęgniarki na zbyt szybkie tętno, powolne wpuszczanie w żyłę anestetyku...

Zabieg trwał dziesięć minut, dochodziła do siebie na kozetce obok fotela kolejnych dwadzieścia. Pielęgniarka pomogła jej się ubrać i wyprowadziła na schody, inkasując umówioną wcześniej sumę. Lekarza po zabiegu już nie widziała, płodu także nie. Pewnie wylądował w koszu, zawinięty w kawałek ligniny i plastikową torebkę. Nie obchodziło jej to, chciała tylko jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz.

         Idąc do hotelu, zadzwoniła do synków. Wszystko było w porządku, oglądali dobranockę. Powiedziała, że świetnie bawi się na wycieczce i jutro wczesnym popołudniem wróci do domu. Nie miała najmniejszych problemów z zaśnięciem. Nafaszerowała się pyralginą, więc ból brzucha dokuczał jej umiarkowanie. Rano też czuła się nieźle. Wzięła szybki prysznic i poszła na dworzec.

         W sklepie z zabawkami kupiła chłopcom plastikowe figurki Spidermana, identyczne, zawsze chcieli dostawać to samo. W pociągu wyjęła książkę, napisała kilka sms-ów, kupiła kawę. Z każdym zostawionym w tyle kilometrem obskurna łódzka kamienica stawała się coraz mniej realna, jak sen, z którego budzimy się zlani potem, lecz już za chwilę uspokajamy się,  rozpoznając bezpieczne wnętrze sypialni.

         Tak właśnie się czuła, kiedy wolnym krokiem przemierzała tomaszowskie osiedle. Huśtawki z roześmianymi dzieciakami, delikatne brzózki, posadzone tu przez dozorcę zeszłej wiosny, nawet wścibskie sąsiadki przy trzepakach budziły teraz jej sympatię. Spojrzała w okna swojego mieszkania. Lufcik w kuchni był uchylony – to znaczy, że rodzina jest domu. Wyobraziła sobie, jak mąż nalewa chłopakom zupę, a oni kłócą się albo wygłupiają jak zwykle. Niemal biegiem pokonała dystans dzielący ją od drzwi.  

 

                        marzec - kwiecień 2012 r.




 

 

hanna dikta



Hanna Dikta – rocznik 1977. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Śląskim 
oraz studium podyplomowe z historii na Uniwersytecie Opolskim. 
Pisze poezję i prozę. Publikowała m.in. w "Pograniczach", "Arkadii", "Arteriach", 
"Migotaniach", "Toposie", "Odrze" i "Śląsku".  Laureatka kilkudziesięciu
ogólnopolskich konkursów poetyckich. Debiutowała książką poetycką pt. "Stop-klatka" 
("Zeszyty Poetyckie", Gniezno 2012). Mieszka wraz z mężem i córkami w Piekarach Śląskich, gdzie pracuje jako nauczycielka języka polskiego. 

---